DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 50 -> Z pamiętnika strażnika

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Z pamiętnika strażnika

Po wybudowaniu i inauguracji Stupy Kalaczakry w Grecji, Karma Berczen Ling nie mógł już dłużej pozostawać pusty. Wcześniejsze doświadczenia z sąsiadami dewastującymi nasze budynki jasno pokazały, że potrzebna jest tam nasza stała obecność – przez 365 dni w roku.


Lama Ole przekazał codzienną opiekę nad tym miejscem w ręce międzynarodowej sangi. Chciał, żeby poszczególne kraje kolejno trzymały wartę przy stupie. Jako pierwsi zgłosili się Węgrzy, po nich Austriacy i przyjaciele z Wielkiej Brytanii, po których przyjechali Czesi, a w maju wartę przejęliśmy my – Polacy. Znając trudne warunki, jakie tam panują, moc tego miejsca i nasze niełatwe charaktery, przed wyjazdem wspólnie poszliśmy do Lamy po blessing. Powiedział tylko: „Dobrze, że jedziecie. Potrzebujemy tam ludzi”.

Paweł Janiszewski (Jajko) Moja przygoda z KBL zaczęła się już w roku 1994, kiedy to załoga Kuchar została zaproszona przez Lamę na kurs do Grecji i przyjęła rolę strażników tego miejsca w bardzo trudnym momencie jego historii. Po raz kolejny, znowu dzięki Kucharom, znalazłem się w tym przezacnym miejscu w 2004. Ekipa sprawdzona w karmieniu Słowian została zaproszona, żeby ugościć międzynarodową sangę na kursie poła w KBL. Spędziłem tam pierwszych kilka dni i te wrażenia zmieniły moje postrzeganie świata. Dwa lata później, dzięki szczodrości przyjaciół, znalazłem się tam znowu. I znów nowe doświadczenia zniszczyły pewną ilość moich sztywnych koncepcji! Rok 2007 to niezapomniane i wnoszące wiele nowych doświadczeń odosobnienie VIII Karmapy z Karolą Schneider. Po tym już nie było odwrotu, po prostu musiałem pojechać i pomóc przy budowie stupy Kalaczakry. Wiosną tego roku już kupowałem bilet do Tajlandii, gdy Marek (Karateka) zapytał, czy się nie wybieram na polski miesiąc do Grecji. Nie było mi to w głowie – przecież prawie pakowałem się do Krainy Uśmiechu! Rano, po pokłonach, okazało się, że dwieście spotkań z podłogą zmieniło moje plany – już szukałem samolotu do Aten. Potem jeszcze Jan (grecki opiekun KBL) poprosił, żebym przyjechał trochę wcześniej. W końcu spędziłem tam sześć niezapomnianych tygodni. Trudno się mówi i pisze o tym magicznym miejscu. Całkowicie zasługuje na takie miano. Każdego dnia jest inne. Nawet jeśli pogoda się akurat nie zmienia (a to rzadkość), to zmienia się światło, zachody słońca, roślinność (szczególnie w maju). Każdego dnia spotyka cię coś nowego, nieoczekiwanego.
Dla mnie ważne było to, że udawało mi się utrzymywać reżim medytacji i pokłonów. Nie powiem, że łatwo... Rzeczą, która mnie osobiście bardzo poruszała, była przestrzeń. KBL ma niesamowite położenie i w wielu miejscach doświadczanie przestrzeni wykracza poza znajome wzorce i wspomnienia. Podczas medytacji w zagłębieniach skał pojawia się kompletnie nowy wymiar samej medytacji i przestrzeni. Tej zewnętrznej, ale i tej w środku, w medytacji. Nie zetknąłem się z czymś takim nigdzie indziej. Po raz pierwszy też byłem tam w okresie zieleni! Wcześniej okolica zawsze była już spalona przez letnie słońce, a teraz było niesamowicie wiele kwiatów, zmieniających się z tygodnia na tydzień! Żółty przeważał na początku, potem biało-przejrzyste kwiaty koniczyny, malutkie, ale jak pachnące! I brzmiące głosami tysięcy pszczół oraz bączków ze śmiesznymi wąskimi ryjkami. Potem zbocza zaczęły sie robić niebieskie. Wielkie łany wysokich, mocno niebieskich kwiatów na wysokich łodygach. Gdy wyjeżdżałem, żegnały mnie intensywnie żółte, prawie pomarańczowe krzewy rosnące wzdłuż drogi. I te niesamowite obrazy gór i stoków po drodze do Ksilokastro… Byłem tam tylko raz w trakcie całego pobytu i nie żałuję. Samo KBL dostarcza tylu wrażeń na wszystkich poziomach, że żadne wycieczki do cywilizacji nie były potrzebne. O aspektach medytacyjnych tego miejsca, historiach z nim związanych, można by długo opowiadać... ale to trochę tak jak rozmowa ze ślepym o kolorach wczorajszego zachodu słońca. Kto nie był, niech uwzględni w swoich życzeniach pragnienie udania się tam i spędzenia jak największej ilości czasu w tym niesamowitym miejscu. Wszystkim szczerze i głęboko tego życzę.

Marek Dembiński (Karateka) Blessing, radość, medytacja i oczyszczenia. Tak chyba mógłbym określić te trzy tygodnie w KBL. Mój związek z tą górą zaczął się podczas inicjacji Stupy. Była to fascynacja najpiękniejszym miejscem, jakie dotychczas odwiedziłem (w mojej karierze buddysty wiele ich było), najmocniejszym, a jednocześnie dającym najwięcej spokoju i osadzenia, totalnie urokliwym. To miejsce urzeka i zaskakuje. Gorące słońce Grecji przechodzi w kilka minut w zimny „halny” wiatr, a koszulkę z krótkim rękawem zamieniasz za chwilę na kurtkę. Rzeczywistość tutaj – można powiedzieć – oddaje wszystkie możliwe stany umysłu. Z jednej strony góry, a z drugiej piękne morze. Z jednej kwiaty, a z drugiej spalona słońcem trawa o barwie brązu, który wywozisz stąd również na własnej skórze.
Każdy dzień polskiej warty wyglądał podobnie. Poranna pobudka, pokłony, śniadanie (Jajko robi świetną fasolkę z cebulą i wszystkim, co ma pod ręką, zawsze z oliwą – nawet do dżemu), no i jeśli ciepło – to „medytka” pod stupą lub w góry, do jaskiń! Co mnie zaskakiwało, lenia medytacyjnego: siadając w jaskini, czułem, że to wystarczy i medytacja już sama się dzieje. Słyszałem wcześniej o KBL, że jest jednym ze wspanialszych miejsc na świecie na odosobnienia medytacyjne, ale i tak zaskoczył mnie ten efekt. Później schodziliśmy na obiad i wracaliśmy w góry albo tylko kilka kroków do przytulnej gompy. Wieczorem obowiązkowo pod stupę i przywołanie Mahakali z widokiem na tonące w morzu słońce, zaraz za naszymi górami. A potem łyk ouzo i rozmowy lub po prostu książka i sen. Każdy dzień, mimo że podobny, był inny. Tu ciągle z czymś się pracuje (takie miałem odczucia). No i nie ma prywatnych stanów umysłu. Sanga jest idealnym lustrem – nawet dwu, czy trzyosobowa. Napisać mogę o tym miejscu wiele. O zachodach słońca, o słonej wodzie morza, o skałach i ich zaczarowanych jaskiniach. O ciszy w umyśle, jaka pozwala dostrzec całą zabawę i wiele przemyśleć. O wszystkich słodkich i półwytrawnych emocjach, jakie w nim przeżyłem. Ale jak tu opisać koloryt greckiego wina? Zachęcam do jego posmakowania.

Hania Łubek W maju spędziłam w Berczen Ling dwa tygodnie, w zacnym towarzystwie Pawła Janiszewskiego, Marka Dembińskiego (Karateki) oraz Greka z Mykonos – Atolisa (zwanego przez nas Jogi Bubu). To wspaniały pomysł, żeby poszczególne kraje opiekowały się tym wyjątkowym miejscem. To bardzo mobilizuje do przyjazdu. Po przyjeździe zaś zupełnie nie chce się stamtąd wyjeżdżać. Tym bardziej, że trafił nam się chyba najbardziej malowniczy miesiąc. Okoliczności przyrody, towarzystwo, pogoda, przepyszne, choć proste jedzenie, sprawiają, że Berchen Ling jest wprost stworzone do medytacji. Niesamowite jest to, że poza „sezonem kursowym” to miejsce całkowicie się zmienia. Nie przez przypadek pojawiła się koszulka „cosy KBL”, bo w Berchen Ling, zamieszkanym przez niewielką grupkę ludzi, jest po prostu bardzo przytulnie. Cudownie jest medytować w jaskini z widokiem na „górę”, ale wspólna kolacja przy kominku ma także bardzo wiele uroku. Mam nadzieję, że w przyszłym roku spotkamy się w Grecji już w większym, kilkunastoosobowym gronie i o zachodzie słońca wspólnie będziemy umawiać się na wieczorną sesję... pod stupą Kalaczakry.

Agnieszka Kądziela Na „Polską wartę” przy stupie dojechałam jako ostatnia, żeby zmienić Hanię i Marka. Rok wcześniej spędziłam w Grecji w sumie trzy miesiące, pomagając na poszczególnych etapach budowy stupy i w przygotowaniach do kursu. Nasz grecki przyjaciel Jan mawia, że w Berchen Ling można albo się zakochać i zostać, a później już ciągle wracać, albo z niego natychmiast wyjechać i nigdy już tu nie wrócić. To miejsce jest bardzo mocne i działa jak zwierciadło – wyraźnie widzisz w nim swój umysł. W moim przypadku KBL było „miłością od pierwszego wejrzenia”. Gdy Piotrek Kaczmarek poprosił mnie o zaopiekowanie się ośrodkiem i nowo powstałą stupą, zgodziłam się bez wahania. Potrzebne były osoby znające to miejsce, okolicę i grecką sangę, a ja spełniałam te warunki. Na miejscu miałam być tylko z Jajkiem i trochę się obawiałam, jak sobie poradzimy z zakupami. Po zapasy żywności trzeba zjeżdżać jeepem po wąskich i krętych górskich drogach. Przyzwyczajona do jazdy zwykłym, osobowym autem po płaskim asfalcie, postanowiłam, że na miejscu jazdę jeepem po prostu trochę poćwiczę. Strażnicy najwidoczniej jednak nade mną czuwali, gdyż na górze okazało się, że nie ma takiej potrzeby. Poza Jajkiem w ośrodku mieszkał Grek – Apostollis, który robił zakupy. A gdy na dodatek okazało się, że lubi gotować, nie pozostało nam nic innego jak medytować. Dni upływały nam na intensywnej praktyce (po 3-4 sesje dziennie): o świcie – pod stupą, w czasie upału – w okolicznych jaskiniach, a wieczorami lub nocą – w gompie.
W przerwach między sesjami wykonywaliśmy różne prace: sprzątaliśmy teren, okopywaliśmy drzewka i robiliśmy na nie nowe osłony, wietrzyliśmy zatęchłe po zimie budynki, paliliśmy w piecach i robiliśmy generalne porządki wewnątrz. Po kilku dniach dołączyła do nas Greczynka mieszkająca na stałe w Niemczech – Eleni. Od razu przyłączyła się do naszych aktywności. To było moje pierwsze odosobnienie, wcześniej nigdy nie medytowałam tak intensywnie przez dłuższy czas. Nie sądziłam, że pod wpływem dużej dawki medytacji w umyśle pojawi się tak dużo radości i wdzięczności wobec Lamy. Nie sądziłam, że można być tak szczęśliwym. Dodatkowo przyroda w KBL w maju i w czerwcu jest niesamowita! Wokół panuje niesamowita cisza. Słychać tylko śpiew ptaków, cykanie cykad, a z oddali dobiegają dzwonki pasących się kóz. W promieniach słońca na stupie wygrzewają się jaszczurki, a pracowite mrówki przemierzają codziennie ten sam szlak. Na miejscu było tak pięknie, że choć na dole czekała na nas plaża i morze z ciepłą, turkusową wodą, kompletnie nie mieliśmy ochoty zjeżdżać do Ksilokastro! Woleliśmy zostać na górze i medytować.
Zwyczajnie szkoda nam było czasu. W przyszłym roku kolejna „Polska warta” przy stupie Kalaczakry. Zaklepaliśmy ją dla nas w tym samym terminie: od 1.05 do 15.06.2012. Zatem rezerwujecie loty i przyjeżdżajcie! A gdy już tu dotrzecie, to przekonacie się sami, że nie będziecie chcieli stąd wyjeżdżać.

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Guru Joga XVI Karmapy - XVI Gyalwa Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Przekaz buddyzmu tybetańskiego w praktyce - Lama Ole Nydahl | Przekaz w Diamentowej Drodze - Kalu Rinpocze | Radość pojawi się sama - Hannah Nydahl | Do śmierci można się przygotować - Lama Ole Nydahl | Trawelling teachers, podróżujący nauczyciele - fascynujący przyjaciele, którym ufam - Lama Ole Nydahl | Cytat - Lama Ole Nydahl | 900 lat Karmapy - Szamar Rinpocze | Ścieżka oddania - Maggie Lehnert-Kossowski i Tomek Lehnert | Reczungpa - Rosi Fisher | Strzała Sarahy - Karma Trinlepa | Mandarawa Bogini Długiego Życia - Mira Starobrzańska | Buddyjska nauka o karmie - Manfred Seegers | Cytat - XVI Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Szczęście - temat, który porusza wszystkich | Nóż drigug - Mira Starobrzańska | Pochodzenie czarnej korony - Lama Karma Wangczuk | Mala - Mira Starobrzańska | Diagnoza: rak - Gretchen Newmark | Zachodni jogin w królestwie smoka - Klara Kazelle i Roman Laus | Wyprawa do spadkobierców Buddy - Vilas Rodizio | Lama - 24h | Więcej (z) nas w Europe Center | Odosobnienie nad Bajkałem - René Lackner | Z pamiętnika strażnika | O sandze w Norwegii - Nastia Tracewska | Warszawski Mahakala - Marta Ruta | Deszcz, błoto i ... błogosławieństwo - Eskadra Nagodzice | News | 35-lecie Buddyzmu Diamentowej Drogi w Polsce - Zosia Siwczyńska |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: