DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 50 -> Ścieżka oddania

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Ścieżka oddania

Maggie Lehnert-Kossowski i Tomek Lehnert
_________

Część 3

Bartołty, wrzesień 2010


Tomek: Trudno coś dodać, gdy już usłyszeliśmy od Maggie o wszystkich wspaniałych właściwościach i aktywności Lobpyna Tseczu Rinpocze.

Najistotniejsze dla naszej drogi jest oddanie dla nauczyciela, które Rinpocze okazywał przez całe swoje życie, nawet po sześćdziesięciu latach. Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy do Południowej Ameryki w 1988 roku, ja organizowałem całą podróż, miałem też być tłumaczem. Wtedy jeździłem z paszportem polskim; Polska była jeszcze krajem komunistycznym i Wenezuela nie chciała mi dać wizy. Bez wizy nie mogłem wjechać. Ole powiedział, że w takim razie musimy tę wizytę odwołać – nie chciał beze mnie jechać, ponieważ ja byłem organizatorem, znałem też język, a to była pierwsza wizyta. No i Ole wpadł wtedy na pomysł: pojedziesz z cudzym paszportem. Aktywność dla dobra wszystkich jest bardzo praktyczna. Przejawia się w sposób praktyczny. Wszyscy myślimy, że wielcy lamowie jak podróżują, to tylko dyskutują na temat 16 rodzajów pustości. Tak nie jest. Robią dokładnie to, co się pojawia przed ich nosami. To, co przynosi pożytek innym. Są to ludzie niesamowicie praktyczni. Jak wiemy, Ole daje zawsze takie rady, które w danym momencie są najlepszym rozwiązaniem. Wtedy najlepszym rozwiązaniem było, żebym pojechał z czyimś paszportem. Więc znaleźliśmy kogoś w Danii, Tommy’ego. Nie tego, którego znacie, tylko innego. Jedynym podobieństwem między nami było to, że ja byłem Tomek, a on Tommy. I na tym podobieństwo się kończyło. Tommy’emu już dawno włosy wypadły i na zdjęciu wyglądaliśmy zupełnie inaczej. On był około 15 – 20 lat starszy ode mnie. Cała ta machina poszła w ruch…. Ole zrobił „mo” i wyszło, że wszystko będzie dobrze. I w momencie jak „mo” wyszło, Ole i Hannah zapomnieli o tym zupełnie. Dla nich wszystko było jasne. Mieli całkowite zaufanie do przestrzeni. Ja byłem wtedy nową inkarnacją, Tommy’m Personem. Na uniwersytecie w Medinie i w Caracas, tak mnie anonsowali: „Lama Ole i jego tłumacz, Tommy Person”. Mogliśmy tak robić, bo to była nasza pierwsza wizyta. Nikt mnie jeszcze nie znał jako Tomka. Bilety były kupione w Niemczech. Musieliśmy przekraczać sześć granic. A to było w Ameryce Południowej, więc sytuacja przedstawiała się delikatnie. Ja też miałem całkowite zaufanie do mojego nauczyciela. Ole tak powiedział i nie miałem żadnych wątpliwości, mimo że Tommy wyglądał jak moje przeciwieństwo. Ale gdy lecieliśmy do Caracas, poziom adrenaliny podnosił się. Wylądowaliśmy i kiedy staliśmy w kolejce do kontroli paszportów, serce zaczęło mi mocniej bić, zwłaszcza, że Hannah i Ole powiedzieli: „Ty idź pierwszy a my będziemy cię ochraniać od tyłu”. Hannah, gdy lepiej kogoś znała, naprawdę potrafiła przełamać nawyki tej osoby. Umiała to robić. Robiła to bardzo rzadko, ale gdy już robiła, miało to niesamowity efekt, tak jakby zdarzyło się trzęsienie ziemi. Ze mną zrobiła tak tylko dwa razy.
Tak jak Maggie mówiła o Rinpocze, pewne rzeczy, które nauczyciele nam dają, dojrzewają dopiero po wielu latach, ponieważ nie potrafimy w danym czasie tego zrozumieć. Przypominam sobie też pewne rzeczy, które mi mówił Lobpyn Tseczu; przypominam sobie dzisiaj też, co Hannah mi mówiła. Po 25 latach... Pamiętam słowa, ale wtedy nie znałem ich znaczenia, a dzisiaj zaczyna to mieć sens. W każdym razie stoimy w tej kolejce do odprawy paszportowej i się zbliżamy… Ja jestem coraz bardziej zdenerwowany… I nagle ktoś mnie popycha od tyłu. Aż podskoczyłem, a to była Hannah. Ona mnie popchnęła. I zapytała: „Denerwujesz się?”. Odpowiedziałem, że absolutnie nie, nie, nie. A ona na to: „To dobrze by było, żebyś trochę się denerwował”. I w tym momencie cały niepokój zupełnie zniknął. Dokładnie wiedziała, co zrobić. Wielkość Olego polega na tym, że ludzie mogą się z nim utożsamiać nie tylko na głębokim poziomie wewnętrznym, ale też na tym, że on dokładnie znał sytuację tych różnych krajów, czy to była Kolumbia, czy Wenezuela, czy Kuba, czy Związek Radziecki. Czy też Polska. Mogliśmy całkowicie polegać na jego wewnętrznym urzeczywistnieniu i na jego zewnętrznej aktywności. Lama Ole jest aktywnością Karmapy. Jest aktywnością swojego nauczyciela. I dokładnie wiedział, co znaczy komunizm i tak dalej. Ale miał tak całkowite zaufanie do przestrzeni, że w czasie, kiedy to się wydarzało, pojawiła się druga właściwość, bezpośrednio z pewnego urzeczywistnienia umysłu. Pierwsza właściwość to jest nieustraszo- ność. Z tego poziomu, kiedy wszystko jest wspaniałe tylko dlatego, że się wydarza, pojawia się druga właściwość.
To się nazywa spontaniczna radość. Myślimy, że pewne urzeczywistnienie umysłu przyniesie nam spokój, nie będziemy się identyfikować z naszymi przeszkadzającymi uczuciami. Ale to nie znaczy, że zgaszą światło. Że nie będzie problemów, ponieważ nie będzie niczego. To by była sytuacja dosyć smutna, taka ekscytacja białej ściany. Więc nie. Urzeczywistniony umysł to jest ogromna intensywność. Spontaniczna radość. Dlaczego spontaniczna? Ponieważ nie musimy się wysilać, żeby być radosnym. To nie znaczy, że urzeczywistniony człowiek jest jak komik i od rana do wieczora opowiada kawały albo śmieje się histerycznie. Lobpyn Tseczu był bardzo skupiony, ale miał tę radość w sobie. Ta jego radość była zaraźliwa. Karmapa był największym przykładem tej spontanicznej radości, ponieważ taka jest natura umysłu. Urzeczywistnienie to nie jest biała ściana ani czarna dziura. Czy powiedzmy pokój w szpitalu, czy spokój cmentarza, gdzie zapadła cisza. XVI Karmapa był całkowitym buddą, wszyscy to mówią. Gdziekolwiek się pojawił, niósł ze sobą urzeczywistnienie. Był jak elektrownia radości. Jakby tutaj się zaśmiał, to byśmy go słyszeli przynajmniej w Bartołtach Małych. Dlaczego wszyscy, którzy spotkają Lamę Ole, mówią: „Chciałbym być przy nim stale?”. Dlatego, że my to przez chwilę rozpoznajemy. Najpiękniejsze momenty w życiu to są te, kiedy jesteśmy radośni i ta radość nie ma przyczyn zewnętrznych, jak piękny widok w Bartołtach, ani przyczyn wewnętrznych, jak ekscytujące plany na wieczór. Powodem tej radości jest esencja umysłu. Te chwile są najbardziej intensywne w życiu. I tak właśnie umysł przeżywa sam siebie. Najintensywniej, najradośniej, najbardziej błogo. To nie jest tak, że gdy włącza się nieustraszoność, to wyłącza się spontaniczna radość, nie. Te dwie właściwości promieniują w pełni, tak jak światło i ciepło słońca promieniują jednocześnie. I jak byliśmy w rękach tych partyzantów, w momencie, kiedy Ole tak pięknie przejawił tę nieustraszoność, jednocześnie ciągle patrzył na mnie z takim błyskiem w oczach, jak ja te papiery zjadam. Nawet w tym momencie nie opuściła go radość. Nie jest to coś, czego możemy się nauczyć. Jak już mówiłem, Hannah powiedziała: „You will know”; dziś to rozumiem, to się pojawi automatycznie. Nie będzie wysiłku. Wysiłek trzeba włożyć, żeby zdjąć te okulary, które nam przeszkadzają, a wtedy siła umysłu, ta radość, będzie się pojawiała naturalnie. Im większe urzeczywistnienie, tym bardziej te wszystkie najpiękniejsze właściwości umysłu będą promie- niować na wszystkie strony. Tak jak w tej sytuacji z partyzantami, kiedy siła nie opuszczała Hannah i Ole. To jest ta spontaniczna radość. Nie chodzi o to, żeby jednego dnia nauczyciel był w dobrym humorze, bo ma dobry dzień. Urzeczywistniony człowiek nie może być w dobrym humorze, ponieważ on jest poza dobrym albo złym humorem.
W Danii, w naszym centrum w Rodby, mieliśmy takiego lamę, Lama Taszi. To był Holender, miał na imię Pim, był tam z Rinpocze… Karmapa nazywał go Pimpocze. I ten Pimpocze wszedł na taką ścieżkę, że zaczął być zazdrosny i rywalizować z Ole. Jeśli pojawia się coś takiego, to jak wiemy, nigdy nie osiągniemy satysfakcji, bo tej rywalizacji nigdy nie wygramy. No więc Pimpocze wszystkim opowiadał, że Lama Ole to oczywiście ma wspaniałe życie, jeździ po świecie i króluje, a on Pimpocze pracuje dla dobra wszystkich istot i dźwiga to cierpienie innych, itd. Robił się coraz bardziej negatywny i pesymistyczny i rzeczywiście dźwigał to cierpienie, a zwłaszcza swoje. Ale on nie rozumiał podstawowej rzeczy: że jakby Ole musiał siedzieć w tym Rodby, to też byłby fantastyczny. A gdyby Pimpocze musiał jeździć dookoła świata, to nadal byłby skwaszony. Dlaczego? Ponieważ to urzeczywistnienie, ta spontaniczna radość zupełnie nie zależy od warunków wewnętrznych ani zewnętrznych. Pojawia się automatycznie. I tego szukamy w naszym nauczycielu. Gdy byłem w drodze z Ole przez 20 lat, były to lata czasami ciężkie, czasami nie spaliśmy po trzy dni. Czasami nie mogliśmy jeść, ale nigdy nie było momentu, który nie byłby ekscytujący. Nigdy nie było nudno. Nie było ani jednej nudnej chwili. Wszyscy mówią, że dookoła Olego życie jest takie ekscytujące – ale nie zawsze przecież jesteśmy w Miami Beach czy na Hawajach. Czasami siedzimy miesiąc i tylko piszemy i codziennie to samo się dzieje. Ktoś mógłby powiedzieć, że to są nudy na pudy, ale nigdy tak nie jest. Dlaczego?
Ponieważ jest ten błysk, to urzeczywistnienie Olego – tak jak ja to widzę – ponieważ każdy moment sam w sobie zawiera smak urzeczywistnienia umysłu. A ten smak niesie ze sobą spontaniczną radość. Szukamy tego w nauczycielu. Tak jak powiedziałem, XVI Karmapa był eksplozją jądrową radości. Cokolwiek się działo. W każdym momencie. Różni ludzie przypominają sobie XVI Karmapę. I mówią, że XVI Karmapa nauczał każdą sytuacją, wszystkim, co robił, podniesieniem palca, spojrzeniem, nie musiał nawet nic mówić i manifestował się w taki sposób różnym ludziom, żeby dotrzeć do nich w jak najlepszy sposób. Na przykład w Rumteku, w 1971 czy ‘72 roku, Karmapa był wtedy ogromnym mężczyzną, bardzo silnym. I znalazła się tam pewna bardzo sceptyczna kobieta. Ciągle mówiła: „Ech, ci Tybetańczycy, a ten to największy, to pewnie najwięcej chce”, itd. Bardzo sceptyczna. W końcu Karmapa ją przyjął. Zgodziła się przyjść do Karmapy pewnego dnia. Wyszła i mówi: „Ten człowiek jest chory, choreńki taki… na szczęście miałam krople i mu kilka dałam. Trochę wyzdrowiał, ale muszę jutro przyjść jeszcze raz go zobaczyć”. Tak właśnie było. Dlaczego Karmapa zamanifestował się jej jako chory człowiek? Tylko w ten sposób mógł do niej dotrzeć. Dzięki temu przyszła do niego następnego dnia, te swoje krople mu dawać, aż w końcu zaczęła medytować. Stała się jego bezgranicznie oddaną uczennicą. Karmapa manifestuje się różnie. Ktoś kiedyś, to było chyba w Stanach, zrobił zdjęcie Karmapy polaroidem i wyszła mandala. Karmapa powiedział: „Wszyscy fotografują moje ciało, a ty sfotografowałaś mój umysł”.
XVI Karmapa był naprawdę buddą i to, co robił, było na poziomie całkowitego oświecenia. Demonstrował tę spontaniczną radość we wszystkim. Szukamy takiej spontaniczności. Czy radość u uczniów przejawia się dlatego, że jest piwo na stole? To dzisiaj wszyscy są radośni, a jutro rano zaczynają szczekać na siebie? Czy to jest ta radość? Nie, ta radość zaczyna się przejawiać, ponieważ jej przyczyną jest umysł sam w sobie. Szukamy tego. I trzecia właściwość, o której Maggie tu mówiła, to jest – kiedy poproszono Dalajlamę, żeby jednym słowem określił esencję buddyzmu, odpowiedział: „współczucie”. To jest to jedno słowo. A dlaczego? Ponieważ robienie czegoś dobrego jest naturalne. Ponieważ przestrzeń nie świeci dla samej siebie. Ponieważ wszystko jest jednością, więc wszystko, co się wydarza, jest niejako dla dobra wszystkiego. Czyli człowiek oświecony, człowiek urzeczywistniony, czy człowiek do pewnego stopnia wyzwolony, będzie automatycznie, spontanicznie, bez wysiłku, robił wszystko dla dobra innych, żeby w najlepszy sposób w tym momencie dotrzeć do innych. I tak przejawiała się aktywność Lobpyna Tseczu Rinpocze. I nie jest tak, że moja aktywność dla dobra innych kończy się o 12 w nocy i zaczyna się o 7 rano. A w soboty i niedziele zamykam tę aktywność zupełnie, albo wyjeżdżam na urlop na trzy tygodnie i później znowu zaczynam działać aktywnie. Ole nie ma urlopów, ale to nie jest jakieś poświęcenie. Nie ma czegoś takiego, że o trzeciej w nocy, kiedy już wszyscy poszli, Ole zamyka drzwi i mówi: „W końcu poszli”. Nie. U Lobpyna Tseczu Rinpocze nigdy nie było czegoś takiego. Dlaczego nie ma wysiłku? Ponieważ naturą słońca jest świecić i oni świecą ciągle.
Jak możemy sprawdzić taką aktywność u nauczyciela? Po prostu sprawdzamy, czy pracuje ciężko. Wielki bodhisattwa wszystko, co robi, robi dla dobra innych. Nie siedzi na wakacjach w Honolulu. Czyli sprawdzamy tego nauczyciela, czy rzeczywiście pracuje dla innych, czy też tworzy jakieś piramidy, ze sobą na czubku, a całą resztą na dole. Jest bardzo ważne, aby w tym związku nauczyciel-uczeń nie tworzyć kultu nauczyciela. To nie jest sekta. Nie jesteśmy jak stado owiec, które podąża za nauczycielem. To byłaby bardzo smutna historia. Nauczyciel jest zwierciadłem, pierwszym, które nam pokaże nasze własne rozpoznanie. Im bardziej rozpoznam własną naturę, tym bardziej będę mu oddany, ponieważ istotą oddania jest właśnie to rozpoznanie. Widzę to na zewnątrz i rozpoznaję to intuicyjnie. To nie musi być proces intelektualny, może to się stać bardzo intuicyjnie, ale zawsze będzie jak powrót do domu. Widzi się nauczyciela na zewnątrz i nagle się czuje, że wszystko jest tak, jak powinno być. Widziałem tyle razy, jak ludzie przychodzą do wielkich nauczycieli z różnymi, pytaniami. Czasami te pytania są ważne i zadadzą je, ale w wielu przypadkach tylko siedzą i wszystko jest tak dobrze, że na końcu wychodzą z tymi kartkami. I później dzwonią do mnie: „Tomek, ja potrzebuję przyjść jeszcze raz, bo zapomniałem o swoich pytaniach”. Nie wiedzą, że jakby dostali ten kolejny raz, to i tak znów by zapomnieli o pytaniach. Nam – Hannah, Manfredowi i mnie – to się zdarzało z XVII Karmapą. Byliśmy odpowiedzialni za jego podróże, mieliśmy cały schemat tych podróży i trzeba było omawiać następny dzień, więc dyskutowaliśmy, a potem mówiliśmy: „OK, trzeba to teraz uzgodnić z Karmapą”. Przychodziliśmy do Karmapy, siadaliśmy i nic. Wszystko jest dobrze, śmiejemy się do siebie, zadowoleni i w końcu po dwudziestu minutach Karmapa mówi: „No, to może zaczniemy?”.
Spotkałem teraz w Finlandii na poła pewną dziewczynę, która stała w kolejce do Olego i mówi mi: „Tomek, czy możesz ze mną w kolejce stanąć i przypomnieć mi to pytanie, bo już od dziesięciu lat chcę Olego o to zapytać i zawsze jak dochodzę do niego, to wszystko zapominam, bo jest tak dobrze”. Nie mogłem z nią iść do Olego, bo coś tam musiałem zrobić. Później ją znów spotkałem i powiedziała: „Oczywiście znowu zapomniałam”. Tak się dzieje w polu nauczyciela. To rozpoznanie w większości przypadków jest intuicyjne, nie jest to proces intelektualny. Jest to takie ogromne zaskoczenie, oddanie i wdzięczność, że widzimy coś na zewnątrz i czujemy, że spoczywamy we wszystkim, co się wydarza, w tej chwili.
A więc to są te trzy właściwości, których szukamy u nauczyciela. A co będzie esencją? Co jest esencją tego przekazu od nauczyciela do ucznia, który stapia się z nauczycielem? Jaka jest esencja tego, że to wszystko ma tak ogromny sens? Dlaczego Milarepa, kiedy uzyskał najwyższe urzeczywistnienie, to gdy mówił, miał taką siłę, że każde słowo inspirowało wszystkie istoty, żeby szukały wyzwolenia, oświecenia dla dobra innych? Tak rozwinął swój ośrodek mowy; później zebrali to w poszczególnych pieśniach, w tych stu tysiącach pieśni Milarepy. Od czego się zaczyna każda z tych pieśni? Mówi to człowiek wysoce urzeczywistniony – i zaczyna zawsze od ogromnej wdzięczności dla swojego nauczyciela Marpy. Wyraża to w sposób klasyczny: „Kłaniam się do stóp do mojego ojca”, czy „Podchodzę do lotosu, na którym siedzi guru” i tak dalej. Dzisiaj powiedzielibyśmy to w inny sposób; Maggie opowiadała, że po 60 latach Rinpocze mówił o Szierabie Dordże tak, jakby to było wczoraj, miał w sercu tę żywą wdzięczność. To związek z nauczycielem wywołuje tę wdzięczność, nawet, jeśli jesteśmy urzeczywistnieni. Wdzięczność za co? Kiedy zaczynamy osiągać rezultaty, to widzimy, że od nauczyciela dostaliśmy największy skarb. Nie istnieje nic większego. Kiedy zaczynają się pojawiać rezultaty, wtedy rozumiemy w pełni, co dostaliśmy. Lobpyn Tseczu Rinpoche powiedział wiele lat temu w Polsce, w Kucharach w 1992 roku, że nie ma rezultatów w buddyzmie, jeśli nie będziemy utrzymywać związku z nauczycielem.

Maggie: Szczególnie z pierwszym nauczycielem, który dał nam schronienie

Tomek: Z pierwszym nauczycielem, który nam dał Schronienie. Co to znaczy, utrzymywać związek? Czy to, że muszę do niego dzwonić codziennie? Albo przynajmniej wysłać smsa? Nie, to znaczy, że będę tę wdzięczność niejako pielęgnował, czy kiedy rezultaty się pojawią, będę kierował tę wdzięczność ku temu pierwszemu nauczycielowi, który był pierwszym zwierciadłem, który popchnął mnie w tym pierwszym momencie. Dlatego na początku widzimy nauczyciela na zewnątrz, zaczynamy się identyfikować z nauczycielem, aż w końcu ten ostateczny nauczyciel to jest nasze własne przeżycie i nie ma już różnicy pomiędzy nauczycielem na zewnątrz i wewnątrz. Odkryjemy, że nauczyciel, którego przeżywaliśmy na zewnątrz, jest właściwie naszym urzeczywistnieniem wewnątrz. W 1989 roku byliśmy z Ole na Hawajach i tam prawie się utopiliśmy. To było na jednej z wysp, plaża nazywała się Tajemna Plaża. Fala była ogromna i weszliśmy do kolan tylko, a nagle wciągnęło nas do wody. Te fale były dwumetrowe, wszystko było białe, i nie wiadomo było, gdzie jesteśmy, do góry nogami i tak dalej, nie można było oddychać. I w tym ostatnim momencie, jak już nie dawaliśmy rady, nagle usłyszałem głos Olego. Powiedział: „Tomek, trzymajmy się za ręce w ostatniej chwili, żebyśmy byli razem”. Byłem mu wtedy tak wdzięczny, bo wiedziałem, że mój nauczyciel chce, kiedy sam już tonie, żebyśmy byli razem. I udało nam się złapać, to było kilka sekund, może cztery, pięć sekund, że trzymaliśmy się i ten kontakt z moim nauczycielem był najważniejszy w tamtej chwili. Wtedy nas znowu morze rozdzieliło i Olego wyrzuciło na ocean, a mnie na skały. Sytuacja była rzeczywiście ostateczna. Oddychanie jest jednym z naszych najgłębszych nawyków. Jeśli nie możemy oddychać, zrobimy wszystko, żeby znowu nabrać powietrza. Proces topienia się jest bardzo nieprzyjemny. Ci, którzy się topili kiedyś, to może pamiętają – ponieważ nie możemy oddychać, zaczynamy panikować, a gdy panikujemy to oddychamy jeszcze mniej, panikujemy jeszcze bardziej i tak ludzie się topią. Więc gdy się rozdzieliliśmy z Ole, dla mnie najważniejsze było, że byłem przynajmniej tych parę sekund z moim nauczycielem. To mnie właściwie uratowało, takie całkowite zaufanie do Schronienia i do lamy. Nie był to przyjemny proces: „Och, jak wspaniale się teraz topię”, ale jeśli w pewnym momencie przestałem panikować, to tylko dzięki temu, że poczułem, że przecież mój lama tam jest, mam zaufanie, nic się nie może stać. I zrozumiałem, dlaczego to się nazywa Schronienie, co ono znaczy i jakie jest ogromne. Schronienie to znaczy ochrona. I w tym momencie mogłem przerwać ten proces, później mnie fale wyrzuciły na brzeg i tam leżałem. A Ole, gdy został wyrzucony na ocean, zetknął się z jakimś jedynym surferem tego dnia. Akurat w tym momencie jeden się pokazał i na tej jego desce obaj mogli dotrzeć do brzegu. Zrobiliśmy sobie wtedy zdjęcie razem. Z Ole jeździła wtedy Maja, niektórzy ją pamiętają, piękna dziewczyna i ona zrobiła nam zdjęcie. Stoimy na nim objęci, tak jak nas natura stworzyła, bo kąpielówki zabrały nam siły przyrody. Mam to zdjęcie w Kopenhadze, jestem na nim bardzo zadowolony. Z czego? Oczywiście także z tego, że przeżyłem, ale przede wszystkim dlatego, że powtarzałem w sercu – nie chciałem tego mówić głośno i powtarzałem w myśli: „Dziękuję Ole, dziękuję Ole, dziękuję Ole”. Za co? Nie za to, że mnie uratował jakoś bezpośrednio, bo nawet sam siebie prawie nie mógł uratować, ale dziękuję za to, że dostałem te metody, bo wtedy pierwszy raz uzmysłowiłem sobie, że to naprawdę działa.
To, co Ole pisze w książce „Buddowie dachu świata”, to jest eksplozja wdzięczności dla jego lamy, dla XVI Karmapy. Widzieliśmy to teraz w EC. Ole miał łzy w oczach po 40 latach, kiedy opowiadał, jak Dilgo Czientse Rinpocze przyszedł pożegnać się z Karmapą przed jego śmiercią, gdy tych dwóch gigantów umysłu się spotkało. Jest to ta wdzięczność, która nas motywuje, która nas będzie pchała do przodu. I tak było od początku, od Buddy, ze wszystkimi uczniami, którzy potem stawali się nauczycielami i tak dalej i tak dalej, aż to doszło do nas, do XVI Karmapy, Lobpyna Tseczu, do Hannah i Ole. Dlatego chciałbym zakończyć, mówiąc w imieniu wszystkich: „Dziękujemy wam, Hannah i Ole”, ponieważ dzięki wam tu wszyscy jesteśmy. Tomek Lehnert – brat Maggie, podróżuje z Lamą Ole Nydahlem od 1985 roku, wspomagając jego pracę i organizując podróże. Od kilku lat jeździ również z własnymi wykładami. Na stałe mieszka w Kopenhadze.

Dwie poprzednie części tego wykładu została opublikowana w Diamentowej Drodze nr 48 i 49.

Opracowanie: Wojtek Sulężycki, Bożena Pasławska, Mira Starobrzańska, Radek Held, Eliza Vaidyan, Wojtek Wilczewski

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Guru Joga XVI Karmapy - XVI Gyalwa Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Przekaz buddyzmu tybetańskiego w praktyce - Lama Ole Nydahl | Przekaz w Diamentowej Drodze - Kalu Rinpocze | Radość pojawi się sama - Hannah Nydahl | Do śmierci można się przygotować - Lama Ole Nydahl | Trawelling teachers, podróżujący nauczyciele - fascynujący przyjaciele, którym ufam - Lama Ole Nydahl | Cytat - Lama Ole Nydahl | 900 lat Karmapy - Szamar Rinpocze | Ścieżka oddania - Maggie Lehnert-Kossowski i Tomek Lehnert | Reczungpa - Rosi Fisher | Strzała Sarahy - Karma Trinlepa | Mandarawa Bogini Długiego Życia - Mira Starobrzańska | Buddyjska nauka o karmie - Manfred Seegers | Cytat - XVI Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Szczęście - temat, który porusza wszystkich | Nóż drigug - Mira Starobrzańska | Pochodzenie czarnej korony - Lama Karma Wangczuk | Mala - Mira Starobrzańska | Diagnoza: rak - Gretchen Newmark | Zachodni jogin w królestwie smoka - Klara Kazelle i Roman Laus | Wyprawa do spadkobierców Buddy - Vilas Rodizio | Lama - 24h | Więcej (z) nas w Europe Center | Odosobnienie nad Bajkałem - René Lackner | Z pamiętnika strażnika | O sandze w Norwegii - Nastia Tracewska | Warszawski Mahakala - Marta Ruta | Deszcz, błoto i ... błogosławieństwo - Eskadra Nagodzice | News | 35-lecie Buddyzmu Diamentowej Drogi w Polsce - Zosia Siwczyńska |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: