DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 50 -> Radość pojawi się sama

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Radość pojawi się sama

Hannah Nydahl
_________

Wykład o medytacji z San Francisco, 2002


Słuchanie nauk, rozmyślanie i medytacja

Medytacja jest najważniejszą częścią naszej ścieżki. Szkoła Kagyu oferuje drogę całościową, co oznacza, że najpierw uczymy się czegoś, potem rozmyślamy nad tym i wreszcie medytujemy. Te trzy filary potrzebne są w przypadku każdej praktyki buddyjskiej. Nasza tradycja bardzo podkreśla znaczenie medytacji, ale powinna być ona zrównoważona informacją. Żeby osiągnąć właściwe rezultaty, musimy wiedzieć, co robimy, dokąd zmierzamy. Naszej praktyce potrzebna jest pewna rama. Dlatego na początku najważniejsze jest dla nas rozwinięcie odpowiedniego poglądu, dzięki słuchaniu nauk – kiedy już przejdziemy do właściwej medytacji, powinniśmy być świadomi tego, jak ona na nas oddziałuje. Dlaczego nie wystarczy nam po prostu sam pogląd i wykonywanie właściwych działań? Po co nam jeszcze medytacja? Jest ona niezbędna, ponieważ jako zwyczajne istoty mamy tak silne mentalne nawyki, że poza medytacją nie ma innego sposobu, by je zmienić. Ani najwyższy pogląd, ani najlepsze nawet działania same w sobie nie zmienią struktury zwyczajnego umysłu. Do tego potrzebujemy medytacji.

Przyciąganie i odpychanie

Musimy też uświadomić sobie jasno, na co powinniśmy zwrócić uwagę przy medytacji, żebyśmy nie przenieśli do niej swoich nawyków. Kiedy przyjrzymy się działaniu naszego umysłu, zauważymy, że ciągle albo pragnie on czegoś, albo stara się czegoś uniknąć. To pewne uproszczenie, ale umysł rzeczywiście właśnie tak działa. Gdy coś się nam podoba, czujemy przyciąganie i chcemy to mieć. Jeśli jest to coś naprawdę przyjemnego, pragniemy to zatrzymać, albo oczekujemy, że wydarzy się znowu. Gdy jest to coś, co nam nie odpowiada, robimy wszystko, by od tego uciec lub się tego pozbyć. To samo dotyczy medytacji. Niezależnie od rodzaju praktyki te mentalne wzorce będą się pojawiać – tym razem jednak będziemy je projektować na medytację. Powinniśmy być więc uważni i starać się to zmienić.
Na przykład podczas medytacji na Diamentowy Umysł możemy być niekiedy dobrze skoncentrowani, albo czuć się lekko, czy doświadczać innych przyjemnych wrażeń, które podziałają na nas inspirująco. Kiedy tak się stanie, normalne jest, że zareagujemy zadowoleniem i chęcią zatrzymania tych przeżyć. Przy następnej medytacji będziemy chcieli doświadczyć ich znowu, ale być może właśnie wtedy pojawi się zupełnie inny rezultat, który nam się nie spodoba. Po prostu tak działa nasz umysł. W medytacji Diamentowego Umysłu może się też zdarzyć, że nie będziemy się wcale czuli dobrze, ponieważ na skutek tej praktyki z umysłu wyłoni się na przykład wiele nieprzyjemnych wrażeń. Wtedy poczujemy być może smutek albo nawet zaczniemy płakać. Może to być dość niemiłe i obudzić w nas niechęć. Jeśli tych oczyszczeń będzie za dużo, możemy nawet pomyśleć: „Chyba nie powinienem tyle medytować”, i zacząć szukać różnych wymówek, żeby uniknąć praktyki. Taka reakcja jest zrozumiała, ale powinniśmy ją zmienić. Musimy zrozumieć, że niezależnie od tego, jaką medytację wykonujemy, może ona spowodować różne doświadczenia – albo będą one przyjemne albo trudne. Te pierwsze mogą być bardzo miłe, a nawet porywające. Jeśli kiedyś braliśmy narkotyki, niewątpliwie poczujemy się w tej sytuacji jak w domu i pomyślimy: „Nareszcie coś się dzieje!”. Tym niemniej, nie chodzi tak naprawdę o uzyskanie tych fascynujących doświadczeń. Nie po to medytujemy. Dlatego niezależnie od tego, czego będziemy doświadczać, powinniśmy nauczyć się być całkowicie neutralni. Najlepiej jest, z jednej strony, nie przywiązywać się do przyjemnych wrażeń i nie oczekiwać, że znowu się pojawią, z drugiej natomiast –nie zwracać uwagi na nieprzyjemne przeżycia. Niezależnie od tego, co się wydarza podczas praktyki, pozwólmy, żeby się rozgrywało, i medytujmy dalej. Ciągle od nowa do niej wracajmy, bądźmy na niej skoncentrowani. Po prostu kontynuujmy medytację i porzućmy pogoń za doświadczeniami. Mówię o tym na samym początku, ponieważ jest to bardzo ważne, a łatwo o tym zapomnieć, gdyż nawyki tkwiące w umyśle są bardzo silne. Jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, możemy długo praktykować, ale nie będziemy umieli zmienić tego przyzwyczajenia. Zadaniem medytacji jest przekształcić je; musimy sobie o tym przypominać przez cały czas.

Szine

Wszystkie medytacje przekazane przez Buddę dzielą się na dwie kategorie: pierwsza to uspokojenie umysłu, zwane po tybetańsku szine (w sanskrycie siamatha), druga to medytacja wglądu, po tybetańsku lagtong (w sanskrycie vipasiana). Jak sama nazwa wskazuje, metody uspokojenia umysłu służą do nauki utrzymywania koncentracji i treningu niepoddawania się rozproszeniu. Tę podstawową medytację, szine, można znaleźć nie tylko w buddyzmie, ale też w wielu innych duchowych szkołach i religiach. Na przykład hinduizm kładzie duży nacisk na szine i dysponuje wieloma skutecznymi metodami uspokojenia umysłu. Każdy, kto chce zrobić postępy w medytacji, musi zacząć od szine, chyba, że jest już bliski oświecenia. Budda nauczał szine na różnych poziomach w różnych szkołach, zatem nauki o szine są obecne w therawadzie, mahajanie i w tantrach. Jak wszystkim wiadomo, podstawowy rodzaj szine to koncentracja na oddechu. Jest to popularny i pomocny dla wielu osób typ praktyki. Prócz oddechu nie ma tu żadnego innego obiektu skupienia. Dzięki temu uczymy się nie ulegać rozproszeniom i stale powracać do przedmiotu koncentracji. Przechodząc do nyndro, rozpoczynamy pracę z metodami Diamentowej Drogi. Tutaj szine występuje w połączeniu z fazą budowania (tyb. czierim), podczas której wytwarzamy w umyśle wizerunek buddy, wyobrażamy sobie różne formy, koncentrując się na ich atrybutach, ozdobach i mantrze. Wszystko to jest tak naprawdę pewnym rodzajem szine. Najlepiej ćwiczyć się w szine stopniowo. Na początku próbujmy utrzymać koncentrację na krótko, bo dłużej jeszcze nie umiemy. Nasz umysł nie jest też przyzwyczajony do skupienia na jednej rzeczy przez długi czas. W końcu jednak stanie się to bardziej naturalne i radość z medytowania pojawi się sama. Powinniśmy się cieszyć, że możemy medytować – posiadając taką sposobność mamy naprawdę wielkie szczęście. Jednocześnie nikt nas do tego nie zmusza, nie mamy obowiązku medytowania. Dlatego, jeśli kiedyś nie uda nam się usiąść do praktyki, nie powinniśmy mieć z tego powodu poczucia winy. Kiedy przyzwyczaimy się już do utrzymywania kon-centracji, możemy robić to dłużej. Jeśli pojawią się wtedy te czy inne doświadczenia, nie powinniśmy do nich lgnąć. Dotyczy to przede wszystkim przyjemnych wrażeń i przeżyć.

Doświadczenia szine

Istnieje pewna liczba typowych doświadczeń szine, np. wrażenie przebywania w stanie błogości, który może być fizyczny albo mentalny. Możemy mieć uczucie całkowitego spokoju, kiedy umysł w pewnym momencie uwolni się od wszelkiego rozproszenia. Nie dzieje się w nim nic, co znamy, nie pojawiają się żadne myśli itd. Jest to po prostu niezwykle spokojny, zachwycająco odprężający stan. Istnieją też pewne stany umysłu, które są wolne od koncepcji, nawet jeśli nie są jeszcze doświadczeniem pustości, któremu towarzyszy rzeczywiste zrozumienie. Te trzy doświadczenia – błogości, przejrzystości i braku pojęć – pojawiają się w efekcie praktyki szine. Nie są niczym szczególnym – wręcz przeciwnie, są całkowicie normalne. Kiedy się pojawią, powinniśmy je pozostawić takimi, jakimi są, i pozostać neutralnymi. Nie ekscytujemy się nimi i po prostu kontynuujemy medytację, a podczas następnej sesji staramy się nie zastanawiać zbytnio nad tym, czy pojawią się znowu.Zanim pojawią się te trzy zwykłe rezultaty szine, może też przyjść wiele niezbyt miłych stanów umysłu, co wynika z tego, że zaczynamy dostrzegać, co się w nim dzieje. Możemy nawet mieć wrażenie, że nasza praktyka się pogarsza, że mamy więcej myśli i jesteśmy jeszcze bardziej pomieszani. Ale jest raczej tak, że najzwyczajniej nagle zaczynamy widzieć to, co przez cały czas było w umyśle. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do patrzenia do wewnątrz, więc ta świadomość może nas zaskoczyć. Nie powinniśmy się wtedy martwić i myśleć, że coś jest z nami nie tak. Umysł po prostu taki jest i właśnie dlatego praktykujemy.

Lagtong

Drugi rodzaj praktyki – medytacja wglądu, – sprawia, że buddyzm jest szczególny i niezwykły. Tej medytacji nie znajdziemy wszędzie. To dzięki niej praktyka staje się wyzwalająca. Pojawiające się na tym poziomie zrozumienie prowadzi nas dalej niż wycieczki po przyjemnych stanach umysłu. Wyprowadza nas poza wszelkie koncepcje – poza samsarę, czyli zwykłą, uwarunkowaną egzystencję. W ten sposób medytacja lagtong wyzwala nas w końcu i następnie doporowadza do oświecenia. Trudno jest opisywać rezultaty lagtong, bo wykraczają one poza zrozumienie intelektualne. Trzeba ich doświadczyć. Mamy ogromne szczęście, że dysponujemy metodami, które pozwalają nam osiągnąć ten poziom. Nie każdy wie, że istnieją dwa rodzaje medytacji wglądu. Pierwszy typ jest analityczny, a drugi można nazwać „nieanalitycznym”. Wielu ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy, ale analityczna medytacja jest też jak najbardziej praktyką wglądu. Mogą myśleć, że jest związana z intelektem, że nie jest medytacją, ale tak nie jest. Analityczne lagtong polega na przykład na tym, że badamy swój umysł albo szukamy własnego „ja”. Tego typu metod jest mnóstwo w naukach mahajany. Nie polega to jedynie na rozmyślaniu w ten sposób – naprawdę staramy się sprawdzić, gdzie znajduje się nasze ego, z czym się utożsamiamy. Szukamy odpowiedzi na te pytania nie tylko w sposób intelektualny, ale całym sobą. Po jakimś czasie takiego ćwiczenia pojawia się pewne doświadczenie, pewnego rodzaju wyobrażenie. Nawet jeżeli jest ono tylko pojęciem, zabarwione jest już pewną dozą doświadczenia i zrozumienia, które mówi nam, że nic, co można dostrzec, nie istnieje naprawdę i niezależnie. Docieramy do tego punktu dzięki analizie i potem medytujemy, spoczywając w tym zrozumieniu przez jakiś czas. Na tym polega wtedy nasza praktyka. Jest to jedna z metod nauczanych przez Buddę. Służy ona do osiągnięcia ostatecznego zrozumienia.
Jeśli chodzi o metody, jakimi się posługujemy – czy jest to nyndro, czy później medytacja na jidamy albo mahamudra – medytacja wglądu pojawia się przede wszystkim w fazie rozpuszczenia (tyb. dzogrim). Gdy medytujemy na jakiś aspekt buddy, zawsze następuje moment rozpuszczenia w światło tego, co sobie przedtem wyobraziliśmy. Potem spoczywamy w naturalnym stanie umysłu bez jakiegokolwiek punktu odniesienia. Nie ma nic, do czego moglibyśmy lgnąć, jesteśmy po prostu obecni. Ten stan sam w sobie, opierający się na wcześniejszym uspokojeniu umysłu uzyskanym dzięki skupieniu się na tej czy innej formie buddy, może przynieść nam trochę zrozumienia, pewne doświadczenie natury umysłu i wszystkich zjawisk. Następnie spoczywamy w tym stanie. Aby ten wgląd, zrozumienie czy realizacja się pojawiły, najpierw musimy uspokoić umysł. Gdyby nie było to konieczne, moglibyśmy od razu usiąść i po prostu spocząć w mahamudrze. W rzeczywistości nie ma powodów, które by to uniemożliwiały, jednak umysł po prostu tak nie działa. Potrzebny jest nam stopniowy trening, krok po kroku – wtedy w końcu nam się to uda.

Nasze metody

Metody, jakimi się posługujemy, zazwyczaj łączą te dwie praktyki – szine i lagtong – tak, żeby były one dla nas bardziej przystępne. W zależności od poziomu, na którym pracujemy z umysłem, przebłyski wglądu pojawią się wcześniej lub później. To, kiedy przyjdą, jest kwestią całkowicie indywidualną, ale sama struktura medytacji zawsze umożliwia nam połączenie tych praktyk. W ten sposób nigdy nie zatrzymamy się w jednym miejscu i zawsze będziemy mieli możliwość kontynuowania praktyki na kolejnym poziomie. To bardzo dobrze, bo w innym przypadku istniałoby ryzyko, że będzie nam wystarczać miły stan szine, w którym jest tak przyjemnie. Moglibyśmy zapomnieć, że nadal musimy się uczyć, że potrzebujemy więcej wglądu i że naszym celem jest ostateczne zrozumienie natury umysłu oraz wszystkich zjawisk. To tyle teorii o tym, jak zbudowane są nasze medytacje i jak się z tymi metodami obchodzić. W praktyce mamy wspólny „plan”: wszyscy zaczynamy od medytacji Schronienia, potem robimy Pokłony, Diamentowy Umysł, Podarowanie Mandali i Guru Jogę. Po nyndro idziemy dalej i zazwyczaj praktykujemy medytację na VIII Karmapę. Jednak to, jak te środki działają na ludzi, jest sprawą indywidualną. Niektórzy przechodzą przez te wszystkie praktyki bardzo szybko, wkładając w to dużo energii, a inni potrzebują na nie wiele lat. Nie ma tu żadnych reguł, ponieważ nie o to chodzi. Metoda jest przekazywana i potem każdy praktykujący musi sprawdzić, co najbardziej jemu lub jej pasuje, albo jak najlepiej używać tej techniki w życiu, żeby działała. Powinniśmy zawsze pamiętać o tym, dlaczego praktykujemy. Nie chodzi tu o nic, co przychodzi z zewnątrz i nie ma z nami nic wspólnego – o coś, co należy osiągnąć albo uzyskać. Pracujemy z własnym umysłem, który mamy tu i teraz. Chcemy, żeby nasza świadomość było bardziej przejrzysta, pragniemy zrozumieć naturę umysłu. O to tak naprawdę chodzi, a wszystko inne ma tylko uczynić to możliwym. Powinniśmy zawsze o tym pamiętać. Zamierzamy wykonać całą tę pracę, ponieważ umysł posiada mnóstwo rozmaitych właściwości – zawiera ogromne bogactwo, którego teraz nie jesteśmy w stanie zobaczyć. Im więcej uda nam się dostrzec tych właściwości i im więcej ich doświadczymy, tym lepiej będziemy w stanie pomóc innym w osiągnięciu tego samego. To po to medytujemy. Każdy, kto praktykuje, uzyska taki rezultat. Jeśli chodzi o jakiekolwiek przeszkody, które mogłyby się pojawić na naszej ścieżce, to po prostu nie powinniśmy pozwolić, żeby nas ograniczały – podobnie nie traktujmy doświadczeń medytacyjnych jako czegoś, za czym należy podążać. Przeszkody są przeszkodami tylko wtedy, gdy traktujemy je poważnie i wierzymy, że mogą nam zaszkodzić. Pojawiają się one i znowu odchodzą jak wszystko inne, a my po prostu kontynuujemy praktykę.

Pytania

Jaka jest różnica między fazą rozpuszczenia w medytacji XVI Karmapy, gdzie wszystkie formy znikają, a fazą rozpuszczenia w Pokłonach czy Diamentowym Umyśle, gdzie tak się nie dzieje?

Hannah: W nyndro nie pracujemy jeszcze tak bardzo z wglądem; tu faza rozpuszczenia jest raczej momentem przyjęcia błogosławieństwa. Nie zagłębiamy się tak mocno we wgląd, na to przychodzi czas później.

Czyli w nyndro nie ma medytacji na pustość?

Hannah: Zanim się tego nauczymy, minie trochę czasu, więc podczas Praktyk Wstępnych nie kładzie się nacisku na lagtong. Jest to też przyczyna, dla której w ogóle je robimy: Pokłony i Diamentowy Umysł to zręczne metody, które służą do oczyszczenia umysłu, dzięki temu możemy pogłębiać doświadczenie i zrozumienie jego ostatecznej natury. To bardzo indywidualny proces. „Plan” jest ten sam dla wszystkich, ale różnie bywa z tym, co i kiedy dojrzeje w praktyce danej osoby. Indywidualne jest też to, na jakim poziomie pojawią się doświadczenia medytacyjne. Nawet sposób używania metod może różnić praktykujących – niektórzy lubią koncentrować się na formach, kolorach itp. i są w tym dobrzy, inni wolą inne aspekty medytacji. Żadna z tych postaw nie jest ani dobra, ani zła – to po prostu różne nawyki. Chociaż na pustość nie medytujemy od początku, dobrze jest wyrobić sobie jakieś wyobrażenie o jej znaczeniu, ponieważ na tym właśnie polega wyzwalająca moc naszej praktyki. To sprawia, że buddyzm jest taki szczególny. Zanim więc zdobędziemy doświadczenie pustości, częścią naszej praktyki jest zaznajomienie się z tym pojęciem. Jest to coś bardzo subtelnego – nie powinniśmy usztywniać naszego pojmowania pustości. Nie powinniśmy też eksperymentować z nim samodzielnie. Autentyczne wskazówki są nam bardziej potrzebne niż własne hipotezy i koncepcje. Jeśli już takowe mamy, ważne jest, żeby je sprawdzić, bo o pustości nie uczymy się w szkole – jest nieuchwytna i może być nam trudno ją zrozumieć. Poza tym, kiedy zaczynamy pracę z buddami z energii i światła, powtarza się nam, że nie powinniśmy wyobrażać sobie tych form jako trwałych, złożonych z mięsa i kości. Powinniśmy włączyć zrozumienie pustości do medytacji, ponieważ kiedy praktykujemy, nie mając o tym pojęcia i wyobrażamy sobie „kogoś” na zewnątrz, rozmijamy się z naturą buddów – oni są formami z energii i światła.

Wspominałaś, że dobrze jest zacząć od uspokojenia umysłu. Dlaczego wobec tego taki mały nacisk kładziemy na szine?

Hannah: Szine jest jak najbardziej w naszych praktykach akcentowane – dlatego mówiłam, gdzie je można w nich znaleźć. Nawet kiedy rozpoczynasz medytację Schronienia, to też jest szine, bo koncentrujesz się na buddach przed tobą.

Czy nie kładziemy nacisku na szine przez skupianie się na oddechu?

Hannah: Na początku każdej praktyki koncentrujemy się na oddechu przez krótką chwilę. Chciałam wyjaśnić, że wszystkie medytacje przekazane przez Buddę zawierają w sobie te dwa aspekty – szine albo lagtong lub też oba na raz – niezależnie od tego, jak je nazywamy. Istnieją metody, które są wprost określane nazwą „szine”, a na przykład w tantrach medytacje na oświecone aspekty są identyczne z szine. Faza budowania, w której koncentrujemy się na formach, mantrze itp., to też szine. Jeśli po skończeniu nyndro ktoś ma ochotę medytować bezpośrednio na sam umysł, co robimy w ramach medytacji VIII Karmapy, może wykorzystać różne rodzaje szine i lagtong przeznaczone specjalnie do tego celu.

Co można zrobić, jeśli przed rozpoczęciem medytacji ogarnia nas znużenie i senność?

Hannah: A kiedy sąsiad w mieszkaniu obok ogląda dobry film, natychmiast się budzisz? (Hannah się śmieje). Tak działają nawyki. To typowe i na pewno nie jesteś jedyny. Potrzebujesz cierpliwości i wytrwałości; musisz też zastosować pewną presję. W samej medytacji nie używasz nacisku, chodzi raczej o stanowczość, z jaką odrzucasz swój nawyk, tak jak odrzuca się każdą inną uciążliwą skłonność. Za każdym razem, gdy udaje się nam przerwać łańcuch szkodliwych przyzwyczajeń sprawiamy tym samym, że jest nam łatwiej sobie z tym radzić przy następnej okazji. Znużenie w medytacji jest szczególnym problemem. Kiedy umysł zaczyna uczyć się koncentracji, reaguje sennością albo przeciwnie – nadmiernym pobudzeniem. Na początku trudno jest uniknąć takiej sytuacji. Dlatego właśnie powinieneś koncentrować się przez krótki czas i robić częste przerwy – nie pozwalaj, żeby faza skupienia trwała zbyt długo. Jeśli nie robisz przerw i pozwalasz sobie na senność albo podekscytowanie, praktyka nic ci nie przyniesie.

Kończę medytację, kiedy jestem senny albo mój umysł zaczyna dziką wędrówkę, ale to zdarza się prawie za każdym razem, kiedy siadam do praktyki…

Hannah: Nie powinieneś kończyć sesji, raczej odciąć ten stan senności. Zależnie od tego, jak długo już siedzisz – po prostu na chwilę przerywasz, nie myślisz o niczym szczególnym, a potem sprowadzasz umysł z powrotem do medytacji. Kiedy przyzwyczaisz się do praktyki i będziesz robić dłuższe sesje, rób też przerwy, kiedy jeszcze będziesz w stanie utrzymać koncentrację. To taka sztuczka, której używamy w pracy z umysłem: jeśli zrobimy pauzę, jeszcze zanim skupienie się rozproszy, umysł z radością powróci do koncentracji.

Mam pytanie do szine na oddech. Czy oczy powinny być półotwarte, czy zamknięte? A co z innymi fazami medytacji?

Hannah: Kiedy skupiasz się na oddechu, oczy powinny być półotwarte. Jeśli chodzi o fazę budowania, najłatwiej nam będzie medytować z zamkniętymi; a z kolei w fazie rozpuszczenia dobrze jest mieć oczy częściowo otwarte, nie trzymać ich zamkniętych przez cały ten czas. Gdy siedzisz przez chwilę w stanie, który jest całkowicie wolny od wszelkich punktów odniesienia, czasem dobrze jest otworzyć oczy.

W ciągu dnia staram się niekiedy wyobrazić sobie buddę i poczuć jego bliskość. Czy to jest szine?

Hannah: Nie. To, co mówiłam na temat naszych metod – że dzielą się na szine i lagtong – dotyczyło formalnych sesji medytacyjnych. Wszystko to, co mówiłam o szine i lagtong – czego szine dotyczy, że mamy jego dwa rodzaje: z obiektem i bez, że istnieją różne techniki skupiania umysłu bez rozproszenia, a lagtong z kolei to realizacja ostatecznej natury umysłu – wszystko to ma związek z praktyką medytacji. W tzw. fazie „pomedytacji” trudno jest mówić o szine i lagtong, ponieważ nie chodzi tu już o medytację. Jest to faza, w której ćwiczymy uważność i motywację. Nasze możliwości są tu całkowicie zależne od tego, w jakim momencie rozwoju się znajdujemy. Kiedy na przykład w pewnym stopniu urzeczywistnimy ostateczną naturę umysłu, ale nie jesteśmy jeszcze w pełni oświeceni, przechodzimy przez poszczególne poziomy bodhisattwy. Rozbieżność między tymi stopniami polega na tym, jak dobrze radzisz sobie z fazą „pomedytacji”. Sama medytacja niczym się tu nie różni, na wszystkich tych etapach w takim samym stopniu rozumiemy już naturę wszystkich rzeczy. Pytanie brzmi tylko, jak dobrze potrafimy to utrzymać w fazie „pomedytacji”, na ile nasze doświadczenie w medytacji zintegrowane jest z życiem? Pełne oświecenie to stan, w którym nie ma już tego podziału.

W jaki sposób praktykować w fazie „pomedytacji”? Utrzymywać czysty pogląd?

Hannah: Tak, powinniśmy ćwiczyć się w najwyższym poglądzie. Tym niemniej w fazie „pomedytacji” musimy być otwarci na wszystkie poziomy pracy ze zjawiskami. Jeśli możemy, staramy się utrzymywać najwyższy pogląd, chociaż nie zawsze będzie się nam to udawało. Gdyby było inaczej, bylibyśmy już oświeceni. Zawsze powinieneś sprawdzić, co będzie skuteczne dla ciebie w konkretnych okolicznościach. Jeśli sama świadomość sytuacji zadziała, jeżeli dzięki niej wszystkie problemy znikną, nie ma żadnych przeszkadzających uczuć, jest już tylko najwyższa mądrość, to oczywiście jest to najlepszy sposób. Jeśli to nie zadziała, musisz spróbować czegoś innego (Hannah się śmieje). Czasem też bardzo pomaga nam powtarzanie mantry, która niezwykle szybko staje się dla nas pewnego rodzaju „filtrem wrażeń”, sprawia, że nie są w stanie nas całkowicie „złapać”. Mantra daje nam przestrzeń. Niekiedy znowu możemy znaleźć się w sytuacji, w której naprawdę nie możemy zastosować powyższych środków. Wówczas powinniśmy przynajmniej zachowywać się w cywilizowany sposób. Może wtedy będziemy musieli wyjść, zanim zrobimy komuś krzywdę albo powiemy coś głupiego. Oczywiście najwyższy pogląd jest bardzo skuteczny, ponieważ kiedy wejdzie nam w nawyk, wiele problemów rozpuszcza się samoistnie. Nie ma już dla nich punktu odniesienia ani żadnej płaszczyzny, na jakiej moglibyśmy się nimi zajmować. Ale to wymaga od nas pracy. Naprawdę bardzo istotną sprawą jest świadome rozwijanie współczucia. Niezwykle ważne jest, żeby rozpoczynać każdy dzień z tą myślą. Nie musi to trwać długo, wystarczy przez chwilę uświadomić sobie, jak wiele istot żyje na świecie, i wyrazić silne życzenie, żeby wszystkie one były wolne od cierpienia. Już samo to stwarza ogromną różnicę – jeśli tak postępujemy, wszystko, co robimy w ciągu dnia, w jakiś sposób przyniesie im pożytek. Zaczynamy wtedy dzień i cokolwiek się dzieje, nie jest całkowitą stratą czasu. Nawet kiedy mamy trudny okres w życiu, to życzenie nas poprowadzi i przyniesie coś dobrego. Dlatego powinniśmy budzić się rano z odpowiednim nastawieniem i potem starać się je utrzymać, na ile to jest możliwe. Dobrze jest być świadomym samego umysłu i uważnym, żeby nie dać się złapać starym nawykom.
Bywają momenty, kiedy jest nam naprawdę ciężko i nie umiemy sobie z tym poradzić. Wtedy medytacja „dawania i brania” (tyb. tonglen) może być bardzo pożyteczna. Pomaga ona wydostać się z naszego małego świata i zobaczyć własną sytuację z pewnej perspektywy. Okazuje się wtedy, że nie my jedyni mamy ten problem. Miliardy istot znajdują się w takim samym położeniu albo w jeszcze gorszym. Wtedy wyrażamy życzenie, żeby cokolwiek, przez co przechodzimy, jakoś się przydało i wyzwoliło wszystkich od tego rodzaju cierpienia. Dzięki temu przekształcamy je tak, że nie jest już naszym małym, prywatnym problemem czy osobistym bólem. Dobrze jest działać na wielu poziomach, a najważniejsze jest naprawdę wziąć się do pracy, zamiast zbyt długo czekać. Łatwo może się zdarzyć, że zwlekamy, zamiast uświadomić sobie, że mamy do wykonania jakieś zadanie. Jeśli przeciągamy sytuację, rozwiązanie staje się trudniejsze.

Czy jest jakaś mantra albo specjalna metoda, jaką możemy dawać ludziom mającym problem z lękami?

Hannah: To zależy od nich. Na przykład buddyści mogą nauczyć się, że przemijalność, która jest częstym źródłem niepokoju, jest czymś całkowicie naturalnym. W naszym społeczeństwie nikt nam tego nie tłumaczy i trudno nam obchodzić się z nietrwałością i śmiercią. Te kwestie są albo tematem tabu, albo po prostu się ich boimy. Świadomość przemijalności wszystkiego jest bardzo pożyteczna. Szczególnie w czasach takich jak dziś zaczyna to być oczywiste – wszystko się zmienia, także na wielką skalę. Przykładem tego mogą być wielkie katastrofy. Tak naprawdę taki po prostu jest świat, przemijalny z natury. Oczywiście i tak ciężko jest tego doświadczać, bo nie jest to coś, co jest nam w jakiś sposób znane. Jest to trudna lekcja, ale im wcześniej się jej nauczymy, tym lepiej, bo później nie będziemy już tak bardzo cierpieć. Nie możemy tego zmienić, więc o wiele lepiej jest wykształcić w sobie odpowiednie podejście. Dowiadujemy się, że to nie żadna tragedia, ale zwykły bieg rzeczy. Oczywiście, morderstwo na przykład nie jest niczym dobrym, ale samego faktu, że wszystko przemija, nie musimy się bać. Powinniśmy się do tego przyzwyczaić i wtedy nie jest to już tak bolesne. Poza tym nietrwałość może być też przyczyną powstania pozytywnych rzeczy. To szeroki temat i rozumiem, że ludzie mają różne lęki. Gdybym ja nie wiedziała nic o karmie, przemijalności i tak dalej, też bym mogła zwariować! Jeśli nie masz żadnej perspektywy ani nie widzisz, co tak naprawdę się dzieje, wszystko wydaje się kompletnie bezładne i bezsensowne. To musi być przerażające – nie dziwię się, że ludzie nie mogą tego znieść.

Na czym polegają kursy wipassany organizowane przez ośrodki therawady?

Hannah: Kursy wipassany to głównie trening uważności. Nie tylko koncentracja, ale też świadomość tego, co robisz. Wchodzi się tam głębiej w uważność wobec tego, jak się poruszamy itp. Nie mogę powiedzieć na ten temat zbyt dużo, bo sama znam go tylko z opowiadań innych. Poza tym wiem o tym tyle, co Budda nauczał w ramach tej szkoły. Główny wgląd therawady to zrozumienie braku „ja”, czyli tego, że ego jest iluzją. Kiedy to urzeczywistnimy, wychodzimy poza samsarę. W ten właśnie sposób praktykujący therawadę osiągają wyzwolenie – dzięki świadomości, że tak naprawdę nie istnieje żadna osoba. Do tego celu służy im też praktyka analizy intelektualnej, chociaż o ile wiem, w tych popularnych, dziesięciodniowych kursach wipassany uczestnicy nie wchodzą tak głęboko w filozofię. Najważniejszym urzeczywistnieniem na poziomie tej szkoły jest to, że „ja” nie istnieje. W mahajanie i wadżrajanie także musimy osiągnąć tę realizację, z tym, że tu jeszcze skupiamy się na świecie zewnętrznym i dochodzimy do wniosku, że on też nie istnieje niezależnie. Wszystko jest połączone poprzez wiele przyczyn i warunków, nic nie istnieje samo w sobie, bez żadnej innej przyczyny. Z tego właśnie powodu wszystko jest tak dynamiczne. Gdyby zjawiska miały niezależną przyczynę, byłyby statyczne – albo nie istniałoby nic, albo wszystko istniałoby wiecznie, co oczywiście nie jest prawdą. To dzięki tej właściwości, którą nazywamy pustością i która określa fakt, że zjawiska nie są ani niezmienne, ani nie istnieją w niezależny sposób, może wydarzyć się wszystko, co tylko możliwe. W przypadku zwykłego, nieoświeconego postrzegania nie jesteśmy tego świadomi. W kontakcie z otoczeniem, innymi ludźmi i wydarzeniami powoduje nami nawyk odbierania wszystkiego jako bardzo prawdziwego. Z tego powodu mamy problemy. Medytacja zmienia ten nawyk, ale stopniowo. Kiedy pojawi się rezultat, koncepcje – czyli ta podstawowa niewiedza czy też iluzoryczne postrzeganie – znikają. Dzieje się to dzięki praktyce lagtong, a nie szine. Można mieć świetne efekty w medytacji szine i jednocześnie żywić całkowicie błędne poglądy i nie będzie w tym sprzeczności. Dzięki szine można nawet osiągnąć moce czynienia cudów, ale nadal nie być oświeconym. Z tego powodu nie kładziemy nigdy nacisku na cuda – to mogłoby tylko skomplikować nasz rozwój. Oczywiście urzeczywistnione istoty potrafią zrobić wszystko, chociaż tego nigdy nie podkreślamy, żeby ludzie nie myśleli, że wszyscy cudotwórcy są oświeceni.

Jakie jest znaczenie nieprzerwanego przekazu mahamudry?

Hannah: Mahamudra to główny przekaz linii Kagyu. Jej rezultatem jest absolutne urzeczywistnienie natury umysłu – ten sam cel mamy oczywiście w każdej praktyce we wszystkich szkołach buddyzmu tybetańskiego. W tradycji Njingma na przykład nazywa się go dzogczen. W różnych szkołach mamy do czynienia z różnymi nazwami, ale ostateczne nauki są takie same. Podejście może być rozbieżne; nacisk na metody, jakich używamy, aby osiągnąć urzeczywistnienie, może być inny, różnić się też mogą przekazy od poszczególnych nauczycieli. Jednak ostateczna natura umysłu jest zawsze taka sama. Niezależnie od przekazu najważniejsze jest to, żeby był autentyczny, nieprzerwany i żebyśmy go otrzymali bezpośrednio od jego dzierżawcy. Tybetańczykom przez długi czas udawało się zachować buddyzm. Najpierw byli w stanie przetłumaczyć wszystko z sanskrytu, a to naprawdę dużo. Istnieją tybetańskie teksty, których w sanskrycie już nie ma. Przekaz był więc całkowity. Transmisja tantr też jest kompletna: każda tantra, którą możemy dziś otrzymać, była przekazywana wcześniej – gdyby było inaczej, nie mielibyśmy jej dzisiaj. Ruch Rime Dziamgona Kongtrula, współpracującego z Czogjurem Lingpą i innymi nauczycielami, składał się z czterech mistrzów, którzy wykonali ogromną pracę. W owym czasie pewnym przekazom groziło zniknięcie, a ci lamowie zdołali zachować wiele z nich. W ten sposób mogły być kontynuowane i dziś możemy je otrzymać.
Buddyzm na Zachodzie jest niezwykle nowym zjawiskiem – ma najwyżej 30 lat. Wcześniej Europa miała pewien kontakt z buddyzmem, ale był on ograniczony. Praktyka buddyjska rozwija się więc u nas od niedawna, ale nawet w tym krótkim czasie trudno jest utrzymać autentyczność nauk, ponieważ tak łatwo jest coś w nich zmienić. Musimy więc już teraz z uważnością dbać o autentyczność przekazu. Jesteśmy w trakcie przystosowywania buddyzmu do sposobu myślenia ludzi na Zachodzie, ale jednocześnie zwracajmy uwagę na to, żeby pozostał on autentyczny. Proces przenoszenia dharmy do różnych kultur i utrzymywania jej esencji w niezmienionym stanie nie jest łatwym zadaniem.W ciągu tego krótkiego czasu jesteśmy ciągle konfrontowani z tym problemem. To naprawdę niezwykłe, że Tybetańczycy potrafili utrzymać przekaz przez tak wiele stuleci. Udało im się to tylko dzięki temu, że pojawiła się wystarczająca liczba ludzi, którzy uzyskali rezultaty praktyki i osiągnęli urzeczywistnienie. To oni ocalili przekaz i to jest nasze wyzwanie na przyszłość – też musimy go ocalić. Wszyscy na tym zyskają.Oczywiście urzeczywistnionych nigdy nie będzie wielu. W Tybecie też nie było ich mnóstwo; w zasadzie zawsze było ich niedużo. Jednak konieczne jest, żeby pojawiła się przynajmniej pewna ich liczba. Kiedy przekaz jest utrzymywany, jest autentyczny i może zostać wykorzystany, wszyscy mogą odnieść z tego korzyść. W tej chwili to my na tym korzystamy, ponieważ przekaz jest ciągle obecny. Zawdzięczamy to wysiłkowi wcześniejszych pokoleń mistrzów.

Opracowanie: Maria Przyjemska

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Guru Joga XVI Karmapy - XVI Gyalwa Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Przekaz buddyzmu tybetańskiego w praktyce - Lama Ole Nydahl | Przekaz w Diamentowej Drodze - Kalu Rinpocze | Radość pojawi się sama - Hannah Nydahl | Do śmierci można się przygotować - Lama Ole Nydahl | Trawelling teachers, podróżujący nauczyciele - fascynujący przyjaciele, którym ufam - Lama Ole Nydahl | Cytat - Lama Ole Nydahl | 900 lat Karmapy - Szamar Rinpocze | Ścieżka oddania - Maggie Lehnert-Kossowski i Tomek Lehnert | Reczungpa - Rosi Fisher | Strzała Sarahy - Karma Trinlepa | Mandarawa Bogini Długiego Życia - Mira Starobrzańska | Buddyjska nauka o karmie - Manfred Seegers | Cytat - XVI Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Szczęście - temat, który porusza wszystkich | Nóż drigug - Mira Starobrzańska | Pochodzenie czarnej korony - Lama Karma Wangczuk | Mala - Mira Starobrzańska | Diagnoza: rak - Gretchen Newmark | Zachodni jogin w królestwie smoka - Klara Kazelle i Roman Laus | Wyprawa do spadkobierców Buddy - Vilas Rodizio | Lama - 24h | Więcej (z) nas w Europe Center | Odosobnienie nad Bajkałem - René Lackner | Z pamiętnika strażnika | O sandze w Norwegii - Nastia Tracewska | Warszawski Mahakala - Marta Ruta | Deszcz, błoto i ... błogosławieństwo - Eskadra Nagodzice | News | 35-lecie Buddyzmu Diamentowej Drogi w Polsce - Zosia Siwczyńska |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: