DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 50 -> Do śmierci można się przygotować

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Do śmierci można się przygotować

Lama Ole Nydahl
_________

Życie ma z pewnością koniec, jednak nasz rozum nie chce nic o tym wiedzieć.
Fragment nowej książki Lamy Ole Nydahla „Śmierć i odrodzenie”
Rozdział 3. „Przygotowanie do śmierci”


Codziennie i wszędzie doświadczamy, że wszystko, co złożone, jest przemijające. To, co przed chwilą jeszcze żyło, jest już może martwe, a to, co pojawia się dzisiaj, już jutro może zniknąć. Komórki w naszym organizmie wciąż się zużywają i regenerują – miejmy nadzieję, że jak najdłużej – a mimo to przez cały czas trochę umieramy. Utrata ukochanych, rodziców, rodzeństwa, dobrych przyjaciół lub własnego zdrowia, a także wielkie zewnętrzne zmiany zachodzące w czasie klęsk żywiołowych czy też w życiu gospodarczym, wskazują nieustannie na tę przemijalność. Życie ma z pewnością koniec, jednak nasz rozum nie chce nic o tym wiedzieć i wciąż ma nadzieję na dalsze istnienie i nieśmiertelność. Chociaż najwyraźniej każda istota pewnego dnia umrze i prawie wszystko poza tym potrafimy zrozumieć, wielu ludzi często do końca życia wzbrania się przed poznaniem tego faktu i zaakceptowaniem go. Tęsknota za bezpieczeństwem i nieśmiertelnością jest w ludzkim umyśle bardzo silna. Przede wszystkim w kulturach, które starają się „zamaskować” śmierć, tendencja do gorączkowego chwytania się życia i napięcia z tym związane stają się bardzo silne. Jeżeli jednak zrozumiemy, że jedynie bogactwo naszej własnej natury buddy jest ponadczasowe, będziemy potrafili przyjąć rozluźnioną postawę wobec zbliżającej się śmierci. Milarepa, wielki jogin Tybetu, opiewał przed dziewięciuset laty to, co umierający człowiek powinien przemyśleć. Przy pomocy życiowych przykładów, związanych najczęściej z przyrodą Himalajów wśród której żył, pomagał swoim uczniom lepiej zrozumieć przemijalność wszystkich zjawisk. Pokazywał im zarówno zmienność świata zewnętrznego, jak też niepewność wszystkich uwarunkowanych stanów umysłu i to, że nie są one satysfakcjonujące. Ciągle od nowa zwracał uwagę swoich uczniów na jedyne trwałe zjawisko – w pełni rozwinięty umysł. Wielka jogini Manibhadra rozpoznała to, kiedy poszła z glinianym naczyniem po wodę do strumienia. Po drodze potknęła się o korzeń, gliniany dzban wyślizgnął się jej z rąk i rozbił. W tej samej chwili doświadczyła bezpośrednio jedności formy i przestrzeni – tego, że „wnętrze” i „zewnętrze” są od siebie nieoddzielne. Było to możliwe tylko dlatego, że dzięki wieloletniemu otrzymywaniu błogosławieństw i nauk, oraz praktykowaniu medytacji, miała doskonale wyszkolony umysł. Jeżeli uda nam się to na drodze do oświecenia, naszym pierwszym osiągnięciem będzie uwolnienie się od „ja” czy „siebie” – a wraz z tym wglądem rozproszą się wszystkie nasze przeszkadzające uczucia i będziemy wolni. Jesli potrafimy dodatkowo uniezależnić się od sztywnych poglądów, doświadczymy oświecenia, które ukaże się nam jako samopowstały i bezwysiłkowy rozwój ciała, mowy i umysłu. Tak samo, jak wnętrze dzbana w chwili rozbicia go staje się jednością z otoczeniem, tak śmierć daje nam okazję rozpoznania – dzięki nierozróżniającemu jednoupunktowieniu – podstawowej prawdy wszelkiego życia: tak jak przestrzeń, esencja umysłu pozostaje nietknięta przez zmianę i śmierć.

Świadomość przemijania w Tu i Teraz

Ponieważ każda chwila może być ostatnią, z pewnością powinniśmy sensownie wykorzystywać swój czas. Ani rozluźnione, przyjemne życie z 35-godzinnym tygodniem pracy, ani polowanie na pieniądze, wygrana w totka, dający wiele spełnienia ukochany lub też dom, nie dają trwałej satysfakcji. Za wszystkimi przeżyciami, nawet za tymi wyjątkowymi i szczególnymi, kryje się zawsze bolesna prawda, że ostatecznie nic nie jest trwałe. Jak jednak można dawać z siebie w życiu jak najwięcej i jednocześnie przygotowywać się do śmierci? Jak można patrzeć śmierci prosto w oczy bez lęku i innych ograniczających uczuć? Ludzie potrafią się uczyć prawie z każdego życiowego położenia. Nicią przewodnią powinno być tutaj zrozumienie prawa przyczyny i skutku – to myśli, słowa i działania kształtują przyszłość. Wszystkie wrażenia, które „zasiewamy” w świecie i własnej świadomości magazynującej, prędzej czy później dojrzewają i prowadzą do doświadczeń o tym samym ładunku uczuciowym. Dlatego mądry człowiek pozbywa się starych obciążeń, kiedy się pojawiają i zamiast nich gromadzi wrażenia przynoszące szczęście. Nieustannie mamy najróżniejsze okazje, by wspierać innych naszym ciałem, mową i umysłem, oraz usuwać ze świata to, co już mu zagraża i to, co dopiero się tli, wróżąc przyszłe trudności. Jeżeli pomagamy ludziom w znalezieniu trwałych wartości, buduje to dobre związki zarówno na okres tego życia, jak też na czas wszystkich przyszłych egzystencji.
Przynoszenie szczęścia innym jest ważniejsze niż wielu ludzi sądzi. Każdy, kto w obliczu typowego dla dzisiejszych czasów pościgu za dobrobytem i karierą sądzi, że postawa „muszę wygrać za wszelką cenę” prowadzi do trwałego sukcesu, powinien wiedzieć, że nie widzimy się z innymi ludźmi ani po raz pierwszy, ani po raz ostatni. Dlatego szczera i uczciwa wymiana, z której każdy odnosi pożytek, jest najlepszą drogą do długofalowego sukcesu wszystkich jej uczestników. Z tego powodu ślepy i bezzębny koń, sprzedany przez nas komuś w poprzednim życiu jako rączy rumak, prowadzi później – jeśli całe to przedsięwzięcie nie zostało tymczasem oczyszczone przez nasz dobry styl życia, nakierowany na pożytek innych - do nieprzyjemnego spotkania w obecnej egzystencji. Ludzie, którzy we wcześniejszych żywotach już byli ze sobą związani, spotykają się ponownie i jak dowiadujemy się tego z codziennej prasy, związki pomiędzy nimi potrafią być bardzo różnorodne. Żeby dzisiejsi awanturnicy nie stanęli nam na drodze w następnym życiu, możemy już teraz zrobić dla nich coś dobrego, wraz z życzeniem, żeby byli jak najszczęśliwsi, jak najdalej od nas.
Kolejna pożyteczna metoda to ciągłe wybaczanie wszystkim nieprzyjemnym osobom. Nie musimy ich wtedy wlec za sobą jak nadbagażu przez całe swoje, oby porywające, życie. Drogocenna wolność umiejętności wybaczania rozpuszcza wspólną złą karmę i trudne istoty wrócą do nas w kolejnych żywotach jako przyjaciele albo po prostu więcej się nie pojawią. Jeżeli jednak zamiast tego zachowamy urazę, to ich się nie pozbędziemy i wszystkie te irytujące rozgrywki rodem z piaskownicy nieprędko dobiegną końca. Nawet na łożu śmierci można przeprosić za własne głupie zachowania i okazać wdzięczność innym. To wybawia nie tylko nas samych, lecz także związanych z nami przyjaciół. W połowie lat 80. zaproszono mnie do pięknego domu opieki koło Los Angeles, w którym mieszkała pewna starsza, głęboko zgorzkniała kobieta – mimo wszelkich oznak silnego wycieńczenia nie mogła umrzeć. Mąż zaraził ją AIDS. Wtedy nie było jeszcze nowych, przedłużających chorym życie lekarstw, siedziała więc w wózku inwalidzkim, a mąż – jeszcze zdrowy – przemykał wokół niej jak cień. Kiedy z nią porozmawiałem i potem ją pobłogosławiłem, zrozumiała, że on jest równie nieszczęśliwy jak ona sama i z poczuciem głębokiej ulgi mogła mu wreszcie wybaczyć.
Do niedawna była to wiedza bardziej buddyjska niż psychologiczna, lecz najnowsze badania „pozytywnej psychologii” potwierdzają, że ludziom, którzy potrafią wspaniałomyślnie wybaczyć innym i dobrze im życzyć – chociaż ci przysporzyli im cierpień – powodzi się lepiej. Wybaczenie po prostu mniej „kłuje” niż zemsta i gniew. W czasie umierania wszystkie nagromadzone wrażenia dotychczasowego życia kumulują się i w ten sposób określają nasze wewnętrzne doświadczenia. To za życia decydujemy więc, czy w chwili śmierci będziemy rozluźnieni i nieustraszeni. Wyćwiczona za życia umiejętność panowania nad umysłem i zrozumienie ostatecznej rzeczywistości decydują poza tym, czy będziemy umieli pracować z nim w czasie umierania i pojąć doświadczenie śmierci. Duchową dojrzałość rozpoznaje się przy tym nie po rodzaju uczuć, które wtedy przeżywamy, lecz po naszym do nich dystansie. W czasie procesu umierania niewyćwiczony umysł podąża zwykle w niekontrolowany sposób za zmieniającymi się z chwili na chwilę myślami i emocjami, przeżywając na przemian jasność i pomieszanie. I tylko od czasu do czasu potrafi sobie przypomnieć fragmenty tego, co dawniej zrozumiał. Kiedy wrażenia zmysłowe już nie mogą mu dać żadnego oparcia, jedyną ochroną są własne dobre działania oraz te, które wykonano w jego imieniu, a także dobre życzenia innych, nadal żyjących osób. Jeśli już za życia dajemy z siebie jak najwięcej i staramy się być świadomi na tyle, na ile to możliwe, wtedy w chwili naszej śmierci oczekiwania i obawy mają niewielkie pole do popisu i nie poczujemy żalu. Będziemy mogli zamiast tego skoncentrować się w pełni na tym, co właśnie się z nami dzieje, ponieważ nic innego nie będzie miało wtedy znaczenia.
Żeby umrzeć nieustraszenie i umieć użyć śmierci jako trampoliny pomagającej nam w skoku w wyzwalającą wszystko przestrzeń, musimy jednak zacząć nad tym pracować stosunkowo wcześnie – a więc już teraz. Chodzi o to, żebyśmy obserwowali umysł, poznawali go, pogłębiali swoje zaufanie do niego i jak najprędzej zaczęli rozwijać pożyteczne nawyki. W tym kontekście buddyjska wiedza jest co prawda wielką pomocą i pozwala nam się dobrze zorientować w tym, co się naprawdę w nas i wokół nas dzieje, ale dopiero regularna medytacja i utrzymywanie poglądu w codziennym życiu rozpuszczają niechciane nawyki i redukują wpływ przeszkadzających uczuć, takich jak głupota, gniew, zazdrość, przywiązanie, chciwość i duma.
Niezależnie od tego, w jaki sposób rozwiniemy mądrość – dzięki przykładowi nauczyciela, książkom czy też wykładom – bez regularnego zastosowania nauk i medytacji, a więc bez doświadczenia, niewiele się zmieni. Pozbawiona pożytku wiedza przypomina mapę. Może wskazać nam drogę i przekazać wiele pożytecznych informacji, ale donikąd za nas nie pójdzie. Zrozumienie drogi jest więc dopiero pierwszym krokiem. Pośród przyjemności i zabaw dzisiejszego życia potrzebujemy treningu i szczerości wobec samego siebie, żeby rozpoznać i porzucić szkodliwe skłonności, zewnętrzne i wewnętrzne, i zamiast podążać za nimi, wypracować w sobie inne, takie, które przynoszą pożytek. Ponieważ poglądy i postawy, które przez długi czas w sobie rozwijaliśmy i umacnialiśmy, przejawią się ze zdwojoną siłą właśnie w chwili śmierci, nasz codzinny trening powinien obejmować ciało, mowę i umysł, żeby nauki jak najprędzej przeniknęły z poziomu głowy na poziom serca. Pewne jest to, że buddyjskie metody są dla nas oparciem w tym życiu i że będziemy mogli na nich polegać również potem; jest to dla nas prawdziwy prezent.

Przyjmowanie i puszczanie

Śmierć ma niezliczone przyczyny. Albo czas naszego życia po prostu dobiegł końca albo sprowadzają ją nagłe okoliczności. W pierwszym przypadku można jedynie złagodzić doświadczenia, ponieważ sama śmierć jest nieunikniona. Jeżeli jednak nasze życie jest nagle i pozornie bez przyczyny zagrożone, czasami może nam pomóc medycyna, medytacja i inicjacje długiego życia lub ewentualnie życzenia, które je przedłużają. Ogólnie choroby powstają na skutek zaburzeń równowagi energii w ciele lub też wzmożenia się przeszkadzających uczuć: przywiązania, gniewu i pomieszania. Takie szkodliwe wrażenia mogą prowadzić do strachu, złego samopoczucia, a nawet zgonu. Zupełnie niezależnie od tego, czy choroba i wreszcie śmierć spowodowane zostały przez zaburzenia równowagi w ciele, czy też przez stany umysłu, z buddyjskiego punktu widzenia przyczyną każdego cierpienia jest zawsze trzymanie się błędnego wyobrażenia o istniejącym naprawdę „ja”.Skąd możemy wiedzieć, że wkrótce umrzemy i co będziemy wtedy odczuwać?
Kiedy dawno nie widziani krewni przychodzą do nas nagle w odwiedziny, bardzo się o nas troszczą i podsuwają nam do podpisu najróżniejsze papiery, albo też nasi przyjaciele wyglądają na smutnych, a wrogowie najwyraźniej się z czegoś cieszą, a lekarz chce, żeby mu zapłacić z góry, wówczas najwyraźniej inni wiedzą więcej o stanie naszego zdrowia niż my sami. Byłoby wtedy mądrze nastawić się na możliwość rychłego nadejścia śmierći. Jednym ze znaków zbliżającej się śmierci są silne zmiany cech charakteru, które często można zaobserwować również u zwierząt – następują one z powodu zmian w strumieniach energii wewnątrz ciała. Ktoś, kto był dawniej znany ze swej szczodrości i przyjaznego nastawienia do innych, nagle staje się rozdrażniony, wpada w gniew i wszystkiego się kurczowo chwyta, natomiast osoby dotąd trudne mogą stać się podejrzanie miłe. Wiadomość o bliskiej śmierci rzadko nas nie porusza. Najczęściej wyzwala ona najpierw cały potok uczuć i sprzecznych myśli – począwszy od odruchowego odrzucenia informacji o sytuacji, rozczarowania, gniewu i zawiści wobec wszystkich, którzy nie muszą cierpieć lub mogą pozostać wśród żywych, a skończywszy na poczuciu osamotnienia, wykluczenia albo głębokim pragnieniu pozostania przy życiu, ponieważ tak wielu rzeczy nie udało nam się załatwić. Szczególnie wtedy, gdy śmierci towarzyszy fizyczne wyniszczenie, można zauważyć różne ludzkie reakcje. Niektórzy umierający upor-czywie, aż do ostatniego oddechu, nie chcą dopuścić do siebie informacji o tym, w jakiej sytuacji się znajdują. Po prostu wzbraniają się przed spojrzeniem prawdzie prosto w oczy. Inni z kolei są roztrzęsieni, pełni lęku i całkowicie pomieszani, ponieważ dociera do nich to, że ich życie się kończy. Trzecia grupa oczekuje nadejścia śmierci ze spokojem.Przyczyny takich zachowań są różne: niektórzy cieszą się z rychłego zakończenia swoich fizycznych cierpień; inni mają po prostu głębokie zaufanie, że nawet wszystko jest w porządku. Ta ostatnia postawa jest właściwie najlepsza, ponieważ ułatwia pożegnanie zarówno samemu umierającemu, jak i jego rodzinie i przyjaciołom. Jeśli jest pewne, że żadne środki nie mogą już dłużej podtrzymać życia, chodzi o to, żeby odwrócić sytuację i świadomie wykorzystać to, co się wydarza.
Udaje się to najlepiej, gdy potrafimy połączyć przemijalność z możliwościami i wolnością, zamiast wiązać ją ze stratą i cierpieniem. Zamiast ulegać potrzebie bezpieczeństwa i trwałości, powinniśmy rozumieć śmierć jako przejście i stale być świadomi, jak ważny jest w tym czasie stan umysłu. Jeżeli już za życia potrafimy stać z faktem śmierci twarzą w twarz i nie wypieramy go, żyjemy bardziej świadomie w Tu i Teraz. Najłatwiej umiera się wtedy, gdy można rozpuścić w umyśle przywiązanie do własnego ciała, bliskich i posiadanych rzeczy. Takie podejście pomaga również przyjaciołom i rodzinie, jeżeli bowiem człowiek za bardzo lgnie do wszystkiego, jest to nieprzyjemne także dla otoczenia. Same rzeczy nie mogą doświadczyć szczęścia, a radości, które nam one przynoszą, są bardzo zmienne i tak czy inaczej bezużyteczne w grobie. Jeśli to rozumiemy, będziemy mogli postrzegać rzeczy jako narzędzia, ale nie będziemy już od nich zależni. Testament spisany w czasie jasnej, nieosobistej godziny dla długofalowego pożytku wielu ludzi, już za życia przynosi ulgę. Nie wiemy w końcu, czy śmierć da nam dość czasu na przygotowania, czy też nadejdzie niezapowiedziana. Jeśli umrzemy nagle, będzie istniał pisemny dokument, do którego nasi potomkowie będą mogli się odwołać. Im przejrzyściej wszystko zostanie uregulowane, a nasza własność podzielona, tym mniej kłócić się będą nasi spadkobiercy. Lepiej jest oczywiście, jeśli sami zdążymy jeszcze przekazać dalej swoją własność, wraz z dobrymi życzeniami. Podziękowanie w ten sposób przyjaciołom i krewnym jest dla nich ważne i stanowi dobrą podstawę dla otwartych rozmów i „pełnego” pożegnania. Podczas umierania szczodrość jest wyzwoleniem, ponieważ w ten sposób zostawiamy za sobą całe góry bagażu. Jeśli pomyśleliśmy o potomności i zadbaliśmy o bliskich i o kontynuację naszej pracy, łatwiej jest nam rozstać się z życiem. Jeśli do tego jeszcze życzymy wszystkim jak najlepiej, poczujemy z ulgą, że oto nie będą nas już potrzebowali i możemy zająć się faktami, a mianowicie własną śmiercią. Buddyści mogą poza tym myśleć, że odpowiednio do swoich możliwości będą pomagać z poziomu czystych pól mocy buddów tym, których zostawili za sobą, żeby móc cieszyć się dalej istniejącymi dobrymi związkami.
Więzi z rodziną i przyjaciółmi, z krajobrazami, światopoglądami i przeżyciami, są często silniejsze niż przywiązanie do własności. Jednak tu także powinniśmy wiedzieć, że odzwierciedlają one tylko pewne możliwości umysłu, który bez ciała doświadczyć może o wiele więcej. Dobrze jest jeszcze za życia głęboko zrozumieć, że kiedy „odpuścimy” wszelkie przywiązania i umrzemy z wolnym umysłem, przeżyjemy nieskończenie wiele piękniejszych wrażeń. Jeśli szukamy antidotum na lęk przed utratą, na ból rozstania i kamienną powagę, nie musimy szukać daleko. Każdy kiedyś w życiu czuł radość niespodziewanie wspaniałych chwil odwagi, radości, miłości, nadmiaru, dalekowzroczności i tak dalej. Może powinniśmy je rozpoznać jako nasz rzeczywisty stan?
Czy możemy sobie wyobrazić, że słońce zawsze świeci, chociaż nie zawsze to widzimy, że zwyczajne, nieciekawe lub wręcz złe doświadczenia podobne są do przemijających, pozbawionych rzeczywistego bytu obłoków, które tylko przesłaniają nasz wewnętrzny wgląd? Z pewnością opłaca się wyruszyć w odkrywczą podróż przez śmierć – i tak nieuniknioną – z takim właśnie nastawieniem do ponadczasowego bogactwa naszego własnego umysłu. Kto mówi, tak jak Goethe na chwilę przed śmiercią: „Więcej światła”, wie, czego trzeba szukać. Jeśli umierający, który świadomie wykorzystywał wskazówki Buddy i stosował jego medytacje, potrafi w widoczny sposób zachować zimną krew i odchodzić raczej z poczuciem zaciekawienia lub wręcz ekscytacji przed podróżą niż przepełniony lękiem, staje się doskonałym przykładem dla otoczenia. Zaufanie kogoś takiego umocniło się na przestrzeni lat dzięki medytacji i pragnieniu rozwijania się dla dobra wszystkich istot – jest to świadectwo, że sensownie wykorzystał swoje życie. Tym sposobem również w ostatnich chwilach można być dobrym przykładem dla innych.

Rozwój dla dobra wszystkich

Jako ludzie współcześni zazwyczaj posiadamy dobre wykształcenie, jednakże nasze czasy cechuje ogólnie pewien brak ludzkiej dojrzałości, spowodowany przez „kulturę rozrywki”. Jesteśmy nieustannie chwytani przez pragnienia i wrażenia zmysłowe, robimy tysiące nieważnych rzeczy. Prowadzi to do rozproszenia umysłu, który z tego powodu rzadko przeżywa coś o naprawdę głębokim znaczeniu. Każdy z nas lubi wolny od pomieszania czas, kiedy możemy o wszystkim decydować, dlatego istnieją weekendy i wakacje. Często jednak chochlik powierzchowności podróżuje wraz z nami i nadal szukamy szczęścia w świecie zewnętrznym, pozbawieni dostępu do wewnętrznego spokoju, który daje prawdziwą radość. Nawet na łożu śmierci większość ludzi nie potrafi pamiętać o tym, co jest naprawdę istotne. Kluczem są tutaj wyćwiczona stanowczość i moc, a rozwinąć je można podczas medytacji. Rozwój przynosi już samo przezwyciężenie własnych zasłon głupoty, pomieszania, przywiązania, dumy i chciwości oraz powstających w rezultacie nawykowych skłonności, takich jak ospałość czy litość nad sobą. Można w ten sposób ostatecznie pokonać silnego, ale dobrze znanego wroga: wyobrażenie, że istnieje – pomiędzy różowymi snami w górze i czarno-szarymi depresjami w dole – jakiś środkowy poziom „normalności”, który może nam dać oparcie. Ten błąd w myśleniu był zrozumiały w krajach socjalistycznych, w których panowała wszechobecna tandeta i gdzie władze chroniły masy przed wszystkim, co pachniało jakimkolwiek nadmiarem, dobrą jakością czy satysfakcją i dlatego utrudnić im mogło kontrolę nad społeczeństwem. Jeżeli chodzi nam jednak o rzeczywiste zrozumienia życia i natury umysłu, taki pogląd jest więzieniem, które sami sobie budujemy.
Ten „pośredni” poziom istnieje tylko w sposób uwarunkowany i jeśli poszukujemy czegoś prawdziwego i trwałego, powinniśmy raczej jak najwcześniej zacząć szukać przeżywającego zjawiska i otworzyć się przed jego nieustraszonością, błogością i miłością. Jeśli stale pracujemy na tej podstawie dla dobra wszystkich i dzielimy się z nimi całym dobrem, jakie staje się naszym udziałem, stopniowo przekonamy się, że kiepskie dni przydarzają się nam coraz rzadziej. Gdy wiele „dołów” – nieprzyjemnych stanów umysłu – wypełniło się już dzięki praktykom nauczanym przez Buddę, a wibrujący szczęściem, wolny od przeszkód poziom świadomości zdobywa coraz więcej terytorium, umierającej osobie jej własna natura ukazuje się bezpośrednio jako ponadczasowa mądrość. Ktoś, kto był za życia szczery, dojrzały i współczujący, w dobrym stylu unikał poprawności politycznej i stale poszukiwał przeżywającego za przeżyciami, podczas umierania może się stopić z jasnym światłem, które się wówczas pojawia. Ten stan pełnego urzeczywistnienia nazywa się oświeceniem. Im większe mamy zaufanie do nauczyciela, własnych zdolności do pracy z umysłem oraz natury zjawisk, tym łatwiej nam świadomie podążać za przebiegiem procesu umierania. Podstawą jest tutaj zbudowany dzięki wieloletniej praktyce nawyk spoczywania z pełną przytomnością w niezniszczalnej przestrzeni. Jeśli błogosławieństwo, zaufanie i praktyka medytacyjna mocno i niewzruszenie zakotwiczyły się w strumieniu naszej świadomości, jest to naprawdę coś wspaniałego, ponieważ dzięki temu będziemy mogli utrzymać przejrzyście w umyśle nauczyciela lub buddę podczas rozpuszczania się ciała. Istnieją jednak również inne, szlachetne i ponadosobiste właściwości, które torują umierającemu drogę do tego doświadczenia. Przede wszystkim należałoby tutaj wymienić odwagę, ponieważ z jej pomocą odwołujemy się do stabilnie ugruntowanych dobrych wrażeń. W ten sposób możemy zająć się bez obciążeń procesem umierania, zamiast na sam koniec zmagać się ze śmiercią w kurczowym uścisku i tę walkę przegrać. Jeżeli zrozumiemy, że każdy tak czy inaczej umrze i nie ulegniemy poczuciu własnej wyjątkowości, umysł się rozluźni i wypełni coraz bardziej radością i spokojem. Zaufanie do tego, że umysł jest ostatecznie niezniszczalną przestrzenią i jednocześnie zawiera wszelką doskonałość, pomaga nawet w „puszczeniu bokiem” bólu i przeżywaniu go jako mniej rzeczywistego. Jeśli ktoś przeżył w medytacji radosną przytomność obecną poza zjawiskami i pomiędzy nimi, umrze spełniony, a jako miejsce swego kolejnego odrodzenia wybierze w przyszłości – dla dobra istot – takie obszary istnienia, w których będzie mógł, razem z przyjaciółmi z wcześniejszych żywotów, najskuteczniej działać z pożytkiem dla innych i usuwać obecne jeszcze w umyśle splamienia.

Opracowanie: Wojtek Tracewski

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Guru Joga XVI Karmapy - XVI Gyalwa Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Przekaz buddyzmu tybetańskiego w praktyce - Lama Ole Nydahl | Przekaz w Diamentowej Drodze - Kalu Rinpocze | Radość pojawi się sama - Hannah Nydahl | Do śmierci można się przygotować - Lama Ole Nydahl | Trawelling teachers, podróżujący nauczyciele - fascynujący przyjaciele, którym ufam - Lama Ole Nydahl | Cytat - Lama Ole Nydahl | 900 lat Karmapy - Szamar Rinpocze | Ścieżka oddania - Maggie Lehnert-Kossowski i Tomek Lehnert | Reczungpa - Rosi Fisher | Strzała Sarahy - Karma Trinlepa | Mandarawa Bogini Długiego Życia - Mira Starobrzańska | Buddyjska nauka o karmie - Manfred Seegers | Cytat - XVI Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Szczęście - temat, który porusza wszystkich | Nóż drigug - Mira Starobrzańska | Pochodzenie czarnej korony - Lama Karma Wangczuk | Mala - Mira Starobrzańska | Diagnoza: rak - Gretchen Newmark | Zachodni jogin w królestwie smoka - Klara Kazelle i Roman Laus | Wyprawa do spadkobierców Buddy - Vilas Rodizio | Lama - 24h | Więcej (z) nas w Europe Center | Odosobnienie nad Bajkałem - René Lackner | Z pamiętnika strażnika | O sandze w Norwegii - Nastia Tracewska | Warszawski Mahakala - Marta Ruta | Deszcz, błoto i ... błogosławieństwo - Eskadra Nagodzice | News | 35-lecie Buddyzmu Diamentowej Drogi w Polsce - Zosia Siwczyńska |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: