DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 50 -> Diagnoza: rak

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Diagnoza: rak

Gretchen Newmark
_________

Doświadczenia buddystki
Rak to pojęcie określające wiele różnych chorób, charakteryzujących się niekontrolowanym wzrostem i rozprzestrzenianiem się patologicznych komórek. Przy wcześnie rozpoczętym leczeniu wiele rodzajów raka nie kończy się śmiercią, jednak diagnoza ta zazwyczaj wywołuje strach.


Największym błogosławieństwem z tych, których doświadczyłam na skutek odkrycia u mnie raka piersi w maju 2007 roku, było zrozumienie, jak cenne są w rzeczywistości pogląd, nauki i metody Diamentowej Drogi. W jednej chwili wszystko zaczęło się toczyć w dobrą stronę i mądrość, którą poznałam wcześniej w formie teoretycznych nauk, przemieniła się nagle w żywą rzeczywistość. Przekształciła ona coś, co mogło być przerażającym i bezużytecznym doświadczeniem typu „bezsensowny wrzask i paniczna ucieczka”, w prawdziwą przygodę o ogromnej wartości.

Pogląd – najwyższa mądrość jest najwyższą radością

Kiedy usłyszałam diagnozę, praktykowałam już pod kierunkiem Lamy Ole i Hannah od mniej więcej dziesięciu lat. W pełnych mocy, tantrycznych metodach medytacyjnych koncentrujemy się na aspektach buddy, formach z energii i światła lub na lamie – na przykład na XVI lub VIII Karmapie. Ćwiczyłam umysł tak, żeby raczej koncentrował się na najwyższym możliwym poglądzie – na współczuciu i mądrości – niż na przeszkadzających uczuciach i myślach. Przeniknęło to automatycznie terapię raka i zaczęłam doświadczać rzeczy z poziomu „zarówno to, jak też tamto” w każdej sytuacji, w jakiej się znalazłam. W skład mojego leczenia wchodziły operacje, chemioterapia, napromieniowanie i lekarstwa, innymi słowy „cięcie, trucie, palenie i tłumienie”. Było to – i dalej jest – trudne. Tym niemniej w każdym z tych doświadczeń obecna jest zawsze świadomość, przeżywający ją umysł, a wraz z nim radość. Z jednej strony krępująca była dla mnie konieczność odwiedzenia mnóstwa lekarzy i znalezienia innych pomocnych osób, z drugiej zaś stało się dla mnie jasne, jak wiele mam szczęścia, otrzymując tak przyjazne i kompetentne wsparcie.
Wiele procedur było bolesnych lub nieprzyjemnych, ale dały mi one szansę zrozumienia, jak to jest, kiedy istoty fizycznie cierpią. Mogłam rozpoznać obie rzeczy: samą świadomość i to, co się w niej pojawiało, a mój umysł zupełnie naturalnie koncentrował się na radośniejszym poglądzie. Doświadczyłam prawdy, a mianowicie tego, że iluzja – rzeczy, które pojawiają się w umyśle – i natura buddy, czy też umysł, są tym samym. Przyjemnie zaskoczyło mnie to, że medytacje przychodziły do mnie w najtrudniejszych momentach zupełnie naturalnie – jako coś oczywistego i zrozumiałego samo przez się. Podczas pewnego badania diagnostycznego młoda patolog spędziła godzinę na wbijaniu mi raz po raz w pierś długiej igły z siłą zszywacza przemysłowego. Wyrażała przy tym niezadowolenie, że nie może trafić w guz. Mój umysł natychmiast połączył się z doświadczeniem każdej krzywdzonej istoty, i skupił na formie Kochających Oczu i jego mantrze, Om Ma Ni Pe Me Hung. Zaczęła ona sama powstawać w moim umyśle, mimo że tę praktykę wykonuję rzadko. W dniu pierwszych dwóch operacji podczas przygotowań przez cały ranek słuchałam na Ipodzie prowadzonych medytacji. Dzięki temu mogłam przejść przez bardzo bolesne i niepokojące doświadczenia, przy czym głównym punktem koncentracji był głos mojego lamy. Czułam bóle, ale nie przeszkadzały mi. Byłam skupiona na głosie Lamy Ole i medytacji, podczas gdy doznania fizyczne przebiegały niejako na drugim planie. Podczas późniejszych zabiegów często pojawiał się w moim umyśle Budda Medycyny, lub też doświadczałam samej siebie w jego formie – mantra brzmiała, a ja promieniowałam niebieskim światłem na wszystkie istoty które kiedykolwiek potrzebowały lub potrzebować będą leczenia.

Nieustraszoność i radość

Chociaż każdy autentyczny lama ucieleśnia wszystkie oświecone właściwości, przekazuje on przede wszystkim niektóre z nich. Mój lama jest „specjalistą” od nieustraszoności, radości i aktywnego współczucia. Identyfikacja z lamą jest najsilniejszą metodą Diamentowej Drogi; kiedy nauczyciel pokazuje nam jak w zwierciadle oświecone właściwości umysłu, umożliwia nam to rozwinięcie ich u siebie. Praktyki takie jak poła (medytacja świadomego umierania) dają nam nie tylko doświadczenie tego, że nie jesteśmy naszym ciałem – wzmacniają one także naszą zdolność do utożsamiania się nie z nim, tylko z samym umysłem. Ten trening umożliwił mi zapisanie w pamiętniku krótko po uzyskaniu diagnozy: „Mózg nie jest źródłem świadomości lub przytomności, ale raczej ich przekaźnikiem. Przez naszych lamów i medytację, krok po kroku rozpoznajemy, że nie jesteśmy ciałem, ale że mamy ciało, które możemy wykorzystać jako narzędzie do pomagania innym. Ten pogląd zmienił wszystko. To on mi wszystko jak na razie ułatwia. Wiem, że umysł się nie urodził i nie umrze. On nie ma żadnego raka, zamiast tego świadomy jest doświadczenia, które nazywamy rakiem, procedur itd. Rak skończy się tak czy owak, czy się go będzie leczyło czy też nie. Oczywiście łatwo mi to powiedzieć teraz, zanim zaczną się prawdziwe trudności, ale do tej pory tak się czuję”. Jak się teraz okazuje, czułam się tak przez cały czas.

To nie jest osobiste

Na szczęście, kiedy postawiono mi diagnozę, miałam już za sobą wiele lat medytacji. Za każdym razem gdy medytowałam tak, jak się tego uczymy, przypominałam sobie o czterech podstawowych rozmyślaniach. Drugim z nich jest przemijalność. Wiedziałam, że wszyscy umierają. Większość choruje, a „szczęśliwcy” po prostu starzeją się, co też nie jest łatwe. Nigdy nie zapytałam: „Dlaczego akurat ja?”. Zamiast tego myślałam: „Wielu ludzi dostaje raka. Ten mój potrzebował pięć do siedmiu lat, żeby się rozwinąć. Dlaczego miałabym się tym irytować teraz, kiedy go zdiagnozowano i zostanie usunięty?”. Wolność polegająca na tym, że nie musiałam traktować mojej sytuacji osobiście, pozwoliła mi ją wykorzystać. Otrzymałam oto wspaniałą możliwość nauczenia się czegoś ważnego. Obiecałam sobie, że zastosuję wszystkie związane z chorobą doświadczenia, aby pomóc tak wielu istotom jak to tylko możliwe. To sprawiło, że wszystko nabrało głębokiego znaczenia. Niezależnie od tego, co się akurat wydarzało, nadawało to doświadczeniu znaczenie – jakaś część mnie oceniała, jak mogę tego użyć, żeby być dobrym przykładem, nauczając lub utrzymując stosunki z innymi ludźmi. Mój stan pozwolił mi natychmiast zrozumieć, jak czuje się ktoś, kogo życie jest zagrożone. Podczas USG poprzedzającego biopsję lekarka podała asystentce pewną liczbę. Natychmiast wiedziałam, że mam raka. Zanim jeszcze świadomie to pojęłam, mój system nerwowy zareagował mechanizmem „atak lub ucieczka” – szybkim biciem serca, poceniem się i impulsem, żeby po prostu pobiec przed siebie. Zrozumiałam, że ciała posiadają własne życie i że oto włączył się instynkt samozachowawczy. Gdybym utożsamiła się z rzeczywistością mojego ciała, bałabym się potwornie. Tymczasem obserwowałam ciało, zadziwiona jego szybką, intensywną reakcją i potrafiłam głęboko oddychać, żeby je uspokoić. Lama Ole uczy: dopóki „przebywamy” w ciele, woli ono przyjemne bodźce od bólu. Jeżeli myślimy, że jesteśmy ciałem, cierpimy. Jeśli myślimy jednak, że tylko mamy to ciało, możemy wtedy rozpoznać, iż jest ono takie samo jak ciała innych istot, które pragną być szczęśliwe i chcą uniknąć cierpienia. Możemy patrzeć na nie wszystkie ze współczuciem i równocześnie używać umysłu tak, jak sobie życzymy

Wszystko jest błogosławieństwem lub oczyszczeniem

Lama Ole uczy nas też postrzegać wszystko, co się wydarza, albo jako błogosławieństwo, którym można się dzielić z innymi, albo jako oczyszczenie, będące wynikiem negatywnych wrażeń powstałych na skutek naszych dawniejszych działań, słów lub myśli. Kiedy więc doświadczałam czegoś nieprzyjemnego, myślałam o tym, że oto stara karma, która dojrzała, opuszcza teraz strumień mojego umysłu. Starałam się być świadoma tego, że widzę – jak to określa Lama Ole – „tyłki dziwnych zwierząt opuszczających umysł”. Podczas chemioterapii były noce, w czasie których byłam bardzo zmęczona. To wyczerpanie zniechęcało mnie. Kiedy zdobywałam się jednak na to, by przyjąć ten pogorszony stan jako oczyszczenie, okazywało się że potrafię go po prostu „puścić” i powiedzieć sobie: „Idź spać, Gretchen, jutro na pewno poczujesz się lepiej.” Błogosławieństwo w mojej przygodzie z rakiem uwidoczniło się od razu i było o wiele wyraźniejsze niż wszelki ból i dyskomfort. Najcenniejsze było to, że zobaczyłam, jak bardzo opłaca się medytować i studiować nauki buddy. Moi przyjaciele i rodzina przez prawie rok zasypywali mnie wręcz wyrazami miłości i wsparcia. Na początku miałam w związku z tym mieszane uczucia, ale ostatecznie pozwoliłam sobie na radość bycia w centrum uwagi – po życiu, w którym zawsze troszczyłam się o innych.
Życzliwość ma wielką moc – sprawiała ona wielokrotnie, że łzy napływały mi do oczu. Bezpośrednio po mojej diagnozie jedna z przyjaciółek zaproponowała mi, że zawiezie mnie na wszystkie naświetlania – codziennie przez siedem tygodni. Moją pierwszą myślą było: „O nie, to za dużo!”. Później jednak zastanowiłam się: „Chwileczkę, ty tego potrzebujesz, a ona chciałaby ci pomóc”. Odparłam więc: „Będę pamiętała o twojej propozycji i odezwę się do ciebie, kiedy trzeba mnie będzie zawieźć”. Była zachwycona. Dotarło do mnie, że kiedy się życzliwie przyjmuje propozycje, ludzie doświadczają radości, mogąc pomagać. Przeżyłam bezpośrednio to, że ten kto daje, ten kto otrzymuje oraz sam czyn – przedmiot, podmiot i działanie – są jednym. Żaden akt życzliwości lub szczodrości nie jest możliwy bez tego, kto coś otrzymuje.

Zaufaj przestrzeni

Lama Ole radzi swoim uczniom, by ufali przestrzeni. Nie poprzez próby podejmowania decyzji na siłę, ale raczej przez czekanie, aż we właściwym czasie „warunki dojrzeją” i będziemy mieli na tyle informacji, że rozstrzygnięcie nastąpi praktycznie samoistnie. Oznacza to ćwiczenie się w cierpliwości i zaufaniu że to, czego potrzebujemy, pojawi się wtedy, gdy będziemy tego potrzebować. Statystyki dotyczące „mojego” rodzaju raka wykazują zmniejszone ryzyko nawrotu lub śmierci w przypadku rozpoczęcia chemioterapii w okresie do trzech miesięcy od operacji. Bałam się chemioterapii! Chciałam mieć pewność, że naprawdę jej potrzebuję. Niestety, po wielokrotnym sprawdzeniu dowiedziałam się, że chemioterapia jest niezbędna. Jednakże jeden z zalecanych leków miał trwałe toksyczne działania uboczne – groził uszkodzeniem serca i białaczką. Fama głosiła, że jest nieskuteczny przeciwko tym komórkom, które miałam, jednak nie było jeszcze na ten temat ostatecznych wyników badań ani szansy, że zostaną wykonane w odpowiednim terminie; musiałam więc podjąć decyzję, a zegar tykał…
Byłam umówiona na wizytę u lekarza i chciałam móc poinformować go o mojej decyzji, tak aby on z kolei mógł zaplanować początek mojego leczenia w tym trzymiesięcznym okresie. Kilka dni przed tą wizytą mój mąż Jim zadzwonił do swojej siostry, a ona do swojego byłego szefa, onkologa i ordynatora oddziału raka w dużej klinice uniwersyteckiej. Ów ordynator powiedział jej, że ten lek nie będzie użyty w przypadku mojego rodzaju raka i że w ogóle wkrótce nie będzie stosowany w ogóle. I tym sposobem decyzja podjęła się sama we właściwym czasie, czyli w ciągu trzech miesięcy od operacji. Kilka miesięcy później, w tygodniu, w którym zakończyłam wszystkie zabiegi chemioterapii, gazety rozpisały się o tym, że tamten lek w przypadku mojego rodzaju raka nie zadziałałby. To była pełna mocy lekcja „ufania przestrzeni”.

Praca z przeszkadzającymi uczuciami

Pod koniec chemioterapii zapisałam w pamiętniku: „Obserwowałam, jak przeszkadzające uczucia – chciwość i gniew – przychodzą i znów się rozpuszczają, ciągle od nowa, jako reakcja na wydarzenia … Dziś rano, siadając do medytacji, uczyniłam silne życzenie, żeby zrozumieć korzeń tych emocji i móc przekształcić je w odpowiednie mądrości, tak żebym mogła je wykorzystać dla dobra wszystkich istot. Nagle zrozumiałam, że mam szczęście, mogąc tych uczuć doświadczyć. Są one materiałem, który wykorzystujemy do transformacji w Diamentowej Drodze – są jedną z naszych głównych metod. Miałam zawsze na tyle dobrą karmę, że mogłam cieszyć się życiem wolnym od nadmiaru frustracji czy emocjonalnych przymusów. Dlatego nie miałam dawniej okazji, żeby pracować z przekształcaniem silnych uczuć. Dobrze, że się tak złożyło, bo jeszcze przed chwilą czułabym się w konfrontacji z silnymi emocjami zupełnie bezradna. Teraz jednak wpadłam wręcz w zachwyt – nagle zrozumiałam, że te uczucia są materiałem do transformacji! Moje ciało jest wrakiem, ale przez cały dzień byłam podniecona i szczęśliwa”. Za sprawą tego rozpoznania uczucia zanikły. Obserwowanie przychodzenia i odchodzenia przeszkadzających uczuć stało się dla mnie formą rozrywki. Kiedy któreś z nich się zbliża, mogę je zazwyczaj obejrzeć jak interesujące DVD. To umożliwia praktyka Diamentowej Drogi.

Żyć w chwili

Budda nauczał, że radość jest naszym naturalnym stanem, przesłoniętm wtedy, gdy chcemy mieć coś, czego nie mamy lub też próbujemy pozbyć się czegoś, czego nie chcemy mieć, albo gdy jesteśmy pomieszani. Cierpienie jest wynikiem przeszkadzających uczuć, które biorą się z naszych prób zmuszenia życia do tego, aby odpowiadało naszym wyobrażeniom. Jak napisałam w pamiętniku: „Wiem, że tego raka można wyleczyć. Jednak teraz rozumiem też, że wszystko może się wydarzyć i jestem zarówno mniej optymistyczna, jak i spokojniejsza. Oczekiwania i obawy są tym samym: pragnieniem, żeby rzeczy były inne niż są. Ani nadzieja, ani lęk nie są teraz pożyteczne. Muszę jedynie zrozumieć, że każda rzecz jest taka jaka jest i nie chcieć, żeby była inna. To jest w istocie jedyna możliwość bycia naprawdę zdrową – również psychicznie.”
Tak jak opisują to nasze teksty medytacyjne, nauczyłam się „używać umysłu tak, jak sobie tego życzę” i potrafiłam spoczywać w chwili, nie wpadając w pułapkę przygnębienia i zmartwienia. Nie miałam kłopotów ze spaniem, z wyjątkami wywołanymi przez niektóre lekarstwa. Chemioterapia jednak była okropna – sześć długich miesięcy stopniowego, groźnego pogorszenia zdrowia i samopoczucia. Musiałam poświęcić mnóstwo czasu na leczenie skutków ubocznych zabiegów lub zapobieganie im, stosując kuracje zalecone przez mojego lekarza medycyny naturalnej. Często czułam, jak moje myśli zaczynają odpływać w przyszłość, w której czułabym się lepiej i miałabym energię na robienie tego, co uwielbiam. Ale to jest esencja cierpienia – chcieć, aby rzeczy były innymi, niż właśnie są. Zamiast tego utrzymywałam więc uważność w chwili. W niej zawsze istniało „zarówno to, jak też tamto” – nieprzyjemnego doświadczenie oraz świadomość, w której się ono pojawiło. Ponadto mój lama uczy, że jedną z najważniejszych właściwości, jakie możemy rozwijać, jest wdzięczność. Kiedy pojawiały się ból lub zażenowanie, mogłam koncentrować się na wdzięczności – jakie mam szczęście posiadając metody pomagające mi przeżyć i całą tę ogromną życzliwość ludzi, którzy mnie otaczają. „Kiedy koncentrujesz się na sobie, masz problemy, a kiedy koncentrujesz się na innych, masz mnóstwo fascynujących rzeczy do zrobienia” – to jest coś, czego uczyłam się od mojego lamy od pierwszych dni naszej znajomości. Złożenie przyrzeczenia bodhisattwy zmieniło moje życie i przekształciło pracę zawodową w oświeconą aktywność i źródło szczęścia. Ponieważ pracuję i mieszkam w tym samym miejscu – prowadzę poradnię i mam biuro w domu – mogłam kontynuować pracę przez okres chemioterapii i napromieniowań. Bez względu na to, jak się czułam, kiedy tylko skupiałam się na pacjencie, ból i dyskomfort znikały z mojej świadomości.
To była natychmiastowa ulga, lepsza niż wszystkie lekarstwa. Pewnego wieczora, pod koniec sześciomiesięcznej chemioterapii kładliśmy się właśnie z Jimem do łóżka i śmialiśmy się z jakiegoś głupstwa. Nagle Jim powiedział: „Wiesz co, nigdy nie przestaliśmy się dobrze bawić”. To prawda i te słowa wyrażają uznanie dla najgłębszej wartości nauk i praktyk Diamentowej Drogi, bezcennego prezentu od moich nauczycieli. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy i jak się na to zareaguje. Nie wiem, jak będzie, jeżeli dojdzie do nawrotu choroby lub znajdę się w innych trudnych okolicznościach. Jednak to doświadczenie dało mi pewność, że co by się nie działo, mogę przyjąć schronienie w samej świadomości, w buddyjskich naukach, które na nią wskazują i we wszystkich ludziach, którzy nam je przekazują i będą przekazywać w przyszłości.

Gretchen Newmark praktykuje Diamentową Ddrogę od 1996 roku, prowadzi ośrodek Lamy Ole w Portland, w stanie Oregon w USA. Jest także podróżującą nauczycielką.

Opracowanie: Ewa Zachara

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Guru Joga XVI Karmapy - XVI Gyalwa Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Przekaz buddyzmu tybetańskiego w praktyce - Lama Ole Nydahl | Przekaz w Diamentowej Drodze - Kalu Rinpocze | Radość pojawi się sama - Hannah Nydahl | Do śmierci można się przygotować - Lama Ole Nydahl | Trawelling teachers, podróżujący nauczyciele - fascynujący przyjaciele, którym ufam - Lama Ole Nydahl | Cytat - Lama Ole Nydahl | 900 lat Karmapy - Szamar Rinpocze | Ścieżka oddania - Maggie Lehnert-Kossowski i Tomek Lehnert | Reczungpa - Rosi Fisher | Strzała Sarahy - Karma Trinlepa | Mandarawa Bogini Długiego Życia - Mira Starobrzańska | Buddyjska nauka o karmie - Manfred Seegers | Cytat - XVI Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Szczęście - temat, który porusza wszystkich | Nóż drigug - Mira Starobrzańska | Pochodzenie czarnej korony - Lama Karma Wangczuk | Mala - Mira Starobrzańska | Diagnoza: rak - Gretchen Newmark | Zachodni jogin w królestwie smoka - Klara Kazelle i Roman Laus | Wyprawa do spadkobierców Buddy - Vilas Rodizio | Lama - 24h | Więcej (z) nas w Europe Center | Odosobnienie nad Bajkałem - René Lackner | Z pamiętnika strażnika | O sandze w Norwegii - Nastia Tracewska | Warszawski Mahakala - Marta Ruta | Deszcz, błoto i ... błogosławieństwo - Eskadra Nagodzice | News | 35-lecie Buddyzmu Diamentowej Drogi w Polsce - Zosia Siwczyńska |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: