DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 49 -> Ścieżka oddania

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Ścieżka oddania

Maggie Lehnert-Kossowski i Tomek Lehnert
_________

Bartołty, wrzesień 2010­

Część pierwsza tego wykładu została opublikowana w DD nr 48.

Tomek Lehnert – brat Maggie, podróżuje z Lamą Ole Nydahlem od 1985 roku, wspomagając jego pracę i organizując podróże. Od kilku lat jeździ również z własnymi wykładami. Na stałe mieszka w Kopenhadze.


Tomek: Trudno coś dodać, gdy już usłyszeliśmy od Maggie o wszystkich wspaniałych właściwościach i aktywności Lobpyna Tseczu Rinpocze. Najistotniejsze dla naszej drogi jest oddanie dla nauczyciela, które Rinpocze okazywał przez całe swoje życie, nawet po sześćdziesięciu latach.

Kiedy spotykałem Rinpocze, zawsze pokazywał mi pewnego pana na ołtarzu. Nikt nie wiedział, kto to jest – nie wyglądał jak żaden z naszych wielkich nauczycieli. To był właśnie Szierab Dordże – wujek Rinpocze. Po sześćdziesięciu latach Rinpocze mówił o tym wujku tak, jakby rano się z nim pożegnał. Nauczyciel żył w jego życiu. Rola nauczyciela w naszej praktyce jest fundamentalna. Bez nauczyciela nie możemy praktykować, a oddanie do nauczyciela powoduje, że nasza praktyka staje się najszybsza i najskuteczniejsza. Ale chcemy też, żeby to było zdrowe oddanie. Bądźmy świadomi do kogo je odczuwamy. Dzięki takiemu oddaniu praktyka po prostu będzie postępować automatycznie. Bardzo istotne, żebyśmy wiedzieli, kto będzie przedmiotem naszego oddania. Wybór nauczyciela może nastąpić intuicyjnie albo bardzo racjonalnie. W większości przypadków następuje zarówno jedno, jak i drugie. Przychodzą do Olego uczniowie i pytają na jakiej podstawie mogą uznać, że to właśnie on jest ich nauczycielem. Jak do tego dojść? Odpowiedź Olego jest bardzo prosta. Mówi: „Spójrz na nauczyciela, spójrz na jego uczniów i pomyśl sobie, że za 30, 20 lat będziesz taki, jak ten nauczyciel”. Czy to znaczy, że będziesz miał tą samą fryzurę jak nauczyciel? Czy taką samą garderobę? Chodzi o to, że osiągniesz te same właściwości, które ma nauczyciel dzisiaj.

Dlaczego Lobpyn Tseczu nagle, jak Szieraba Dordże zabrakło, mógł te wszystkie właściwości, które jego wujek rozwijał, zamanifestować w taki sam sposób? Ponieważ w naszej linii czy na tej ścieżce, którą idziemy, fundamentem praktyki jest identyfikacja. Identyfikujemy się ze swoim nauczycielem. Powiedziałem identyfikacja, a nie imitacja. Ponieważ możemy się identyfikować z czymś, co mamy, a imitować musimy to, czego nie mamy. W buddyzmie chodzi o to, co naprawdę mamy. Nauczyciel nie jest nikim innym jak lustrem, które pokazuje nam naszą esencję, naszą istotę, nasz stan buddy. Ten stan, który potencjalnie jest w każdym. Chodzi o to, żebyśmy się identyfikowali. Imitacja, kiedy przyjdzie śmierć, nie pomoże. Możemy mieć najlepszą kolekcję takich samych koszulek, jakie ma nasz nauczyciel, ale gdy będziemy umierali, to nam nie pomoże. Te koszulki będą jak bańki mydlane. Znikną. A z czym chcemy się identyfikować, żeby naprawdę osiągnąć ten cel? Z aktywnością? Czy mam tak jeździć, jak mój nauczyciel? Czy chcę być tak popularny? A więc identyfikujemy się z pewnymi właściwościami. A z jakimi? Identyfikujemy się z pewnymi właściwościami, które pochodzą bezpośrednio z urzeczywistnienia umysłu. Ale po to, żebyśmy się mogli identyfikować i zyskać przekonanie, że ten nauczyciel rzeczywiście posiada takie właściwości – dobrze jest to intuicyjne zaufanie niejako poprzeć naszym badaniem, czy naszym krytycznym zrozumieniem. Nie ma w tym absolutnie nic złego. Nie obrazimy nauczyciela, jeśli go sprawdzimy. Nauczyciel, który jest urzeczywistniony, ma na uwadze tylko jedną rzecz. Nasz rozwój. Jeśli dla naszego rozwoju będzie potrzebne, żebyśmy się upewnili i niejako sprawdzili, czy rzeczywiście coś osiągnął, nauczyciel będzie z tego zadowolony. Zdrowo jest poprzeć nasze intuicyjne oddanie dla nauczyciela takim sprawdzianem. Zawsze podaję tu przykład fabryki Toyoty. Nie możemy powiedzieć, że fabryka Toyoty jest bardzo dobra, a samochody Toyoty są złe, ponieważ produkty świadczą o fabryce. Czyli zbadać i szukać urzeczywistnienia pewnych właściwości u nauczyciela i jego uczniów. Jak się urzeczywistniają i co to będą za właściwości. W historii, którą Maggie nam opowiedziała, Rinpocze wspaniale przejawił oświecone właściwości. W każdym momencie jego życia można zobaczyć, jak on je objawiał. A robił to zwłaszcza wtedy, gdy to było najbardziej potrzebne, żeby jego uczniowie mogli je zobaczyć i rozwijać się. Jakie to właściwości? Pojawią się, jeśli naprawdę zrozumiemy, a następnie poprzez praktykę urzeczywistnimy, że istota naszego istnienia, istota naszego umysłu, nigdy nie była stworzona i w związku z tym nigdy nie może zostać zniszczona. Dzisiaj to jest intelektualne, konceptualne zrozumienie, z którym się wszyscy zgadzamy, ale jeśli dzięki praktyce przeniesiemy to doświadczenie na poziom serca; jeśli naprawdę nic mi się nie może stać… to jest przejmę tę pierwszą właściwość, która jest tak pięknie opisana, jako nieustraszoność.

Nieustraszoność, to nie znaczy, że ktoś przezwycięża strach (boję się, ale zrobię to). To też jest bardzo dobre, ale tu chodzi o coś więcej. O to, że całkowicie identyfikuję się z tym, czym naprawdę jestem. Rzeczywiście nic mi się nie może stać. Jest to całkowite zaufanie do własnej natury, która jest jak otwarta przestrzeń, czyli jest to całkowite zaufanie do przestrzeni. Nieustraszony nauczyciel ma pełne zaufanie do tu i teraz, że wszystko, co się wydarza, powinno się wydarzyć tak, jak się wydarza. Bo wszystko jest wspaniałe takie, jakie jest. Nieustraszony nauczyciel jest zawsze w centrum swojej mandali. Nieustraszony nauczyciel jest nieporuszony. Wiatry zmian nie mogą go poruszyć. I Lobpyn Tseczu Rinpocze taki było. Maggie opowiadała o wielu sytuacjach, kiedy był po prostu nieustraszony, jedyną jego motywacją było dobro innych. Jak w taki razie w naszym nauczycielu, w Lamie Ole, ta nieustraszoność się przejawi? Czy rzeczywiście on jest taki nieustraszony, bo może to jest gra i wszystko dobrze wygląda, kiedy jest otoczony swoimi uczniami? Ja miałem to wielkie szczęście, że byłem mniej więcej 20 lat bez przerwy z Lamą Ole, podróżując z nim. Widziałem go w codziennych sytuacjach. Jak przyszedł wieczór i wszystko się kończyło, Ole nie musiał grać dla żadnej publiczności. Była z nami czasami Hannah i Caty albo tylko ja… i widziałem go w każdej sytuacji. Dzień w dzień, od pierwszego dnia, kiedy go zobaczyłem w styczniu 1983 roku. Były sytuacje dramatyczne, były sytuacje normalne, były sytuacje zmęczone, ale on się nigdy nie zmieniał. Zawsze był w centrum swojej mandali. Zawsze. Całkowicie. To jest najpiękniejsza właściwość, jaką można mieć. Urzeczywistniony człowiek się nie zmienia. I dlatego właśnie w nauczycielu możemy przyjąć schronienie. Przyjąć schronienie znaczy: iść tam po ostateczną ochronę. Nie możemy przyjąć schronienia w czymś zmiennym, bo to nie jest schronienie. A jak Lama Ole przejawiał tę nieustraszoność? W jakich przypadkach? W 1991 roku porwali nas partyzanci komunistyczni w Kolumbii. To było bardzo dramatyczne przeżycie. Ja nie mówię, że wszyscy lamowie, nasi nauczyciele powinni być porwani przez partyzantów i zobaczymy wtedy, jak oni się zachowają. Ale skoro okoliczności tak się złożyły… Bo łatwo powiedzieć „jestem nieustraszony”, gdy tu siedzimy na przyjemnej poduszce i jesteśmy otoczeni bardzo przyjaznymi twarzami. Stąd wszystko dobrze wygląda. A jak to wyglądało tam, w Kolumbii, kiedy wokół nie było przyjaznych twarzy, tylko kałasznikowy? Oni wtargnęli do naszego autobusu. Wszyscy myślimy, że partyzanci to tacy fajni twardziele, ładnie ubrani i uśmiechają się jeszcze… Ale to było zupełnie coś innego. Byli to nastolatkowie, jeszcze bardziej zdenerwowani niż my. Trzęsły im się te karabiny. Wskoczyli do autobusu i powiedzieli: „Towarzysze – wszyscy nagle zostali towarzyszami – to jest wojna przeciwko imperializmowi prezydenta Barka (a nas akurat zaprosiła do Kolumbii siostrzenica prezydenta) i zostaniecie z nami przez następne trzy tygodnie”. Ci wszyscy Kolumbijczycy, którzy siedzieli w autobusie zaczęli się żegnać i mówić: „Tych gringo oni zaraz ubiją”. Gringo tam nazywają cudzoziemców. Patrzymy, kto tu jest tym gringo i okazuje się, że to my. Wzięli nas z tego autobusu do wioski i – pamiętam jak dzisiaj – ten ich komendante zaczął swoje przemówienie. Ja znam hiszpański, tłumaczyłem dla Hannah i Olego. Na początku, bo później to przemówienie zrobiło się długie. Tak przemawiają wszyscy dobrzy komuniści – długo i nudo. Zaczął bardzo dramatycznie. Powiedział: „Nie jestem księciem śmierci, ale jeśli trzeba zabić, to zabiję”. Dokładnie tak powiedział. A Hannah pyta: „Co on mówi?”. Ja tylko odpowiedziałem: „Mówi, że nie jest księciem”. Nie mogłem więcej powiedzieć. No i się wszyscy zgodziliśmy, rzeczywiście nie był księciem.

Oczywiście dzisiaj ładnie się opowiada tę historię i brzmi to wszystko atrakcyjnie, ale sytuacja była naprawdę dramatyczna. Tego dnia zabito w Kolumbii około 400 osób. Właśnie tego dnia. To była akcja całych tych FARC i ELN – dwóch grup partyzanckich. Wzięli 400 zakładników w różnych miejscach w całym kraju. I my znaleźliśmy się w jednej z tych sytuacji. Siedzieliśmy na ziemi we trójkę, Ole na środku, ja po jego lewej stronie, Hannah po prawej. Mieliśmy takie koszulki, bardzo pomarańczowe i na tych koszulkach był napis „Centro Buddista Bogota”. Dali nam je poprzedniej nocy. Z ogromnym Buddą na piersi, widać było nas z kilkuset metrów. No i siedliśmy na ziemi, on się odgrażał, pasażerowie się modlili… Ja byłem pewien, że szanse mamy minimalne. W tym wypadku czułem, mimo mojego oczywiście ogromnego oddania do Olego i jego ochrony, ale jakoś czułem, że to koniec. I co się stało? Więc pierwsze, co Ole zrobił, to ułożył plan – kogo chronić, a kogo wziąć, jak zaczną strzelać. On ma bardzo strategiczny umysł, czyli już wiedział, gdzie jeszcze mogą być snajperzy i gdzie trzeba uciekać. Ponieważ byliśmy zaproszeni przez tę siostrzenicę prezydenta i poprzedniej nocy spotkaliśmy się z różnymi ministrami – pamiętam Contier Maniera, ministra transportu – miałem wszystkie adresy tych ludzi z rządu. Oczywiście to nie jest wykład o sytuacji politycznej w Kolumbii, ja nie chcę osądzać tych partyzantów. To jest wykład o oddaniu do nauczyciela i o pewnych właściwościach, które urzeczywistniony nauczyciel może przejawić, więc nie będę nawet wchodził w te wszystkie polityczne niuanse. Urzeczywistnienie nie polega na tym, że dodajemy coś do umysłu, że musimy tę nieustraszoność poprawić albo wytrenować. Albo że jesteśmy jak komandos, który w sytuacji niebezpiecznej reaguje automatycznie, nawykowo. Nieustraszoność jest tą właściwością umysłu, która ciągle się przejawia. Słońce ciągle świeci. Nie możemy nic dodać do świecenia słońca. Musimy tylko rozproszyć czy rozpuścić te zasłony, które nam je blokują. Urzeczywistnienie to jest proces usuwania. Od momentu, kiedy rozproszymy zasłony, ta nieustraszoność, te wszystkie najwspanialsze właściwości umysłu, zaczną przejawiać się same z siebie. Hannah mówiła: „You will know”. Mówiłem dzisiaj, że jednym z wrogów czy błędów w medytacji jest zatrzymywanie najróżniejszych doświadczeń. „Cóż czułem wczoraj? Muszę to teraz odtworzyć!”. A chodzi o to, że muszę to wszystko zostawić. Nie można podróżować z ogromnym bagażem. To jest tak, jakbyśmy jechali do Warszawy i za każdym razem widząc piękne drzewo – a tych drzew jest tu dużo – chcieli to drzewo ściąć i zabrać ze sobą. Pięciu kilometrów byśmy nawet nie przejechali, bo już mielibyśmy tonę drewna. To samo z medytacją. Hannah, pamiętam, powiedziała: „Jeśli to przyjdzie, przyjdzie automatycznie”. Będziemy o tym wiedzieć, nie będziemy musieli się do tego przywiązywać, czy kreować. To słońce zacznie błyszczeć samo z siebie. I tak samo jest z nieustraszonością.

Jak ta nieustraszoność przejawiła się w Kolumbii? Po pierwsze Ole upewnił się, co będzie, jeśli zaczną strzelać. Po drugie, ponieważ ja miałem adresy tych rządowych ludzi – to było przed iPhone'ami – napisane na kartkach, powiedział: „Tomek, zjedz te adresy”. Czyli miał bardzo logiczne podejście. W tym momencie, kiedy myśleliśmy, że to jest koniec, ja miałem zjeść te wizytówki. Zostało mu pięć minut życia – i co Ole zrobił? Pierwsze wydanie „Wielkiej Pieczęci” po angielsku nazywało się „Mahamudra, boundless joy and freedom”, z III Karmapą Rangdziung Dordże na okładce. Taki mural był kiedyś namalowany na ścianie ośrodka w Wuppertalu. Po drugiej stronie okładki jest zdjęcie Hannah i Ole na tle wodospadów Iguaçu, na tle tego wielkiego wodospadu Garganta del Diablo. Na ostatniej stronie jest posłowie. I co Ole tam pisze? W tym posłowiu napisał: jest to Wielka Pieczęć, jest to poemat na temat istoty rzeczywistości i przeżywania jej przez człowieka urzeczywistnionego. Co jest właściwie oświeceniem? Oczywiście, nie można tego wytłumaczyć konceptualnie. Nawet gdybyśmy próbowali to ująć w najlepszych słowach, to ktoś, kto nie ma urzeczywistnienia, nie zrozumie tego w pełni na poziomie intelektualnym. Ale Karmapa tutaj podaje pewne symboliczne wskazówki, które nabiorą wagi, gdy będziemy dochodzili od tego urzeczywistnienia. Lama Ole przez poprzedni rok pisał komentarze do tego wspaniałego poematu III Karmapy. I w tej książce na ostatniej stronie w posłowiu jest następujące zdanie: „Ostatnie wiersze, czy ostatnie zdania tej książki zamieniły się w test, czy zrozumiałem jej treść, ponieważ skończyłem ją pisać, kiedy byliśmy w rękach partyzantów komunistycznych, kiedy ich komandante odgrażał się, że nas wszystkich zabije. Wielka Pieczęć i Wielka Doskonałość”. Czym to się różni? To jakby zapoznanie się z wodą, kiedy skaczemy do oceanu, albo zapoznanie się z wodą, kiedy ją oglądamy przez mikroskop i badamy, co zawiera. Przeżycie wody, czy zrozumienie wody w końcu byłoby takie samo, ale niejako innym wejściem. Jakbym oglądał ogrom oceanu z lotu ptaka albo z łodzi podwodnej. Dlaczego Budda powiedział Wielka Pieczęć? Powiedział, że wyższe nauki niż te nie istnieją. Nie szukajcie, bo nie znajdziecie. To są nauki absolutne, najwyższe. I Lama Ole pisał komentarze już od roku.

Wyobraźmy sobie tę sytuację. W tym momencie, kiedy Lama Ole wiedział, że może zostało mu pięć czy siedem minut, może minuta tylko, usiadł, wziął swój manuskrypt i skończył tę książkę. W najpiękniejszy sposób, z najgłębszym zrozumieniem, używając najlepszego stylu. Kiedy tam siedzieliśmy i patrzyłem na Olego widziałem, że on się nie zmienił. Był taki sam, jak zawsze. Nie był bardziej zdenerwowany czy spięty. Ta książka nie była zasłoną, żeby odgrodzić się od nieprzyjemnej rzeczywistości i schować się w książce – absolutnie nie. Był całkowicie taki sam, jakby tu siedział w Bartołtach w kuchni i pisał mejle. Wiedząc, że może zaczną strzelać za minutę. Całkowicie. Był taką samą inspiracją, przejawiał te same właściwości umysłu, jakie przejawiał w każdej innej sytuacji. Po prostu nie zmienił się. I to samo Hannah. Hannah po tylu latach zawsze pokazywała nieustraszoność. Hannah zawsze była w środku swojej mandali. Nigdy nie widzieliśmy Hannah, żeby musiała biegać za kimś i prosić, czy krzyczeć. Hannah była jak jezioro, a łabędzie spływały do niej same. Kiedyś w 2001 roku byliśmy z Hannah na konferencji w Katmandu – konferencji na temat konfliktu wokół Karmapy. Szamarpa ją zorganizował. Byliśmy na ostatnim piętrze w hotelu i mieliśmy wszystkie deklaracje na konferencję zapisane na komputerze Hannah. Pięć minut przed spotkaniem z prasą ten komputer się zepsuł. I oczywiście stres ogromny. Ja to prawie ataku serca dostałem. A Hannah wtedy, całkowicie spokojna, wiedząc, że tam Szamar Rinpocze i wszyscy czekają, z całkowitym spokojem zamknęła komputer i z tym swoim czarującym uśmiechem powiedziała: „Zobaczmy, co się teraz wydarzy”. Miała całkowite zaufanie do przestrzeni. Trzy minuty później zadzwonił telefon. To był Jesze, młody Tybetańczyk, który nam pomagał. Nagle zadzwonił: „Hannah, czy może masz jakiś problem z komputerem, czy mogę pomóc?”. I to była ta nieustraszoność. W takim momencie.

Kiedy mamy całkowite zaufanie do przestrzeni, jesteśmy zawsze osadzeni w centrum siebie. I kiedy porwali nas ci partyzanci, Hannah siedziała i medytowała. Nie była to taka medytacja, żeby się zamknąć, ponieważ rzeczywistość jest okropna, czy groźna. Hannah była tak piękna jak zawsze, wewnątrz i na zewnątrz. Wyglądała jak Tara, gdy tam medytowała. Była to całkowicie spokojna i pełna medytacja. W chwili, kiedy wiedziała, że za minutę może zaczną strzelać. I właśnie tam, wtedy, nie miałem żadnej wątpliwości, że Hannah i Ole ucieleśniają pewne urzeczywistnienie i nieustraszoność. Przez te wszystkie lata, kiedy podróżowałem z Ole, on był taki w każdym momencie. Mniej więcej co trzeci dzień lecieliśmy samolotem, czyli tych lotów było dużo i zawsze przyjeżdżaliśmy późno na lotnisko. Zawsze w ostatniej chwili. Wszyscy wiemy, jak dużo się dzieje wokół Olego. I przyjeżdżając zawsze w ostatniej chwili, nie pamiętam, żebyśmy się kiedyś spóźnili na samolot. Jedna z uczennic, Suzan, która prowadzi nasze centrum w Calgary w Kanadzie, pisała pamiętnik. Dzisiaj nazwalibyśmy to blogiem. I kiedyś przysłała Caty i mnie ten pamiętnik z 1999 roku. I dokładnie w nim opisuje, jak lecieliśmy z Calgary do Chicago i Nowego Jorku. Było już bardzo późno, gdy jechaliśmy na lotnisko. Ole miał zaplanowany wykład w Nowym Jorku; gdyby przyjechał za późno, to straciłby ten dzień. To nie to, że Ole jest obojętny. Ole mówi, że możemy mu popiołu do piwa dosypać i on się nie obrazi. To jest jego aktywność dla dobra wszystkich osób i nie pozwoli, żeby ktoś ją blokował. I dlatego Ole był zaangażowany w to, żebyśmy się nie spóźnili na ten samolot, ale Suzan w tym pamiętniku pisze: „Jesteśmy zupełnie spóźnieni, Tomek jest całkowicie zestresowany”. I rzeczywiście tak było. Tylko co trzy minuty mówiłem: „Dziękuję, dziękuję wszystkim”, a Lama Ole siedział całkowicie zrelaksowany i czytał swojego Newsweeka. Dokładnie tak to pamiętam. Olego nie można poruszyć. Czy jest pchany z tej strony, czy z innej, jest niewzruszony. Jak te rosyjskie zabawki – wańka-wstańka. Zawsze wstanie. I pamiętam, przylecieliśmy na lotnisko i okazało się, że samolot jest opóźniony 45 minut. I myśleliśmy, że Ole zacznie skakać, mówiąc: „Mówiłem wam, mówiłem!”. Ale nie, Ole powiedział „okej” i wrócił do lektury swojej gazety. Dokładnie tak było. Naprawdę w każdej sytuacji przejawiał tę nieustraszoność.

W 1995 roku byliśmy w Kassel. Wieczorem kurs się skończył, wyjeżdżaliśmy do Hamburga autostradą. W samochodzie był Ole z Hannah, Aleksandra Konrad – to była jej pierwsza wycieczka samochodowa z Ole – i ja. Ole prowadził. Jechał gdzieś 220 km/h. Nie za szybko, nie za wolno. I nagle zaczął padać deszcz. Ale tak, jakby się chmura oberwała. W jednym momencie z drogi zrobiło się jezioro. I samochód zaczął się kręcić dookoła, wszystkie kontrolki nagle się zapaliły, ja nawet nie wiedziałem, że takie światła w tym BMW są. W tym momencie Ole powiedział najnormalniej: „O, pada, a ja już nie mogę kontrolować tego samochodu”. Było to po prostu stwierdzenie faktu. Bo taki był fakt. Ole zupełnie się nie zmienił. Ale, mimo że to powiedział, jakoś mu się udało zapanować nad tym autem. Jeśli jesteśmy w polu działania takiej osoby, przeżywamy przez chwilę to, co się nazywa rozpoznaniem. Intuicyjne rozpoznanie. Widzimy coś na zewnątrz i rozpoznajemy to u siebie – przez chwilę jest ta identyfikacja. Oczywiście, żeby w pełni uzyskać taką identyfikację musimy praktykować. Jedyny Naropa w naszej linii przekazu osiągnął oświecenie bez medytacji. Ale musiał przejść w życiu, jak wiemy, przez dwanaście małych i dwanaście poważnych katastrof. Biografia Naropy jest bardzo poruszająca, a medytacja jest naprawdę łatwiejsza. Było to zupełnie niesamowite. Ole nawet na chwilę się nie zmienił. To jest właśnie ta nieustraszoność. Ta cecha, której szukają u niego jego uczniowie. Chciałbym jeszcze powiedzieć, jak przejawiał tę właściwość Karmapa. To było w 2006 roku, chodziło o jeden z ostatnich projektów Lobpyna Tseczu Rinpocze. Wielkość człowieka nie tylko przejawia się w tym, co robi, ale też na ile setek lat jego działanie przyniesie rezultaty. Ostatnie lata Rinpocze, kiedy normalny człowiek, jeśli dożyje tych lat, spędza je albo w jakiejś instytucji gdzie starają się, żeby mu było najlżej, albo całymi dniami śpi. A Rinpocze wtedy zaczął swoją największą aktywność, zbudował dziewiętnaście stup. Trzy ostatnie zostały dokończone po jego śmierci. W 2006 roku, trzy lata po śmierci Rinpocze, byliśmy w Meksyku, gdzie był realizowany jeden z projektów Rinpocze, jego ostatni projekt – wybudowanie stupy w Valle de Bravo, niedaleko Mexico City. Rinpocze zostawił dokładne wskazówki, co trzeba zrobić, gdy wszystko będzie gotowe. Kiedy sytuacja dojrzała, ta stupa została zbudowana dokładnie według jego wskazówek.

Maggie: Bo szukaliśmy lamy, który by zrobił uzupełnienie, ponieważ jest oczywiście nasza część stupy, część uczniów świeckich, przy której możemy pracować, ale jest też część, którą muszą wykonać lamowie, ponieważ oni znają wszystkie rytuały. Karmapa zaproponował nam lamę Cziampę, który przyjechał i zaczął dawać wskazówki, jak robić tsatse, mantry, pudże. I pamiętam, że zaczęłam z nim rozmawiać – znałam go bardzo pobieżnie z Nepalu – zaczęłam pytać, skąd otrzymał nauki o stupach, a on odpowiedział, że od Lobpyna Tseczu Rinpocze. Był kilka miesięcy w Nepalu i otrzymywał wskazówki. Wcześniej nie miał nic wspólnego z Rinpocze, oprócz tego, że przyjechał do niego na kilka miesięcy, żeby dostać nauki o stupach. Karmapa w ogóle o tym nie wiedział. To była taka spontaniczna aktywność Karmapy, że przysłał do Meksyku lamę, który otrzymał przekaz o stupach właśnie od Lobpyna Tseczu Rinpocze.

Tomek: Rinpocze nawet zostawił instrukcje, w którą stronę mają iść w lesie, kiedy przyjdzie czas, żeby budować stupę. I kiedy będą szli to zobaczą jakąś białą szmatę, biały materiał – i tam będzie to poszukiwane drzewo. Tony mi opowiadał tę historię dwa lata po śmierci Lamy Tseczu. Oni rzeczywiście poszli we wskazanym kierunku i znaleźli drzewo z jakimś białym materiałem. I było to dokładnie najprostsze drzewo najlepsze do tej stupy. To był przedostatni projekt Rinpocze. Ostatni projekt to była stupa Kalaczakry w Grecji.

Maggie: I powtórzyła się ta niesamowita historia. Był tam również lama, którego bardzo długo szukaliśmy, ponieważ jest bardzo niewielu lamów, którzy mają przekaz budowy i inauguracji stupy Kalaczakry. Jak wiecie, Kalaczakra należy do tantr. Wszystkie inne instrukcje o budowie stup są w sutrach i tylko te do stupy Kalaczakry są w tantrach. Dlatego te stupy są tak szczególne. Jeżeli spojrzycie na projekt zewnętrzny, to ona niczym szczególnym się nie różni, dlatego ludzie się dziwią, co w tym takiego trudnego, dlaczego tyle warunków musi się spotkać, żeby zbudować i inaugurować stupę Kalaczakry. Dlaczego tak niewiele jest stup Kalaczakry na świecie, chociaż należy ona do grupy nauk z najwyższych tantr? Dlatego, że pojawia się wiele przeszkód, które się materializują w jakieś przeszkody zewnętrzne i bardzo trudno jest zbudować stupę Kalaczakry. Pierwszy warunek – bardzo trudno jest spotkać lamę, który by miał wskazówki na temat budowy i który miałby pozwolenie, żeby inaugurować taką stupę. Czy też raczej, który mógłby ją uaktywnić. Nawet Szierab Gjaltsen Rinpocze nie miał takiego przekazu. Znalazł się wreszcie lama, który mieszkał w Niemczech od wielu lat, wysłany tam zresztą przez XVI Karmapę. Jakoś z pomocą Hannah tego lamę odnaleźliśmy, tuż po śmierci Rinpocze. Stosunki z tym lamą nie do końca się układały, jak również nie mieliśmy pozwolenia na budowę w Grecji i wszystkie kroki ku budowie stupy zawsze kończyły się po kilku miesiącach. Ale w końcu wszystkie warunki i okoliczności się złożyły i można było stupę wybudować i inaugurować. Zapytałam tego lamę, czy on znał w ogóle Lobpyna Tseczu Rinpocze. Powiedział, że tak, spotkał go raz. Powiedział, że myśmy przyjechali do Kalamszila chyba w 1992, żeby pożyczyć tekst o budowie stupy, że pożyczaliśmy go do budowy stupy Kalaczakry w Hiszpanii. Ja zapytałam: „I pożyczyłeś ten tekst?”. Odpowiedział: „Tak, bo Rinpocze nie przywiózł go ze sobą z Nepalu; nie wiem, jakim cudem, nawet go nie zapytałem, skąd Rinpocze wiedział, że mam ten tekst”. I dodał, że nie oddaliśmy tego tekstu. Ja na to: „Oj bardzo mi przykro, na pewno gdzieś się zawieruszył, postaram się go w Hiszpanii odnaleźć”. Ta budowa odbyła się w 1992 roku. Lama na to, że nie, że dla niego jest to takie bardzo znaczące i symboliczne, że Rinpocze od niego pożyczył tekst i że ma kopię tego tekstu. Rinpocze wybudował tą stupę na podstawie tego właśnie tekstu, który jest zresztą tekstem XV Karmapy, a potem ten lama właśnie zbudował drugą z kolei stupę Kalaczakry w Grecji. Czyli zobaczcie, jakie to są związki, jakie okoliczności, jakie warunki się budują w przestrzeni. Wydają się nieznaczące, a po wielu latach może coś się kiedyś z tego wyłonić.

Tomek: Tak, dlatego byliśmy w Meksyku, żeby zakończyć ten przedostatni projekt Rinpocze. To była ta stupa, którą inaugurował Karmapa, gdy miał 23 lata. Był to projekt budowany przez inny ośrodek. Casa Tibet w Mexico City jest ośrodkiem niezależnym, związanym również z Dalajlamą, który to Dalajlama i jego rząd, i jego lamowie i cała linia Gelug nie uznają Taje Dordże za XVII Karmapę. Czyli działo się to tylko dzięki osobistym, bezpośrednim związkom Tony’ego, szefa Casa Tibet, z Lobpynem Tseczu Rinpocze. Tony i inni zdecydowali, żeby dotrzymać słowa danego Rinpocze, wbrew życzeniom Dalajlamy zdecydowali się, żeby Karmapa inaugurował stupę, było to bardzo odważne podejście. Czyli sytuacja zrobiła się bardzo delikatna. Cały świat tybetański, cały establishment tybetański, był wpatrzony w Valle de Bravo; co ten Taje Dordże wykombinuje. I nie wszyscy mu dobrze życzyli, nie wszyscy Tybetańczycy. W dniu inauguracji byliśmy w domu sponsorów, którzy dali ziemię pod stupę. To było 20 minut drogi samochodem do samej stupy. Wszyscy goście, setki ludzi, żona gubernatora prowincji, wszyscy już czekali. Karmapa sam miał siedem samochodów wraz z ochroną, które dał mu rząd meksykański. To była wielka ceremonia; najważniejsze wiadomości telewizyjne, satelitarne, stacje telewizyjne z całej południowej Ameryki tam były i robiły wywiady z naszym Karmapą. Było to wielkie wydarzenie w Meksyku. Ale też wielkie wydarzenie dla świata tybetańskiego. Jak mówię, nie wszyscy wtedy życzyli dobrze Karmapie. Karmapa inaugurował tę stupę po raz pierwszy w tej inkarnacji. W momencie, gdy wychodziliśmy, żeby jechać na inaugurację, zadzwonił telefon, że zaginął tron. A właściwie nie tron, tylko ciężarówka, która wiozła go z Mexico City. No a Karmapa nie może inaugurować stupy z taboretu. Sytuacja była więc delikatna, w takim momencie, pierwsza inauguracja w tej inkarnacji i taki znak. I co Karmapa w tym momencie zrobił? Zaczął biegać dookoła samochodu krzycząc: „Gdzie jest mój tron?!”? Nic by to nie pomogło. I naprawdę w tym momencie – to jest trywialny moment – ale dostrzegłem jego urzeczywistnienie. Karmapa w tym momencie się uśmiechnął i powiedział: „Ok, to w takim razie ja chcę obejrzeć »Władcę Pierścieni«”. W najkrytyczniejszym momencie po prostu miał całkowite zaufanie do przestrzeni. Zupełnie się nie zmienił. Nie widział wcześniej „Władcy Pierścieni” i miał nagle czas i miejsce na film. A dlaczego? Ponieważ ta rodzina, u której mieszkaliśmy, miała prywatne kino na dole. Jeszcze nawet mnie Karmapa zaprosił, czy chcę z nim razem pooglądać. Powiedziałem, że absolutnie nie. Ja musiałem iść na górę i się stresować. A gdy Olemu powiedzieli, że tego tronu nie możemy znaleźć, Ole odpowiedział: „To wspaniale”, i wrócił do swojego artykułu w gazecie, bo miał czas, żeby go skończyć. Tych dwóch panów nie można było poruszyć. Cokolwiek się działo. I to jest dla mnie największy przykład.

I z Maggie wtedy nawet myśleliśmy, żeby może z kanapy tej rodziny zrobić jakiś tron, chcieliśmy z kanapą jechać na inaugurację tej stupy. A człowiek, który się zajmował kinem, miał na imię Jesus, to jest imię bardzo popularne w Ameryce Południowej. Ole chciał ich sobie przedstawić i powiedział: „Karmapo, to jest Jezus”. Tak się poznali pierwszy raz. Ale chodzi o tę nieustraszoność. Po dwudziestu minutach przyszła wiadomość, że tron się znalazł. Karmapa powiedział: „Ok, to jedziemy”. Ole powiedział: „Ok, to jedziemy”, i zwinął swoją gazetę. I było wspaniale. Ta ceremonia odbyła się z największymi znakami. Ta piękna stupa stoi dzisiaj w Valla del Bravo, w Dolinie Odważnych, około półtorej godziny jazdy od Mexico City, w pięknych górach, wygląda to jak w Szwajcarii.

Opracowanie: Wojtek Sulężycki, Bożena Pasławska, Mira Starobrzańska, Radek Held, Eliza Vaidyan, Wojtek Wilczewski

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Nieprzerwany przekaz autentycznych nauk - Wywiad z XVII Karmapą Taje Dordże | Buddyzm na Wschodzie i na Zachodzie - Wywiad z Szamarem Rinpoche | Widzę Czystą Krainę - Pytania zadane Lamie Ole | Czas na medytację - List Noworoczny Lamy Ole | Aktywność Trzech Czasów - Karmapa Mikjo Dordże (1507 - 1554) | Cytat - Guru Rinpocze | Jesteśmy dla siebie mistrzami - Wywiad z Hannah Nydahl | Cytat - Hannah Nydahl | Schronienie - Lama Ole Nydahl | Cytat - X Karmapa Czojing Dordże | Utrzymywanie przekazu to wasz obowiązek - Lama Ole Nydahl | Budda i śmierć - Lama Ole Nydahl | Z Lamą Ole i Caty Hartung o książce Budda i śmierć - Praga 2010 | Ścieżka oddania - Maggie Lehnert-Kossowski i Tomek Lehnert | Dosiadając niedźwiedzia - Z organizatorami podróży zimowych po Rosji | Katłanga - Mira Starobrzańska | Buddyzm w dziejach świata - Anna Szymańska | Popycha nas cierpienie, ciągnie nas współczucie - Rozmowa z Klausem Kaltenbrunnerem | Sanga - Denes Andras | Buddyzm i edukacja - Maike i Pit Weigelt | Co, gdzie, jak w KBL | Hong Kong - 18 dni błogosławieństwa - Michał Bobrowski | Biblioteka Kagyu w Łodzi | Gdańsk | Mango | Czym jest dla Ciebie ośrodek? - Ofelia Cybula |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: