DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 47 -> Wybieram bycie szczęśliwą...

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Wybieram bycie szczęśliwą...

Z Zuzią Czapnik rozmawia Magda Lipińska


Czy pamiętasz dzień w którym spotkałaś lamę Ole po raz pierwszy?

Zuzia: Bardzo dobrze pamiętam. Razem z mężem pracowaliśmy w centrali telefonicznej – ja jako telefonistka, Władek jako konserwator urządzeń. Mieszkaliśmy wtedy na terenie instytucji, która nas zatrudniała. Pewnego dnia Władysław pod wpływem bardzo silnego impulsu powiedział „miej oko na centralę, ja przejdę na moment do domu”. Chwilę później w progu naszego mieszkania stali Ole i Hannah i z uśmiechem przedstawiali się. Władziu zaprosił ich do środka. Ole musiał wykazać się wielkim sprytem językowym, gdyż Władysław mówił po angielsku dokładnie tak jak się pisze, a nie jak się wymawia.

Co wydarzyło się podczas tej pierwszej wizyty?

Zuzia: Opowiedziałam im o siedzeniu w zazen, które wtedy praktykowałam, wyjaśniałam, że mocno koncentrujemy się na punkcie hara. Mówiąc to czułam, że to ja jestem mistrzem. Ole słuchał uważnie i powtarzał tylko: „ja, ja, gut”. W pewnej chwili położył mi rękę na głowie, trzymając coś w dłoni. Poczułam jak z góry spadają na mnie cieple krople. Było to zjawisko, którego dotąd nie znałam. Dopiero po pewnym czasie dowiedziałam się, że to błogosławieństwo. Potem zabrałam się za przygotowanie jedzenia, Hannah czytała swoje książki, a Władziu z naszą córką Anią poszli szukać innych znajomych, aby powiadomić ich o przyjeździe gości. Pierwszego nie zastali w domu, drugiego również nie, trzeciego także nie było. Zrezygnowani udali się do czwartego i tam znalezli wszystkich pozostałych. Tamtego dnia Ole zrobił z nami schronienie mahajany, a wieczorem wyświetlał slajdy z Tybetu. Następnego dnia otrzymaliśmy medytację Guru Jogi na 16 Karmapę. W zenie nie musieliśmy nic sobie wyobrażać, była tylko praca z oddechem. Pierwszy raz „zobaczyłam” wizualizację. Pochodziłam z rodziny protestanckiej i nie byłam przyzwyczajona do wyobrażania sobie bogactwa form religijnych. Dla Władysława medytacja na formy Buddów nie była takim szokiem jak dla mnie. Był bardzo szczęśliwy, że otrzymał to czego szukał i pragnął. Wtedy też Ole zostawił książeczkę „O naturze umysłu” – nauki Kalu Rinpocze spisane przez Olego i Hannah.

Kiedy zobaczyłaś Olego po raz pierwszy miałaś przeczucie, że przed tobą stoi przyszły lama i nauczyciel, który zmieni twoje życie?

Zuzia: Takie pytania stawia się po wielu latach. Zawsze przyjmowałam ludzi z wielką radością, ale wtedy oczekiwałam raczej, że zobaczę kogoś o wyglądzie dżentelmena, przedstawiciela zachodniego dobrobytu. Nie wiedziałam kto to jest jogin. Ole nie wyglądał bogato, zapamiętałam poobijane walizki. Nie myślałam wtedy, że to z powodu licznych podróży. Z drugiej strony nie czułam się skrępowana naszym polskim niedostatkiem, nie musiałam udawać.

To, że Ole przyjechał do was nie było przypadkowe. Czy możesz powiedzieć jak do tego doszło?

Zuzia: Dla mnie wadżrajana była czymś tajemniczym. Władysław zawsze chciał ją spotkać, chciał odkrywać nowe lądy, był człowiekiem poszukującym. Przy porządkowaniu papierów natknęłam się na jego notatki i broszurki dotyczące buddyzmu jeszcze z 1957 roku. Należał do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Indyjskiej. Był pod wrażeniem książek Wandy Dynowskiej. Praktykując zen prowadził Jednotę Braci Polskich. Ktoś z naszej grupy, szukając w Kopenhadze taniego noclegu trafił do ośrodka Olego. Po powrocie powiedział Władkowi, że spotkał takiego (tu zgiął rękę w łokciu) mistrza wadżrajany. Władysław poprosił o adres. Napisał list opisując mu swoje doświadczenia, które przeżywał w snach. Ole natychmiast odpisał, że przyjeżdża. Nie byliśmy gotowi na tę wizytę. Wiedzieliśmy, że do Europy Zachodniej i Ameryki przyjeżdżają guru ze Wschodu i że wśród nich bywają także szarlatani. Zaniepokoiliśmy się, że może to jeden z nich, więc Władziu zaproponował, żeby Ole przyjechał za rok. Przez ten czas chciał z nim korespondować, by wyczuć kim jest. Nie przejmując się tym Ole wraz z Hannah pojawili się w Krakowie w październiku 1976 roku.

Kiedy Ole znów odwiedził Polskę?

Zuzia: Przyjechał do Krakowa ponownie w kwietniu 1977 roku, potem w marcu i listopadzie 78, i w marcu i październiku 1980. Wtedy już wykład trzeba było zorganizować w większym mieszkaniu. Pierwsza wizyta lamy Ole poza Krakowem miała miejsce w Gdańsku w marcu 1981 roku w czasach Solidarności. To właśnie wtedy ci „smutni panowie” zapisywali coś w notesach... Gdy Ole powiedział, że żyjemy w kraju, w którym mamy więcej czasu na medytacje niż ludzie na Zachodzie, schowali je – nie wydaliśmy się im groźni. W styczniu 1983 roku musieliśmy wynająć salę w Dworku Białoprądnickim. Przyszło wtedy około 500 osób. Władysław obawiał się, że mogą nas aresztować lub w jakiś inny sposób zakłócić wykłady. Czuł się za nas odpowiedzialny. To może być trudne do zrozumienia dla kogoś kto nie zna tamtego okresu.

Po wizytach Olego także inni lamowie zaczęli przyjeżdżać do Polski...

Zuzia: Pierwszym tybetańskim lamą, który odwiedził Polskę był Ajang Rinpocze. Było to w listopadzie 1981. Do Polski zaprosił go Ole, by przekazał nam praktykę poła. Miało to miejsce w Szczecinie, w prywatnym mieszkaniu. W praktyce wzięło udział 45 osób, trwała 10 dni. Spędziliśmy je wspólnie jedząc, śpiąc i praktykując... Tylko Karol z Herminką opuścili naszą grupę, pojechali do Krakowa, wzięli ślub, zostawili weselnych gości, wrócili do Szczecina i z sukcesem zakończyli praktykę. Z kolei w Krakowie pierwszym Tybetańczykiem był Beru Czientse Rinpocze w 1984 roku. Był to wysoko inkarnowany lama przebywający wraz z czterema tulku blisko Karmapy. Udzielił nam inicjacji do praktyk Czerwonej i Białej Tary, Buddy Amitaby, Mahakali, Czerwonej Dakinii, Dordże Sempa. Ceremonie były przeniesione wprost z Tybetu, z całym przepychem form i skomplikowanych wizualizacji. W marcu 1986 przyjechał do Krakowa Tenga Rinpocze, na przełomie czerwca i lipca tego samego roku odwiedził nas Situ Rinpocze. W maju 1987 po raz pierwszy pojawił się w Polsce Lobpyn Tseczu. Spotkanie odbyło się w Warszawie. Potem Polskę w listopadzie 1987 odwiedził Kongtrul Rinpocze (Poznań). W 1989 w listopadzie do Warszawy przyjechał Dzialtsab, a parę dni później Beru Czientse. W 1991 Lobpyn Tseczu przyjechał do Krakowa, a potem odwiedził Kuchary. Jeszcze w 1994 roku, z bardzo krótką wizytą był w Krakowie Szamar Rinpocze. Pamiętam jak przygotowywałam posiłek dla lamy Tseczu. Starałam się przestrzegać tybetańskiej tradycji, że najpierw je lama, a dopiero kiedy skończy mogą jeść inni. Tłumacz był bardzo głodny, ale jemu też kazałam czekać. Był niezadowolony, ale pokazałam mu Wojtka siedzącego w kuchni i pogrążonego w medytacji mówiąc „jak będziesz praktykował tak jak on, to dostaniesz jeść”.

Na samym początku było wielu entuzjastów, którzy swoim zapałem i oddaniem zarażali innych. Jak sądzisz dlaczego ci ludzie potem po prostu zniknęli?

Zuzia: Buddyzm to ścieżka doświadczenia, idziemy razem, ale każdy ma prawo zatrzymać się, sprawdzić, obejrzeć... Ci co cały czas idą do przodu są szczęśliwcami, bo mają zaufanie do nauczyciela i dlatego czują się bezpieczni i mogą praktykować bez przeszkód. Czasem ludzi zniechęca trochę cierpienia. Ja sama byłam bliska załamania w roku 1980, gdy skończyłam właśnie Dordże Sempa i musiałam spojrzeć na siebie innymi oczami. Było to bardzo bolesne.

Gdzie miały miejsce pierwsze sangowe medytacje?

Zuzia: Po pierwszej wizycie Olego, Władziu udostępniał nasz pokój dwa razy w tygodniu. Na początku sam prowadził medytacje, przygotowywał wykłady objaśniające nauki oraz tłumaczył i opracowywał publikacje, które miały pomóc w poznaniu i praktykowaniu wadżrajany. Opiekował się również grupami w innych miastach, odwiedzał je i wspierał. Inni poszli jego śladem. Kiedy sangha się trochę rozrosła, spotykaliśmy się codziennie w innym mieszkaniu, ale w tym samym składzie – stanowiliśmy grupę bliskich przyjaciół. Żyliśmy bardzo stadnie. Był to okres fascynacji, poznawania. Mieliśmy tyle siły, że codziennie jeździliśmy na wspólną medytację w różne części miasta. W pracy zawodowej mało kto się wtedy realizował. Każdego dnia robiliśmy inną praktykę, np.: w środy chodziło się do Ryśka na Czenrezig, w czwartki do Czapników na Guru Jogę, w piątki do Lodki i Zbyszka na Dordże Sempa itd. Tak było do roku 1988, kiedy to przeprowadziliśmy się do własnego lokalu na ulicę Dukatów. Część grupy wciąż przychodziła do nas. Czwartkowe spotkania w naszym domu skończyły się dopiero w roku 1991 – przenieśliśmy się wtedy do ośrodka na Stattlera 5.

Wszyscy pamiętają Twój dom, z Władysławem w małej kuchni, w której toczyły się rozmowy na najwyższym poziomie i ciebie krzątającą się, przygotowującą posiłki i szczodrze dzielącą się z trudem zdobytymi zapasami. Jak sobie z tym radziłaś?

Zuzia: Nie myślałam o tym, ale teraz robię sobie czasami wyrzuty, że krzywdziłam swoją rodzinę – szczególnie mojego synka. Zrobienie pierogów, naleśników czy ugotowanie zupy nie jest trudne ani drogie, a ludzie się najedzą. Czasami ktoś przywoził coś do jedzenia – najczęściej topione serki. Problem pojawił się kiedy wprowadzili kartki na cukier. Pierwszy raz w życiu obserwowałam ile inni słodzą. Spać nie mogłam – myślałam o cukrze. Kiedyś odpuściłam – nie będzie cukru, nie będziemy słodzić – cukier był, zniknął tylko problem.

Wkrótce wasz dom stał się centrum nie tylko dla Krakowa, ale dla całej Polski, spełniał także rolę bezpłatnego hotelu dla przyjezdnych.

Zuzia: Tak. Przyjeżdżali ludzie ze Szczecina, Warszawy, Poznania, Gdańska: Janek Gęgało, Danusia i Wojtek Tracewscy, Grzesiu Dybko, Tadeusz Uchto, Ewa Orzechowska, Beata Piech, Grzesiu. Nie wszystkie nazwiska pamiętam, ale wciąż bardzo dobrze pamiętam osoby. Każdy miał śpiwór i rozkładał się gdzie było miejsce. Czasami nie miałam się gdzie przespać... Ten wczesny okres był łatwiejszy do rozwoju duchowego. Wszystko było łatwiejsze, ludzie mieli więcej czasu, było taniej, mimo że żyłam z bardzo niskiej pensji, wyżywienie innych nie było problemem.

Władysław wraz z kilkoma osobami zrobili pionierską pracę przy tłumaczeniu buddyjskich książek i tekstów. Jak to było?

Zuzia: Już w czasie pierwszej wizyty Ole zostawił nam książeczkę „O naturze umysłu”, którą przetłumaczyli Władziu z Markiem Hasem. Pozostawił nam także taśmę z pudżą Czenrezig, a przyjeżdżając następnym razem ofiarował do niej tekst. Otrzymaliśmy także teksty do medytacji Guru Jogi. Problem z pierwszymi tłumaczeniami polegał na tym, że doktryna buddyzmu odbiega od pojęć występujących w innych religiach. Trzeba było poznać i zrozumieć buddyzm, żeby znaleźć właściwe słowa dla określenia pewnych stanów lub nadać im nowe znaczenie. Zabrało trochę czasu zanim umysł, niewiedza, świadomość, przestrzeń, współczucie, pustka weszły do 'naszego języka'. Czasami ludzie, którzy nie praktykują buddyzmu, pisząc o nim używają słów takich jak duch, litość, głupota, a nawet trójca (na trzy kaje!), co daje zupełnie inny efekt. Oprócz tego wszystko cokolwiek się, ukazywało się drukiem przechodziło przez cenzurę. Mogliśmy wydawać broszurki liczące nie więcej niż 16 stron i trudno było to ograniczenie przeskoczyć. Książki zszywaliśmy w domu sami.

Pracowałaś, byłaś filarem sanghi, żoną, matką, a co z praktyką?

Zuzia: Nawet moja córka dziwi się jak to robiłam. Byłam surowa dla siebie – nie trać czasu, nie trać pieniędzy – to nauka wyniesiona z rodzinnego domu. To prawda, praktyczna strona życia spoczywała na mnie, Władysław zajmował się stroną duchową. Codziennie wstawałam o wpół do piątej. Układałam koc w kuchni i medytowałam. Przed szóstą kończyłam i zajmowałam się domem. O ósmej byłam w pracy. Po południu codziennie chodziłam na wspólne medytacje. W soboty i niedziele zamykałam się na pół dnia w pokoju i praktykowałam. Kiedy pojechałam na wczasy prawie nie wychodziłam z domu. Cały czas robiłam praktykę zamknięta w pokoju. Musiałam tłumaczyć gospodyni, że jestem bardzo zmęczona i potrzebuję dużo snu.

Czy jest coś czym chciałaby się podzielić doświadczona buddystka z młodym pokoleniem?

Zuzia: Przede wszystkim pamiętać o celu – dopóki nie widzimy go wyraźnie powinniśmy mieć bezwarunkowe zaufanie. Jeśli widzimy błędy naszych nauczycieli musimy rozumieć, że to są tylko nasze projekcje, ponieważ nauczyciel ukazuje nam tylko nasz własny umysł. Gdy pojawią się przeszkody to zwróćmy się do nauczyciela i czujmy wdzięczność. No i praktyka – nie chodzi tu aby ścigać się z innymi czy z samym sobą, ale żeby praktykować codziennie po trochu z motywacją dla dobra innych.

Twoje motto?

Zuzia: Przeszłam przez wszystko przez co może przejść człowiek, przez wojnę, śmierć braci, męża, śmierć syna. Teraz gdy mam do wyboru – bycie szczęśliwą albo nieszczęśliwą – wybieram raczej bycie szczęśliwą.

Od redakcji DD.

Zuzia Czapnik zmarła 5 czerwca 2010 roku w Karlsruhe w Niemczech. Poniżej zamieszczamy fragment listu jej córki, Ani Czapnik do polskiej sangi.
Kochani przyjaciele, dziękuję wszystkim za życzenia, które robiliście w czasie choroby Zuzi. Mama zmarła w sobotę, 5 czerwca, w domu, spokojnie, w mojej obecności, przy dzwiękach mantry. Było tak, jak sobie tego zawsze życzyła.

Ania Czapnik.

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Pieśń Mahamudry - 16. Karmapa Rangdziung Rigpi Dordże | Dawać prawdziwe przykłady świętości - 16. Karmapa Rangdziung Rigpi Dordże | Zamiast ciebie są inni - 17. Karmapa Trinley Taje Dordże | Cztery podstawowe prawdy - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Przekazuje nauki dla przyszłych pokoleń Tybetu - Guru Rinpocze | Cztery rodzaje bardo - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Poszukiwania Tilopy przez Narope - Życiorysy mistrzów | Pieśń o rzeczach o które chodzi - Milarepa | Kalama sutra - Budda | Reczungpa - podobny księżycowi uczeń Milarepy | Guru Joga - Ulla i Detlev Göbel we współpracy z Lamą Ole i Caty | Drukpa Kunlej błogosławi obraz | Codziennosc jogina - Lama Ole Nydahl | Poznanie umysłu jest jedynym celem - medytacja w życiu codziennym i na odosobnieniu - Lama Ole Nydahl | Pieśń Mahamudry - Gendyn Rinpocze | Jesteśmy architektami własnego życia - Dzigme Rinpocze | Medytacja w codziennym źyciu - Dzigme Rinpocze | Cieszcie się zjawiskami ale nie pozwalajcie im się schwytać - Lama Ole Nydahl | Cytat - VI Dalajlama | Sny i senne egzystencje - Lama Ole Nydahl | Współczucie może być zaraźliwe - Buddyjska przypowieść | Dakini to żeńska zasada oświecenia | Wybieram bycie szczęśliwą... | Hymn motocyklistów - Manfred Maier |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: