DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 46 -> Powrót do korzeni

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Powrót do korzeni

Maria Przyjemska
_________

Część 2

W rok po sukcesie naszej ekspedycji z 2007 roku, kiedy to udało nam się odnaleźć żywy przekaz dharmy we wschodnim Tybecie i spotkać uczniów urzeczywistnionych joginów Kagyu, byliśmy gotowi na więcej. Kolejny raz odwiedziliśmy Kham – tym razem w towarzystwie dwóch nowych przyjaciół.


Czengdu 14.09.2008

Dziś w końcu opuszczamy Chiny i udajemy się w głąb historycznego terytorium Tybetu. Niestety, ze względu na liczne demonstracje wolnościowe, główny szlak prowadzący przez serce Kham został zamknięty dla obcokrajowców. Aby ominąć nieprzejezdne regiony, wsiądziemy w pociąg do Ziling w Amdo na północnym wschodzie Tybetu. Czengdu, stolica prowincji Syczuan, nasza dotychczasowa baza, bardzo zmieniło się od wizyty Lamy Ole i Hannah w 1980 roku. Spędzili tu oni sporo czasu w hotelu z betonowej płyty, cierpiąc na wysoką gorączkę i mieli okazję zaobserwować niejedną ohydną postać azjatyckiego komunizmu. Gdzie się podziali posępni chińscy towarzysze, którzy poświęcają swoje życie sukcesowi rewolucji? Chińczyk nowego tysiąclecia jest jednostką wyposażoną we wszystkie cuda współczesnej technologii, nastawiony na konsumpcję różnorodnej gamy produktów nowej, dumnej republiki. W zamian za to jest całkowicie wierny Partii i nie zadaje zbędnych pytań. Ale czego chcieć więcej, jeśli mamy już i chleb i igrzyska?

Xining 15.09.2008

Jesteśmy w Ziling (chin. Xining) w pobliżu słynnego jeziora Kokonor, położonego 2200 metrów n. p. m. – co jak na ten region świata nie jest zbyt wysoko. Ziling jest położone w tybetańskiej prowincji Amdo i kiedyś stanowiło ważny punkt na Jedwabnym Szlaku, wiodącym przez Azję Środkową. Xining i inne miasta tego regionu są przede wszystkim zamieszkiwane przez Chińczyków Han oraz chińskich muzułmanów. Brakuje nam tu szorstkiego, nieugiętego ducha Khampów oraz ich niezwykłej kultury – dlatego decydujemy się na wyprawę do Repkong, położonego cztery godziny jazdy autobusem od Ziling. To ciekawa miejscowość, przede wszystkim ze względu na żywe społeczności ngagpów. Ngagpowie to praktykujący, którzy nie ślubowali celibatu, nie żyją w klasztorze lecz ze swoimi rodzinami, noszą długie włosy i często wspierają lokalną wspólnotę w roli lamów i lekarzy. Nierzadko dzierżawcami ich linii przekazu zostają synowie i córki. Repkong posiada sześćsetletnią tradycję ngagpów, a w całej prowincji mieszka ich około 2000. Rozmawiamy z miłym, młodym człowiekiem, praktykującym w szkole Ningma. Jest pełen pochwał dla swojego lamy, który właśnie przebywa na zamkniętym odosobnieniu w okolicy. Nauczyciel ten potrafi stać się niewidzialny, od lat dziecięcych potrafi przepowiadać ludziom przyszłość, ale twierdzi, że nie jest tulku. Z kolei jego lama podczas rewolucji kulturalnej osiągnął „tęczowe ciało”. Jego historia ośmiesza biurokrację reżimu Mao: jogin zniknął i ciała nigdy nie znaleziono, więc urzędnicy odnotowali w jego aktach: „los nieznany”.

Dziekundo 19.09.2008

Znowu w Kham! Dlaczego właściwie interesuje nas ta część Tybetu? Po pierwsze, to tutaj znajdują się korzenie naszej Diamentowej Drogi na Zachodzie: rozwój naszych ośrodków jest rezultatem głębokich związków między naszymi nauczycielami, Lamą Ole i Hannah, z mistrzami Kagyu pochodzącymi ze wschodniego Tybetu. Po drugie, odwaga i nieugięty charakter Khampów przyczyniły się do tego, że wiele ważnych nauk przetrwało tu chińską okupację i rewolucję kulturalną. W czasie zeszłorocznej podróży do wschodniego Tybetu spotkaliśmy wielu niezwykłych praktykujących. Niektórzy zrobili na nas wrażenie nie tylko z powodu swojej determinacji osiągnięcia oświecenia w ciągu jednego życia, ale także dlatego, że potrafią zamanifestować swoje urzeczywistnienie. W tym roku chcemy ich odnaleźć i przyjrzeć się dokładnie temu, czego się o nich dowiedzieliśmy. Kiedy dojeżdżamy do Dziekundo, największego miasta Khampów, zauważamy dwadzieścia wojskowych ciężarówek, opuszczających miasto. Pomijając ten fakt, wyczuwamy w tym miejscu ciężką atmosferę olimpijską. Ze względu na demonstracje na rzecz wolności Tybetu, wiele obszarów na wschodzie zostało zamkniętych dla obcokrajowców.

Nangczien 1.10.2008

Pozdrowienia z Nangczien, które często jest nazywane „Królestwem Medytujących”, ponieważ w przeszłości wywodziło się stąd tak wielu joginów. Wydaje się więc zupełnie logiczne, że cel naszej podróży, ośrodek odosobnieniowy linii Barom Kagyu w Laczi, znajduje się dokładnie w sercu Nangczien. Od początku wiedzieliśmy, że tu powrócimy. Wyraźnie zainspirował nas do tego główny lama Laczi, Repa Tsultrim Tarczin. Zamieszkuje on miniaturową jaskinię nad swoją szkołą medytacji. Urzeczywistnił jogę „wewnętrznego żaru” (tyb. tummo), dlatego zawsze nosi tylko pojedynczą cienką szatę. Otrzymał przekaz Wielkiej Pieczęci oraz Sześciu Jog Naropy od jednego z największych joginów Tybetu, „żywego Milarepy”, mahasiddhy Karma Norbu. Wydaje się, że Karma Norbu jest kluczową postacią, która umożliwiła przetrwanie praktyki jogicznej Kagyu w Tybecie. Wszędzie tam, gdzie docieramy, najbardziej urzeczywistnieni medytujący i lamowie zawsze wskazują na przekaz od tego właśnie lamy. Karma Norbu miał niezwykle silny związek z XVI Karmapą, który podarował mu białą szatę i zapewnił, że jest „Drugim Milarepą”. Kiedy Karmapa pojechał do Pekinu, żeby wziąć udział w negocjacjach na rzecz autonomii Tybetu, to właśnie Karmie Norbu powierzono nadzór nad Tsurpu. Wtedy jednak mahasiddha wybrał swoją jaskinię zamiast klasztornych murów i samotność zamiast towarzystwa ważnych osobistości…

Istnieje mnóstwo opowieści o cudach, które potrafił sprawić. Pewnego razu był w drodze w towarzystwie dwóch osób, kiedy spotkała ich groźna burza śnieżna. Nie znaleźli nigdzie schronienia, ale Karma Norbu polecił towarzyszom, by położyli głowy na jego kolanach i przykrył ich swoją szatą. Kiedy następnego ranka obudzili się radośni i wyspani; zauważyli, że śnieg wokół nich całkowicie stopniał. Kiedy Chińczycy wkroczyli do Tybetu, XVI Karmapa poprosił Karma Norbu, żeby został w Kham i kontynuował swoją pracę. Podczas rewolucji kulturalnej jogin mieszkał i ukrywał się w różnych jaskiniach w Kham. Pewnego dnia został znaleziony, ale ascetyczny wygląd uratował mu życie – wychudzonego starca przesiadującego w jaskini trudno było Czerwonej Gwardii uznać za demonicznego kapłana wykorzystującego naiwność mieszkańców wioski. Najwyraźniej było widać, że nie stanowi on zagrożenia dla „bezpieczeństwa publicznego i dobra wspólnoty”. „Drugi Milarepa” zmarł w latach 90. XX wieku i w spadku pozostawił niezwykłych uczniów – mamy na tyle dobrą karmę, że spotkaliśmy kilku z nich.

Dziekundo 23.10.2008

Kiedy docieramy do ustronnego ośrodka odosobnieniowego w Laczi, Repa Tsultrim Tarczin Rinpocze jest nieobecny. Przybywa następnego dnia, błogosławi nas i mówi: „Będziemy mieli sporo czasu na rozmowy.”Jestem w szoku – niemy i niewzruszony jogin z zeszłego roku, który nie przyjął od nas nawet kataku – a zrobiłby to każdy inny lama – okazuje się być ludzką istotą! Faktem jest, że podczas naszej zeszłorocznej wizyty znajdował się w stanie głębokiego wchłonięcia medytacyjnego, a my byliśmy jedynie chmurami przesuwającymi się na horyzoncie…

W tym roku został poproszony przez Sagę Rinpocze – głównego Lamę klasztoru w pobliskim Kjodrak – by znalazł czas na aktywność – udzielał nauk, podróżował i kierował różnymi projektami. Dowiadujemy się, że w społeczności odosobnieniowej mieszka w sumie około 150 mniszek. Pozostali dwaj Repowie w białych szatach przebywają na zamkniętych odosobnieniach w okolicy. Każdy dzień jest podzielony na cztery sesje (pierwsza z nich zaczyna się o piątej rano). W naszej chacie są proste warunki: gliniane klepisko, proste jedzenie, brak prysznica i toalety oraz prądu. W piecach palimy odchodami jaków – to jedyny dostępny opał w niezalesionych częściach Tybetu. Dodatkowo, gdy chatka pokryta jest śniegiem, przecieka nam dach – rozstawiamy więc wiadra i pod sufitem rozciągamy plastikową plandekę. Widok tej konstrukcji wprawia naszych gospodarzy w spore zadziwienie. Wprawdzie nie tak wyobrażaliśmy sobie urlop, ale bliskość wielkiego mistrza, który o radości i wolności wie więcej niż piękno i przestrzeń tutejszego krajobrazu – głęboko nas inspiruje.

Rinpocze jest dla nas bardzo miły. Na początku osobiście przychodzi do naszej chaty, chce wiedzieć czy nam niczego nie brakuje i zachęca nas do zadawania pytań. Nalega jednak, żebyśmy po nauki przyszli do jego chatki przypominającej jaskinię. Udając się do niego po raz pierwszy, prosimy, żeby nam opowiedział o swoim nauczycielu i o swoim skrajnym sposobie życia. Ma tylko jeden cel – osiągnięcie oświecenia. Świat, który widzi ze swojej chatki, jest inny niż nasz. Wierzy w samotne poszukiwania ostatecznej doskonałości, by następnie przynieść pożytek innym. My natomiast preferujemy metodę „learning by doing” – jesteśmy aktywni dla pożytku innych, a jednocześnie doświadczamy osobistego rozwoju, tak, jak obiecał XVI Karmapa.

Jego opinia na temat Wielkiej Pieczęci jest równie skrajna – wszystko należy ćwiczyć i urzeczywistnić w odosobnieniu. Staramy się wytłumaczyć mu, że buddyzm na Zachodzie znajduje się jeszcze w fazie pionierskiej, i że bardziej zależy nam na szerzeniu i zakotwiczaniu nauk, niż na udawaniu się na samotne poszukiwania oświecenia gdzieś w Himalajach. Nasz gospodarz obstaje jednak przy swoim. Pierwszy wywiad odbywa się w strasznym zimnie. Płatki śniegu padają na kartki mojego notatnika, lodowaty wiatr przenika każdą komórkę naszych ciał – a lama siedzi przed nami, rozluźniony, odziany jedynie w cienką białą szatę. Niechcący dotykam jego ręki... jest ciepła… Tak, to prawda, że sześć lat żył samotnie w jaskiniach i mało co jadł, ale nie chce więcej o tym opowiadać, bo nie wypada mu się przechwalać. Jego asystent pokazuje nam wyraźny odcisk dłoni w skale. „Głaz jest dziś taki miękki” miał powiedzieć Repa, kładąc na nim swoją rękę. Przez jakiś czas nic się nie wydarzało, a potem na ścianie skalnej stopniowo ukazał się odcisk dłoni…

Kiedy proszę o nauki mahamudry, lama zachowuje się jak prawdziwy profesjonalista przy pracy. Jest jak lekarz, który dokładnie bada swoją pacjentkę, by znaleźć przyczynę jej choroby. Ja jestem chora – czyli nieurzeczywistniona – a on chce mnie wyleczyć, czyli dać mi naukę, która będzie dokładnie odpowiadała mojej dolegliwości. Badanie polega na pytaniach o moją praktykę medytacji i o moje zrozumienie natury wszystkich zjawisk (!). Po tym, jak Repa wielokrotnie z dezaprobatą kręci głową (wiem przecież, że lepiej jest mówić o własnych doświadczeniach, a nie o tym, co przeczytałam) otrzymuję lekarstwo – naukę w formie pytania, które ma mi towarzyszyć we wszystkich aktywnościach i podczas każdej medytacji. Odpowiedź na to pytanie jest odpowiednim lekarstwem na tę skrajność w moim umyśle, która uniemożliwia mi przeżycie esencji prawdy. W ośrodku odosobnieniowym w Laczi znajduje się również szkoła, w której dzieci uczą się czytać. Dla małych mnichów i mniszek obserwowanie „białych diabłów” jest bardzo kuszące, tak samo jak kosztowanie słodyczy, które przywieźli z miasta. Pewnego dnia dokonujemy niesamowitego odkrycia – pewien chłopiec zupełnie mimochodem opowiada o siedmiorgu dzieci Lamy! Oczywiście pytaliśmy wcześniej o czasy, zanim Tsultrim Tarczin stał się „profesjonalnym praktykującym”, ale zarówno jego brat jak i siostra wprost nas okłamali, mówiąc, że nigdy nie posiadał rodziny. Dla nas jego wcześniejsze życie daje kolejny dowód jego właściwości. Doświadczył piękna i dramatu miłości, dumy i ciężaru ojcostwa, małych wzlotów i upadków codzienności, a więc zgromadził mnóstwo doświadczenia życiowego, które pozwala mu pomagać tym, którzy proszą go o radę. Wiemy jednak, że Tybetańczycy często uważają człowieka za mniej świętego, jeżeli nie spędził całego życia w celibacie.Pod koniec naszego pobytu gęsto pada śnieg. Kiedy wchodzimy na górę, żeby pożegnać się z Repą, zapadamy się po kolana. Wiemy, że pewnego dnia tu wrócimy, żeby ponownie się spotkać z naszym nauczycielem…

Derge 1.11.2008

Derge było kiedyś królestwem, które wiele wniosło do rozwoju kultury w Tybecie Wschodnim i ta atmosfera jest ciągle żywa. To miasto jest bardziej cywilizowane niż inne miejsca w Kham. Mieszkańcy nie ukrywają dumy ze swojej kultury. Czuć tu przejrzystość i godność, zwłaszcza starsi panowie wyglądają wspaniale w swoich jasnobrązowych „czubach” i filcowych kapeluszach. Ponieważ mieszkańcy Derge rzadko potrafią się powstrzymać od protestów w sprawie swej autonomii, miasto stale znajduje się pod kontrolą chińskiej policji. W tym roku, po zamieszkach przed igrzyskami olimpijskimi, rząd zamknął dla turystów to zapomniane przez Mao miasto i umieścił tu spory oddział wojska ludowego. Drukarnia jest dla szlachty i mieszkańców Derge głównym punktem spotkań i namiastką słynnego, lhasańskiego dżokhangu. Odwiedzamy ją po raz drugi. Jako typowy mól książkowy znowu zachwycam się wszystkimi naukami, które były tam drukowane i przechowywane. Starożytne tomiska mrugają do mnie niczym starzy przyjaciele, podczas gdy przeglądam cały magazyn w poszukiwaniu tekstów rzezanych w drewnie. W tym roku mam szczególne życzenie: Obyśmy przenieśli wszystkie te mądrości na Zachód i urzeczywistnili je dla dobra wszystkich.

Kolejnym zabytkiem Derge, o którym warto wspomnieć, jest świątynia Wyzwolicielki. Ten mały, stary budynek miał zostać wzniesiony i ozdobiony przez samego Tangtonga Gjalpo, nazywanego również Leonardem da Vinci z Tybetu. Żył w średniowieczu i słynął ze sztuki, kompozycji, konstrukcji technicznych, założenia opery tybetańskiej i oczywiście ze swojego urzeczywistnienia. Drodzy czytelnicy, tacy wśród was, którzy pamiętają jeszcze czasy pudż w ośrodkach, docenią fakt, że Tangtong Gjalpo jest autorem głównej części przywołania Kochających Oczu, które stosujemy w Diamentowej Drodze. Świątynia jest ciemna i zimna – jak wszystkie pomieszczenia w Tybecie. Jednak znajdują się w niej piękne obrazy Wyzwolicielki oraz doskonałe freski, łącznie z autoportretem samego jogina. Atmosfera tego miejsca robi największe wrażenie. Podczas rewolucji kulturalnej, mieszkańcom udało się ocalić bezcenną świątynię, przekształcając ją w stodołę i stajnię. Obecnie mnisi z pobliskiego klasztoru Sakjapów korzystają ze świątyni przy codziennych przywołaniach Tary. Po wejściu do środka czuję, jak całe wnętrze wibruje energią, a ściany wydają się oddychać łagodnym, ale pełnym mocy błogosławieństwem „zwinnej bohaterki”. W tym miejscu nie można nie pomyśleć o Hannah, o jej miłości, sile i pięknie – podczas, gdy lamowie śpiewają, dzwonią dzwoneczkami i rozdają ludziom pobłogosławione zioła.

Derge 11.11.2008

Wyruszamy w kierunku regionu Dzongsar w pobliżu Derge, aby doświadczyć sławnego klasztoru Sakjapów i przede wszystkim zwiedzić Jaskinię Lotosowego Kryształu (tyb. Pema Szielpuk), która jest najważniejszym z 25 miejsc mocy Guru Rinpocze w Kham. Podczas ruchu Rime w XIX wieku, Dzongsar stało się ważnym ośrodkiem wymiany i współpracy między wieloma wysokimi nauczycielami, którzy chcieli ocalić nauki wszystkich tradycji buddyjskich przed wyginięciem i sprawić, by były ciągle żywe. Czientse Łangpo I był jednym z ojców ruchu Rime. Zarządzał klasztorem Dzongsar, a jego obecność przyciągała innych mistrzów – między innymi naszego Dziamgona Kongtrula Lodro Taje, wielkiego tertona Czogjura Lingpę (znanego również jako Czokling), pierwszego Mipama Rinpocze, XIV Karmapę i wiele innych osobistości. Od tego czasu Dzongsar jest miejscem spotkań wybitnych nauczycieli Tybetu. XV i XVI Karmapa odbyli w tym miejscu ceremonię Czarnej Korony, a Dilgo Czientse Rinpocze spotkał się tu z Dzongsarem Czientse Czoki Lodro, by naradzić się w sprawie nowoodkrytego skarbu Guru Rinpocze. Krótko mówiąc – historia klasztoru robi wrażenie.

Doszłam do wniosku, że cały przekaz, który przetrwał dziś w Tybecie, można sprowadzić do dwóch nauczycieli: Karma Norbu, o którym już pisałam i Dzongsara Czientse Czoki Lodro. Wszyscy jogini, których spotkaliśmy w tym lub w zeszłym roku w Kham oraz ci, po których pozostały jedynie relikwie, uznawali tych dwóch mistrzów jako swoich głównych lamów. Nadszedł dzień naszej wyprawy do Jaskini Lotosowego Kryształu. Wypożyczamy dwa konie i wyruszamy w drogę pod górę, mijamy ośnieżone lasy i zamarznięte potoki, nad którymi wiszą lśniące sople. Guru Rinpocze zapewniał, że góra Pema Szelpuk emanuje wielkim błogosławieństwem, większym nawet niż Kailasz. Po trzech godzinach trekingu osiągamy szczyt. Od zeszłego roku niewiele się zmieniło, może za wyjątkiem powstania nowej chatki odosobnieniowej – druga jaskinia, w której mieszkaliśmy w zeszłym roku przesiąkła wilgocią i nie da się już w niej mieszkać. Ponownie spotykamy przyjaznego dozorcę i mnicha o silnej woli, który się tu osiedlił. Jemy z nimi obiad – (tak, tsampę i zupkę chińską, jak zawsze). Po krótkiej „kora” (rytualne obejście) i jeszcze krótszej medytacji w jaskini głównej, nadchodzi czas powrotu. Na wysokości 4600 metrów n.p.m. śnieg powoli zaczyna zasypywać nam drogi powrotne.

Czengdu 14.12.08

Nadchodzi czas pożegnania z Azją i wyciągnięcia wniosków z naszych przeżyć, zwłaszcza ze spotkania z joginem Tsultrimem Tarczinem. Styl życia Milarepy – jego odporność na trudne warunki i jego jednoupunktowione dążenie do osiągnięcia oświecenia głęboko inspiruje Tybetańczyków. U nas na Zachodzie jest trochę inaczej. To nie skrajny styl życia Milarepy jest naszą główną inspiracją, zwłaszcza że buddyzm dopiero zaczął docierać do naszych krajów. Chcemy udostępnić wyzwalające nauki jak największej liczbie niezależnych i krytycznych ludzi – w tym celu wzorujemy się na Marpie, nauczycielu Milarepy. Marpa „żył w świecie, nie będąc z tego świata” i również osiągnął oświecenie podczas jednego życia. Nasze pełne mocy ośrodki Diamentowej Drogi podążają za jego przykładem i wszyscy nasi nauczyciele cieszą się z naszego rozwoju. Tybet i Zachód – to dwa efektywne, ale różne style praktyki odpowiadające dwóm różnym mentalnościom. Ostatecznie są one jednak jak para nóg, zmierzająca do tego samego celu, który wykracza poza wszystkie kulturowe uwarunkowania.

Opracowanie: Marta Przysiężniak

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

 | PODOBNE ARTYKUŁY: