DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 46 -> Moja siłą napędową są przyjaciele

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Moja siłą napędową są przyjaciele

Wywiad z Lamą Ole
_________

Wywiad został przeprowadzony podczas „Szalonego Wieczoru” przez Mirę Starobrzańską i Wojtka Tracewskiego, w towarzystwie wielu przyjaciół, podczas kursu VIII Karmapy w Ośrodku Europejskim we wrześniu 2009.


Jak zacząłeś swoją pracę i co motywowało Cię do praktyki?

Lama Ole: Po wyjściu z armii w 1960 roku zacząłem studiować filozofię na Uniwersytecie Kopenhaskim. Byłem wtedy pod wielkim wrażeniem wolnego myślenia, choć jednocześnie zauważałem jego ograniczenia. Zachodnie podejście „to albo tamto” nie pozostawia bowiem przestrzeni na rozwój, na nieograniczone możliwości. Wtedy to zainteresowałem się filozofiami Wschodu. Z buddyzmem zetknąłem się po raz pierwszy w 1958 roku w Connecticut w USA, gdzie przebywałem na wymianie studenckiej. Zaimponowała mi wtedy logika nauk buddyjskich, choć samo źródło – buddyzm terawady – wydawało mi się zbyt chłodne; myślenie tylko o sobie nie przekonywało mnie. Po ukończeniu szkoły średniej wróciłem do domu w północnej części Kopenhagi. Były to czasy intelektualistów i jedynymi, którzy wtedy nie pisali książek byli nauczyciele WF-u. Przyłączyłem się wówczas do „generacji hipisów”. Po raz pierwszy raz zapaliłem haszysz około 1960 roku – mój przyjaciel Christian wrócił właśnie z Maroka i przywiózł świetny towar. Tak się to właśnie zaczęło. Następnie przyszedł czas na psychodeliki – kursowaliśmy między Wschodem a Zachodem zawsze przywożąc cenne „prezenty” dla przyjaciół. Byłem wtedy pod wrażeniem substancji zmieniających świadomość i planowałem napisać doktorat o twórczości Aldousa Huxleya. O wszystkim tym możecie przeczytać szerzej w mojej książce „Buddowie dachu świata”.
Dopiero w 1964 roku zacząłem spotykać się z Hannah, choć znaliśmy się od dzieciństwa. Początkowo napotkałem na pewne trudności – Hannah spotykała się z kimś innym – ale szybko się to zmieniło. Wszystko to było bardzo romantyczne. Spędziliśmy wspaniałą noc, której Hannah nigdy nie zapomniała... Od tego momentu eksperymentowaliśmy razem: amfetamina w Hiszpanii, marihuana w Maroku, itd. W czasie przerw pomiędzy wyjazdami wraz z Bjornem, moim bratem, wgniataliśmy rynny czołami, składając na nich tak zwany „duński pocałunek”, odwracaliśmy znaki drogowe do góry nogami oraz, od czasu do czasu, wszczynaliśmy bójki. Bjorn był niższy ode mnie, więc jego zadaniem było prowokowanie facetów w barach. Kiedy ci już wstawali, ja wchodziłem ze słowami: „To mój brat!” i chwilę potem wszyscy wylatywali przez drzwi i okna na zewnątrz.
Gdzieś około 1966 roku pojechaliśmy znowu z Hannah i Bjornem na Wschód, choć jej rodzice wyraźnie powiedzieli: „Tylko nie z nim!”. Gdzieś w Turcji rozdzieliliśmy się, Hannah i ja pojechaliśmy do Afganistanu, a Bjorn udał się na Bliski Wschód – do Syrii i dalej. Wtedy było to jeszcze możliwe, zanim wszyscy tam zupełnie powariowali. W końcu dotarliśmy do Kabulu, gdzie paraliśmy się różnymi zajęciami. Ktoś zaproponował nam przewóz broni do Indii, ale mnie się ten pomysł nie spodobał – nie trudno było zrozumieć, że najprawdopodobniej zostanie użyta do zabijania, więc odmówiliśmy. Wreszcie postanowiliśmy wracać.
W 1967 roku zachorowaliśmy na zapalenie wątroby. W tym czasie zaczęliśmy myśleć: „Co my właściwie bierzemy? Wszyscy nasi przyjaciele odchodzą od zmysłów, więc może nie jest to takie dobre?”. Ciągle jednak byliśmy lojalni wobec niektórych narkotyków, czytaliśmy Leary’ego, Huxleya i innych, którzy przekonywali, że odmienne stany świadomości osiągane dzięki używkom uczynią nas w pełni wartościowymi ludzkimi istotami.
Zimą 1968 roku ponownie wybraliśmy się na Wschód, tym razem do Nepalu, lecz wciąż nic się jeszcze nie wydarzało. Latem tego samego roku pojechaliśmy tam znowu i wtedy po raz pierwszy spotkaliśmy Lobpyna Tseczu Rinpocze, który powalił nas na kolana. Siedzieliśmy naprzeciw niego, a on stał się nagle przezroczysty, tak że mogłem zobaczyć wzór na tapecie za nim. Nie byliśmy wtedy pod wpływem żadnych narkotyków. To naprawdę robiło wrażenie. Rok później spotkaliśmy Karmapę i to było po prostu niesamowite... Totalnie nas poruszył. Zostaliśmy z nim w Himalajach przez kolejne trzy lata, do 1972 roku. Gdy wreszcie przyszliśmy się z nim pożegnać, postanowiliśmy przestać brać narkotyki. Zrobiłem później tylko jeden wyjątek – było to w amazońskiej dżungli, na południowym krańcu Wenezueli, niedaleko brzegów Orinoko. Tamtejszy szaman zaproponował mi spróbowanie czegoś, co nazywał „dżodszo”. Po zrobieniu mo okazało się, że efekt będzie neutralny, jeśli tego nie wezmę, i bardzo pozytywny, jeśli to zrobię – przyjąłem więc zaproszenie. „Dżodszo” nie było jednak niczym specjalnym – przestrzeń wypełniła się po prostu twarzami i energiami.
Gdy wróciliśmy do Danii po czasie spędzonym z Karmapą w Himalajach, wszyscy nasi przyjaciele doszli do tego samego wniosku, co my – że narkotyki niszczą ludzi. Nadzieje, które w nich pokładaliśmy – że doprowadzą nas do stanu trwałej świadomości – zawiodły. Większość naszych przyjaciół była wrakami. Z grona pięćdziesięciu osób, z którymi zaczęliśmy szukać absolutnych rezultatów przy pomocy narkotyków w połowie lat 60. tylko czwórka jeszcze żyje: dwoje z nich jest profesorami, a trzecia osoba – pewna dama – jest wyraźnie niestabilna emocjonalnie. Tyle pozostało z naszego pokolenia...
Po powrocie ze Wschodu stwierdziliśmy, że choć Duńczycy są przyjaźnie nastawieni do buddyzmu, nie są nim jednak szczególnie zainteresowani. Najwyraźniej jako naród nie jesteśmy zbyt uduchowieni – myślimy, że bogowie to przestępcy, a religie są po prostu śmieszne. Tak czy inaczej zmobilizowaliśmy się z garstką oczekujących nas przyjaciół i wzięliśmy udział w zorganizowanej w centrum Kopenhagi wielkiej imprezie o nazwie „Wewnętrzy Wszechświat”. Wkrótce potem postanowiliśmy założyć pierwszą grupę medytacyjną, na potrzeby której wynajęliśmy suterenę pod jednym z kopenhaskich teatrów. Wtedy pojawiło się również zainteresowanie dharmą w Norwegii i Szwecji. Z Norwegią, jako że była kiedyś duńską kolonią, mieliśmy więcej związków – Szwedzi byli bardziej oporni. Niedługo potem powstał też ośrodek w Rødby, na południu Danii. Kiedy w 1973 roku Europę odwiedził Kalu Rinpocze, obwieźliśmy go po wszystkich stworzonych przez nas miejscach. Po jego wizycie nastąpił ogólny wzrost zainteresowania buddyzmem, ale jednocześnie zniknęły prawie wszystkie ośrodki, ponieważ nie miał ich kto prowadzić. Potem przyjechał Karmapa i to był naprawdę niezwykły czas. Wiele się wtedy nauczyliśmy i zabraliśmy go w wiele miejsc. Wzięliśmy też udział w ceremonii Czarnej Korony.
Karmapa był szczególnie zainteresowany Niemcami. W tamtych czasach, z powodu istnienia „żelaznej kurtyny”, nie mogliśmy niestety przyjeżdżać do Polski oraz innych krajów Europy Środkowej. Później odwiedzaliśmy Karmapę z Hannah co roku na Wschodzie. On sam powrócił do Europy jeszcze dwukrotnie, w 1976 i 1980 roku. W tym samym roku byliśmy z nim w Stanach. Po śmierci Karmapy w 1981 zaczęła się ciężka praca – teraz to my byliśmy za wszystko odpowiedzialni: zaczęliśmy przekazywać dalej jego inicjacje i na wszelkie inne sposoby rozprzestrzeniać jego pole mocy. Oczekuję również, że po mojej śmierci i wy dostaniecie porządny zastrzyk energii i będziecie kontynuować moją pracę. To będzie wasza odpowiedzialność.

A co teraz jest dla Ciebie siłą napędową?

Lama Ole: Moją siłą napędową są przyjaciele. Kiedy się rozglądam dookoła, widzę szczęśliwych, dobrze funcjonujących ludzi i to robi wrażenie... Oczywiście bardzo inspirują mnie kobiety, ich energia, to że dobrze sobie radzą w życiu, ale cieszę się również bardzo wtedy, gdy coś udaje się mężczyznom. Kobiety były zawsze dla mnie bardzo szczodre, więc w naturalny sposób lgnę bardziej do nich. I tak przy okazji: nie wiem czy wiecie, że jeśli kiedyś Tybetańczycy przestaną nam dostarczać tematów do skandali, które zawsze były tak istotne dla naszego rozwoju, postanowiliśmy z Tomkiem ujawnić się jako transwestyci (śmiech). Już zaczęliśmy ustalać, który z nas będzie brzydszy. Ja uważam, że to będzie Tomek, ponieważ moją stylistką będzie Zsuzsa.
Ale teraz mówiąc poważnie: prawdziwy, szeroko pojęty ludzki rozwój inspiruje mnie niezmiernie. Najszczęśliwszy jestem wtedy, kiedy udaje mi się pokazać ludziom, że ich umysł jest przejrzystym światłem, niezniszczalnym i nieśmiertelnym – że naturalnym stanem ludzkiego umysłu jest szczęście.

Jak utrzymywać motywację do praktyki, gdy życie coraz bardziej się komplikuje, a samsara staje się nieznośna?

Lama Ole: Wynająłbym mieszkanie z widokiem na cmentarz i spoglądając przez okno myślałbym, że nie
byłem w stanie pomóc żadnemu z pochowanych tam ludzi. Później pomyślałbym: „Może powinienem nauczyć się czegoś, by być w stanie pomóc następnym”.

Dlaczego wielu z nas ma trudności z ukończeniem nyndro?

Lama Ole: Głównie dlatego, że nie wiecie kto jest waszym rdzennym lamą. Macie Karmapę, mnie, Lobpyna Tseczu Rinpocze i innych nauczycieli. Powinniście zrozumieć, że wszyscy lamowie mają tę samą esencję – wszystko pochodzi z tego samego przekazu i równie dobrze moglibyście medytować na Dzierżącego Diament, który jest esencją każdego z nauczycieli. W Diamentowej Drodze każda forma i każdy lama są częścią jednej całości. Jeśli myślicie, że ten czy tamten lama do was nie trafia, wybieracie innego. Moim głównym lamą był XVI Karmapa i na zawsze nim pozostał, pomimo tego, że spotkałem wielu innych wielkich mistrzów. Więc jeśli niektórzy z was mają „monolamistyczną” tendencję, doskonale to rozumiem.

Dlaczego sanga jest tak ważna?

Lama Ole: Sanga jest ważna, ponieważ stanowi zwierciadło dla naszego umysłu. To przyjaciele, z którymi dzielimy pewne bardzo głębokie poglądy, dlatego utrzymywanie z nimi więzi jest istotne. A dlaczego wspólna medytacja jest tak ważna? Dlatego, że w tym właśnie momencie zachodzi wielka wymiana pomiędzy naszymi falami alfa i omega – wypływa na powierzchnię mnóstwo informacji. W ten właśnie sposób uczymy się od siebie nawzajem. W tym właśnie miejscu i czasie zachodzi żywiołowa wymiana: absorbujemy wiedzę oraz dzielimy się nią. Kiedykolwiek nasze fale mózgowe spotykają się i przenikają, uczymy się niezmiernie dużo po prostu przez przebywanie z innymi. Kiedy jesteśmy wśród ludzi, natychmiast mamy tysiąc par oczu i uszu. I choć jest tyle rzeczy, których jeszcze nie doświadczyliśmy, jeśli istnieje otwartość po obu stronach, możemy czerpać z doświadczeń innych. Również oni mogą uczyć się od nas i wszyscy w tej sytuacji korzystają. Prócz tego, będąc z sangą mamy wrażenie poszerzonej rodziny – właśnie to pozwoliło pierwszym ludziom przetrwać. Żyli oni w dużych grupach i byli przyjaciólmi. Mężczyźni polowali na mamuta razem, część z nich jednak nie wracała. Ci, którym udało się przeżyć, mieli dzieci z kobietami, które ich pociągały i sytuacja się powtarzała.
Chociaż czasy bardzo się zmieniły i mamy teraz nowoczesną broń, z której można trafić w butelkę z odległości czterech kilometrów, wciąż jednak najlepiej jest przebywać z ludźmi, którzy utrzymują podobny pogląd, mają głębokie uczucia, sądzą, że istnieje coś trwałego i ostatecznego. Jest to cel, dla którego warto żyć, a może nawet i umrzeć. Naprawdę znajdujemy się w doborowym towarzystwie...

Jakie rezultaty może przynieść praca dla dharmy, a jakie medytacja? Czy istnieje tu jakaś zasadnicza różnica?

Lama Ole: Praca dla dharmy przynosi głównie rezultat zwany „soenam de tsog”, czyli nagromadzenie dobrych wrażeń, czy też zasługi. Medytacja natomiast ma celu rozwinięcie „jeszie de tsog” – wglądu. Rzecz jednak w tym, że bez dobrych wrażeń nie można rozwinąć wglądu. Można to porównać do szklanki mętnej wody: jeśli się nią bez końca potrząsa, woda nigdy nie stanie się klarowna. Jeśli wypełnimy umysł tyloma dobrymi wrażeniami, że będziemy mogli poczuć się w nim jak w domu, pojawi się mądrość. Wyższy wgląd i oświecenie osiąga się również dzięki pożytecznym działaniom. Są one częścią jednego procesu i potrzebujemy ich obu. Czapki z głów przed tymi z was, którzy wykonują te wszystkie pożyteczne działania w czasie kursów – budują, stawiają namioty na wykłady, pracują w kuchni, itd. Często nie macie nawet czasu, żeby usiąść na chwilę w namiocie medytacyjnym. Jednocześnie budujecie podwaliny dla naszego wzrostu. To jest bardzo ważne.

Jakie jest miejsce formalnej medytacji w naszej praktyce?

Lama Ole: Prawdopodobnie nie przyjdzie nam umrzeć w formalnej sytuacji, wydarzy się to raczej w działaniu lub w momencie doświadczania silnych emocji. A to oznacza, że musimy poznać swój umysł i być w stanie utrzymać go stabilnym, cokolwiek by się nie wydarzało. I jeśli naprawdę chcemy się tego nauczyć, ćwiczenie silnej koncentracji jest niezbędne. W dawnym Tybecie, ludzie którzy robili trzydziestoletnie odosobnienia, tak naprawdę tylko pięć lat poświęcali medytacji – resztę zajmowała im nauka. Wszystkiego co zgłębiali – filozofii, psychologii, języków – my nauczyliśmy się w szkołach, a wszystko czego my nauczyliśmy się od naszego otwartego społeczeństwa, oni poznali na odosobnieniach. Oprócz tego musieli zatroszczyć się o własne przetrwanie. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile czasu to zajmuje w Azji. Kiedy byliśmy tam z Hannah inni robili wszystko za nas: biegali na dół, załatwiali różne sprawy, wbiegali znowu na górę i tak dalej. Mimo tego byliśmy w stanie medytować jedynie po sześć, siedem godzin dziennie, choć byliśmy aktywni dwanaście czy czternaście. Po prostu wszystkie czynności zabierały tyle czasu. Niestety nie można nikogo oświecić. Każdy musi przejść przez ten długi proces samodzielnie. Róbcie formalną medytację kiedy tylko możecie, ale pamiętajcie, że głowną rzecza w buddyzmie jest nieprzerwana medytacja, kiedy to uczucie i doświadczenie trwają również poza formalną medytacją, kiedy różnica pomiędzy medytacją i nie-medytacją jest możliwie najmniejsza. Przenosimy się wtedy do Czystej Krainy, wszystko jest doskonałe, piękne i pełne znaczenia. Wtedy zaczynamy skutecznie i właściwie działać – z pożytkiem dla innych i dla samego siebie.

Czasami mówisz, że najszybszą metodą nagromadzenia dobrych wrażeń jest spoczęcie w naturze umysłu...

Lama Ole: Tak, ale jesteśmy w stanie to osiągnąć jedynie przez nagromadzenie dobrych wrażeń – nie można ot tak „wskoczyć” po prostu na ten poziom. Musimy wykonać wiele pożytecznych działań, aby udało nam się doświadczyć naturę umysłu. Nie jest to łatwe.

Jak motywować się nawzajem do praktyki w związku?

Lama Ole: Jest to zadanie kobiety, mężczyźni bowiem są zazwyczaj bardziej zainteresowani światem i kobietami. Jeśli rodzina funkcjonuje dobrze, a kobieta ma już najmodniejsze ubrania, w naturalny sposób pragnie zajrzeć do własnego wnętrza. Kobiety są bardziej dojrzałe pod wieloma względami. Mężczyzna mówi: „Może by tak w coś zainwestować, później zrobić to czy tamto, kupić trochę tego czy owego” i w ten sposób żyje ciągle w przyszłości i potencjalnych możliwościach. Kobiety natomiast wolą czynić rzeczy trwałymi. Więc kiedy już jako mężczyźni zrozumiemy, że z powodu przemijalności rzeczywiście nie będziemy w stanie niczego zatrzymać na zawsze, będziemy musieli pogodzić się z tym, że kobiety są zazwyczaj dojrzalsze i skorzystać z ich inspiracji. Można często usłyszeć, jak kobieta mówi: „Medytuj, wykorzystuj swój czas mądrze”, itd. Istnieje również zasadnicza różnica we wrażliwości pomiędzy płciami. Jeśli coś w związku nie funkncjonuje, on wypije po prostu jedno piwo więcej i zapomni o sprawie, ale ona ma czas jedynie pomiędzy dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia, by założyć rodzinę i osiągnąć to, co chce, zanim zostanie babcią koło pięćdziesiątki. To oznacza, że dołoży wszelkich starań, żeby rzeczy się wydarzały i były kompletne. Dlatego właśnie, z uwagi na ten instynkt, powinniśmy słuchać kobiet. Jeśli w związku nic się nie wydarza, kobiety po prostu stają się nerwowe. Zadanie mężczyzn polega na tym, żeby kobiety nie czuły się pozostawione same sobie z problemami, ale by naprawdę miały poczucie tego, że robią się nie tylko coraz starsze, ale także coraz mądrzejsze.

Powinniśmy tylko wykorzystywać inspirację płynącą od nich? Czy też może również je inspirować?

Lama Ole: Tak, ale musimy również współpracować z nimi. Jeśli twoja dziewczyna chce medytować o dziewiątej rano, a ty masz ochotę zdrzemnąć się jeszcze godzinkę, bo już się przecież kochaliście, więc nie ma właściwie nic do roboty, pozwól jej zadecydować o tym, jak wspólnie wykorzystacie ten czas. W przeciwnym przypadku twoja partnerka będzie nieszczęśliwa z powodu braku rozwoju, nawet jeśli ty sam nie masz z tym żadnego problemu myśląc: „OK, w przyszłym roku kupię nowy motor i wszystko jakoś się ułoży”.

Myślisz, że kobiety lubią działanie?

Lama Ole: Kobiety lubią rozwój. Nawet jeśli nic się nie wydarza na zewnętrznym poziomie, są zwykle nadal zadowolone, ale musi zachodzić jakiś wewnętrzny postęp – w przeciwnym razie będą rozczarowane. Jeśli wszystko jest takie samo rok w rok: Monte Carlo na Boże Narodzenie i letnie wakacje na Lazurowym Wybrzeżu, dorastające dzieci wpadające w tarapaty z policją i wychodzące z nich itd. – jeśli tylko to dzieje się w ich życiu, nie będą szczęśliwe. Powinniśmy słuchać kobiet, są one prawdziwymi dakiniami i mogą nas naprawdę inspirować. W niektórych przypadkach istnieje równowaga, tak jak było między mną a Hannah – ona ciągnęła bardziej do środka, a ja bardziej na zewnątrz. Właściwie Karmapa był nieco bardziej po mojej stronie. Hannah kilkakrotnie pytała go, czy powinniśmy robić długie odosobnienia, lecz on wciąż odpowiadał: „Kto będzie zakładał ośrodki w moim imieniu, jeśli udacie się na odosobnienie?”. Raz nawet dodał: „Jeśli zrobicie to, o co was proszę, obiecuję, że wasz rozwój będzie taki sam, jakbyście odbyli długie, samotne odosobnienie. I będziecie się również dobrze bawić”. Odpowiedziałem wtedy: „OK, wchodzę w to!”.
Kobietom trochę trudniej jest uwierzyć, że można być po prostu szczęśliwym bez żadnych problemów... Prawdopodobnie jednak są one lepszymi istotami niż my, bo mają wyższe cele. Mężczyźni natomiast są szczęśliwsi. Dlaczego? Bo kobiety pamiętają, a oni nie – to podstawowa, czysta psychologia. Kobiety myślą czasem: „Aha! W zeszłym tygodniu dostałam od niego trzy róże, a w tym już tylko dwie...” Chyba, że są wysoko zrealizowanymi dakiniami – te po prostu pragną szczęścia dla wszystkich. Mężczyźni powinni myśleć: „Naprawdę chcę uszczęśliwić swoją partnerkę”, kobiety zaś: „Uczynię tego młodego księcia królem – dam mu wszelkie szczęście”. Dość interesujące jest to, o co jesteśmy zazdrośni. Mężczyźni są zazdrośni o aspekt fizyczny. Dziewczyna może mieć cały pokój wytapetowany zdjęciami Brada Pitta, i jej partner będzie tylko z tego drwić, ale jeśli zechce się ona z kimś umówić, wyraźnie mu się to nie spodoba. Kobiety doświadczają zazdrości inaczej. Myślą: „Mężczyźni wciąż się za kimś uganiają, więc nie ma to znaczenia, ale jakby mój partner się w kimś zakochał...”. Tak więc kobiety są zazdrosne o umysł mężczyzny, a męśczyżni o ciało kobiety. Z grubsza tak to wygląda. Nie wiem, co jest lepsze...
Do zbudowania solidnego związku nie wystarczy, by on przynosił pieniądze, a ona smażyła naleśniki według przepisu jego matki... Do tego potrzebne jest coś więcej, coś co wykracza poza zwyczajność. Najlepszą rzeczą, którą możemy dziś robić, jest zakładanie ośrodków. Naprawdę uważam, że nie ma nic, co mogłoby znaleźć się wyżej na liście priorytetów. Nie ma nic bardziej idealistycznego, bardziej użytecznego i cenniejszego, nic co wymagałoby większego nakładu pracy. Żadna inna aktywność nie jest też równie niewdzięczna, więc jeśli mimo wszystko to robicie, jest to wspaniałe. Wielkie dzięki, zdrowie nas wszystkich!
Macie co pić tam w rogu?

Mamy wodę.

Lama Ole: Wiecie, o czym donoszą ostatnie badania naukowe? Od picia wody można zardzewieć...

Jak można uniknąć stawania się teoretykiem? Myślenia: „Przeczytałem, więc wiem…”?

Lama Ole: Doskonałe pytanie... To typowo męska słabostka. Myślę, że tchórzostwem jest sądzić, że naprawdę wiesz coś dlatego, że masz na ten temat jakieś idee, chociaż tego nigdy nie doświadczyłeś. To jest jak dyskusja o miłości z osobą, która nigdy nie była zakochana. Ludzie nie powinni się zabierać głosu w sprawach, w których nie mają własnego doświadczenia. Powinniśmy sprawiać, żeby zrozumieli, że życie odbywa się tu i teraz, że jest pełne i kompletne, że nie można tak po prostu intelektualizować o nim...
Najwspanialszą spośród kobiet jest ta, która miała najwięcej kochanków i dzieci, ponieważ jest doświadczona i wpływowa, wśród mężczyzn zaś ten, który na więcej razy spojrzał śmierci w oczy, doświadczył najwięcej razy najmocniejszych i najniebezpieczniejszych sytuacji, odnosi sukcesy, skakał ze spadochronem, walczył na ringu. Kobiety myślą o takim mężczyźnie: „Mogę mu zaufać, spróbował wszystkiego, co niezbędne, by mnie ochronić i wciąż tu jest”. Sądzę, że kobiety oceniają mężczyzn na podstawie ich umiejętności dawania ochrony. Znawcy tematu uważają, że zdolność do zarabiania pieniędzy i jakość zębów potwierdzają, czy dany mężczyzna może być dobrym ojcem. Geny są zatem ważne.
Myślę jednak, że dla kobiety najważniejsza jest odpowiedź na pytanie: „Czy on będzie przy mnie, gdy będę w potrzebie?”. Myślę, że głównie o to chodzi. No i miejmy nadzieję, że będzie... Bardzo inspirujące jest też, gdy męśczyna ma szeroki światopogląd. Na przykład jeśli odważy się stanąć w obronie słusznej sprawy, wiedząc, że ktoś może podłożyć bombę pod jego samochód; albo powiedzieć coś niepopularnego, choć wszyscy i tak dawno już to wiedzą, ale nie chcą dopuścić do siebie tej świadomości. Taka postawa imponuje zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Jestem pewien, że kobiety lubią patrzeć, jak mężczyźni wychodzą ponad przeciętny poziom zrozumienia i wiedzy oraz podejmują ryzyko z powodu idealizmu. Czy kobiety się ze mną zgodzą?

Jak na dłużej zatrzymać inspirację, której doświadczamy w czasie kursów?

Lama Ole: Starajcie się podtrzymywać zrozumienie, że jesteśmy w Czystej Krainie. Identyfikujcie się z oświeceniem tak często, jak tylko możecie. Na dłużej lub krócej stapiajcie się z buddami w jednoczącej wszystko przestrzeni. Częste i krótkie medytacje są o wiele lepsze od długich robionych rzadko. W tym drugim przypadku może się bowiem zdarzyć, że dokarmiamy własne ego – w końcu powie ono: „Spójrz na mnie, medytowałem naprawdę długo.” Medytujemy na XVI Karmapę, przyjmujemy trzy światła, łączymy się z przestrzenią i wychodzimy z medytacji – wszystko jest Czystą Krainą, każda istota jest buddą, wszystko jest jednością i ten stan staramy się utrzymywać. To jest niesamowite, tym właśnie jesteśmy. Serie krótkich medytacji to najlepsza metoda.

Jeśli starzy przyjaciele coraz rzadziej przychodzą do ośrodka, czy powinniśmy ich zapraszać, czy raczej zostawić ich w „samsarycznym spokoju”?

Lama Ole: To jest tak zwane pytanie naprowadzające. Myślę, że ludzie mają mniej czasu kiedy pojawia się trzecie dziecko i trzeci etat. Wtedy „kadzimy” im przyjaźnie i powtarzamy za Niemcami: „Teraz jesteście Alte Herren (starszyzną – przyp. tłum.), naszymi reprezentantami w społeczeństwie, pomagającymi nam w uwarunkowanym świecie”.
Informujemy ich nadal o wszystkich naszych działaniach, pozwalamy głosować, dziękujemy za jakąkolwiek pomoc i dalej uważamy za członków rodziny. Postrzegajcie ich jako pionierów aktywności, którą kontynuujecie. W ostatnim długim liście noworocznym napisałem, że możemy się rozwijać jedynie przez wdzięczność. Nie możemy sobie pozwolić na postawę: „Popełniłeś błąd, wydałeś nierozsądnie wspólne pieniądze, więc wypadasz z gry”. Nie możemy po prostu tak robić, bo stracimy ludzi, i to w złym stylu. Potrzebujemy każdego i każdy potrzebuje nas, więc takie sprawy musimy zawsze załatwiać w dobry i delikatny sposób. Kiedy nasi przyjaciele stają się zbyt starzy, by wykonywać pewne prace, na ich miejsce pojawią się nowi, świeży i chcący wziąć na siebie odpowiedzialność. Większość ludzi w okolicy czterdziestki czy pięćdziesiątki mówi: „Zrobiłem już swoje, teraz mój syn przejmie obowiązki”. A kiedy dobiegają sześćdziesiątki, młodzi zaczynają o nich myśleć, że są wyłącznie reliktami przeszłości. W takim przypadku zawsze mówię: „Ci ludzie poświęcili dwadzieścia lat swojego życia buddyzmowi. Zrobili to, byśmy mogli sięgnąć poziomu, na którym teraz jesteśmy. Jeśli po prostu ich wyrzucimy, mówiąc im, że są śmieszni, brzydcy, sztywni, grubi i starzy, wyrzucimy w ten sposób najlepszą rzecz, jaką mamy, i utracimy przekaz”. Przekaz może się wydarzyć jedynie przez przyjaźń. Jeśli ktoś odkrywa, że robi się trochę za stary do pewnych zadań i martwi się myśląc: „Moja rodzina, moja żona, moje trzecie dziecko i trzeci etat, wszystko to zdominowało moje życie”, może wybrać spośród młodych ludzi kogoś, komu ufa i nauczyć go, jak wykonywać daną pracę. W ten sposób wiedza, przyjaźń i kontakty przetrwają. Później obaj udają się do urzędu i ten starszy mówi: „To są ludzie, którzy nam pomagają, dają nam wolność i rzeczy, których potrzebujemy. To natomiast jest mój przyjaciel – możecie mu ufać, tak jak ufaliście mnie”. Powinniśmy dbać o przekaz, gdziekolwiek się nie przejawia. To jest droga do zachowania prawdziwej przejrzystości. Jest on niezbędny, ponieważ czerpiemy z niego, jak drzewo czerpie z podłoża – jeśli korzenie są przegniłe, nie będzie owoców. Musimy się upewnić, że cokolwiek robimy, to zrozumienie będzie zawsze żywe. Powinniśmy ufać innym, a oni nam, powinniśmy czuć, że wydarza się to, co najlepsze, że wspaniała idea, którą ze sobą dzielimy, jest żywa. Postępując w ten sposób nigdy nie będziemy mieć problemów i będzie nam się dobrze powodzić. Lecz jeśli od tego odejdziemy, staniemy się po prostu członkami demokratycznego klubu duchowych dyskusji, bez prawdziwych związków i prawdziwych rezultatów. Mówię poważnie, to nie jest żart. Podtrzymywanie przyjaźni ze starymi członkami jest niezwykle istotne. Powinniśmy sprawiać, by czuli się jak w domu, szanować ich, być im wdzięczni i wykorzystać ich doświadczenia do rozwoju.
To samo dotyczy wielkich nauczycieli, którzy posiadają wszystkie przekazy, jak na przykład Szierab Gjaltsen Rinpocze, który teraz jest z nami dzięki wielkiemu wysiłkowi Caty i Goerge. Jest on moim starym przyjacielem z czasów dwóch tysięcy inicjacji, które otrzymaliśmy w latach 80. od Kalu Rinpocze, ale jakoś ten fakt aż do teraz umykał mojej uwadze. Są wśród nas starzy przyjaciele, którzy dostali nauki od innych tybetańskich mistrzów, takich jak Tenga Rinpocze, który teraz jest niestety ciężko chory na cukrzycę i choć śmieje się z tego, nie ma już mocy.
Powinniśmy utrzymywać kontakt również z nimi. Jeśli go utracimy, staniemy się tylko psychologiczną szkółką dyskusyjną przełomu tysiącleci o nazwie Diamentowa Droga Buddyzmu Tybetańskiego, w której nie będzie głębi, szczęścia, mocy i przekazu – wtedy tak właśnie będziemy postrzegani w przyszłości. Ludzie powiedzą: „Zaczęło się interesująco, ale później zaczęli wdawać się w dyskusje... Chrześcijaństwo upadło, co w rezultacie wzmocniło islam, i buddyzm jakoś też zaginął”. Możemy jednak tego uniknąć, jeśli zdołamy utrzymać żywy przekaz, będziemy przyjaciółmi, będziemy sobie ufać, budować razem ośrodki, szanować się, kochać, słuchać, cieszyć swoim towarzystwem oraz sprawiać, że rzeczy się wydarzają. Przekaz może się wydarzyć tylko dzięki przyjaźni. Jeszcze raz pragnę to podkreślić. Naprawdę ważne jest, abyśmy nie tylko ze sobą rozmawiali, ale również wzajemnie się słuchali. Ostatnio zauważyłem w kilku ośrodkach, że choć wszyscy mówili, nikt nie słuchał innych. A przekaz oznacza słuchanie innych i uczenie się od nich, wypróbowywanie ich metod i stosowanie we własnej pracy. To jest konieczne i musimy to robić, inaczej będziemy mieli piękny, ale pusty dom...

Wygląda na to, że jesteśmy całkiem nieźli w utrzymywaniu przekazu, gdyż bez problemu korzystamy ze wszystkiego, co pochodzi od Ciebie. Prawdopodobnie jesteśmy też zupełnie nieźli jeśli chodzi o przyjaźń. Wciąż jednak bierzemy rzeczy osobiście. Co o tym sądzisz? W Twoim przypadku wszystko wydaje się być takie proste.

Lama Ole: Jest proste, bo jestem prostym człowiekiem – piję, jem, spotykam się z dziewczynami i jestem szczęśliwy.

Ale wciąż nasze osobiste postrzeganie świata może stanowić trudność. Co o tym sądzisz?

Lama Ole: Nie, osobisty aspekt może być naszym bogactwem, dopóki wszystko opiera się na wolności. Fakt, że każdy ma swój własny film, a mimo to przychodzi do ośrodka i dzieli się wszystkim z innymi, jest czymś bardzo cennym. W innym przypadku mielibyśmy typową hierarchię: „Kura A dziobie kurę B, która dziobie kurę C”. A to nie działa. Fakt, że jesteśmy wolnymi, równymi sobie ludźmi, ze swoimi ideami i uczuciami, że razem sprawiamy, iż różne rzeczy się wydarzają, jest naszą mocą. Uważam, że wiele można na tym zbudować. Ktokolwiek ma najlepszy pomysł, będzie mógł wprowadzić go w życie, ktokolwiek ma najgłębsze uczucia, będzie mógł się nimi dzielić. Naprawdę mamy najlepsze warunki do przekazywania dalej tego, co posiadamy.
Przyszłość buddyzmu kwitnie na Zachodzie. To na nas zwrócone są oczy całego świata. Kiedy odbywał się kurs letni w Ośrodku Europejskim, mieliśmy tu całą państwową telewizję z Korei. Zobaczyli, jak pracujemy, czego dokonaliśmy i nie wiedzieli, co o tym sądzić. Powiedziałem im wtedy: „Byłem w waszym kraju, wiem, że kiedyś byliście buddystami, ale teraz połowa waszej populacji wyznaje chrześcijaństwo. Jak to się stało? Prawdopodobnie popełniacie jeden zasadniczy błąd – nie poruszacie ludzi. Nie macie też medytacji, których mogliby używać. Takie działanie mogłoby kiedyś ocalić buddyzm w Korei i reszcie Azji”.

Ole, bardzo dziękujemy.

Lama Ole: To wszystko? Rozumiem, że po wydrukowaniu tego tekstu ostatecznie stracimy reputację? (Śmiech)

Caty: Właściwie mamy wyłączność na ten wywiad i nie będzie on tłumaczony.Lama Ole: Jak to? Został udzielony po polsku? Tak czy inaczej, oświadczam, że wszyscy tutaj zgromadzeni są od tej chwili mnichami i mniszkami. (Śmiech)

Opracowanie: Natalia Majewska i Kryspin Kochanowski

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

37 działań bodhisattwy - XVII Karmapa Trinlej Taje Dordże | O głębokiej wolności - XVII Karmapa Trinlej Taje Dordże | Nic nie dzieje się bez przyczyny - Mipam Rinpocze | O prawdziwym szczęściu - Lama Gendyn Rinpocze | Moja siłą napędową są przyjaciele - Wywiad z Lamą Ole | Detong - Lama Ole Nydahl | Dwie prawdy - Hannah Nydahl | Jesteśmy nagą świadomością - Lama Ole Nydahl | Cytat - Kalu Rinpocze | Bogactwo umysłu, nietrwałość zjawisk - Karola Schneider-Waldner | Dharma i Biznes | Karma - Świat zewnętrzny i wewnętrzny stanowią dwie strony tej samej monety - Peter Gomez | Cytat - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Stupy w Azji wschodniej i południowej - Ewa Preschern | Powrót do korzeni - Maria Przyjemska | Purba - rozetrzyj wrogów w pył - Mira Starobrzańska | Karmapa w Rosji | Spotkanie XVII Karmapy Taje Dordże z przedstawicielami polskich ośrodków | Karmapa w Gdańsku - List XVI Karmapay o ośrodku w Gdańsku | Francuski łącznik, czyli z Karmapą w Montchardon - Hubert Bramowicz | Dziekuję Wam za to, co robicie - Mira Boboli | Czy buddyzm tybetański może coś dać zachodowi? - Na podstawie: Dharma Dhrishti Journal | Projekt Gompa Praha - Nastia Holečko | Ropki - gdy odosobnienia stają się dla nas twórczym nałogiem... | Łódż - Bez rewolucji, po prostu zgodna przeprowadzka | Malborskie chcieć to móc | Bielsko Biała - czy Reksio ma naturę buddy? |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: