DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 45 -> New Year 2009

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

New Year 2009

Andrzej "Zielak" Iwulski
_________

Pierwszy kurs noworoczny z Lamą Ole w Polsce, Warszawa 2008/2009


Pewnego dnia na początku lata zeszłego roku jadłem w knajpie makaron z kurczakiem. Pamiętam, bo był wyjątkowo dobry. Gdzieś w połowie dania zadzwonił Marcinek Barański. „Zielu, dzisiaj Caty zaproponowała Mirze, żebyśmy zorganizowali w Polsce kurs noworoczny z Lamą Ole!”. Informacja całkowicie odebrała mi mowę, a reszta makaronu przestała być już ważna. Marcinek kontynuował: „Gdzie zrobimy kurs, wiadome, Mira już zabukowała wstępnie terminy w Hali Koło. Pytanie do Ciebie, czy masz pomysł, gdzie w Warszawie możemy zorganizować imprezę na ponad trzy tysiące osób?”. Mając „Łysego Pingwina” w sąsiedztwie, zawsze marzyłem o imprezie w Koneserze – starym, klimatycznym, postindustrialnym budynku powojennej fabryki wódek na warszawskiej Pradze. Marcinek skwitował „Zielu – bomba, załatwisz to?”. Następnego dnia okazało się, że firma Juvenes, właściciel „Konesera”, dobrze pamięta nas z wystawy z okazji 30-lecia Buddyzmu i po pierwszej rozmowie miejscówka została wstępnie zaklepana.

Kilka dni później przyszło potwierdzenie: kurs noworoczny z Lamą Ole odbędzie się w Warszawie! Po raz pierwszy od kilkunastu lat miało to mieć miejsce nie u naszych zachodnich przyjaciół. Kurs, który zorganizowaliśmy w Warszawie wiosną 2008 roku, zgromadził rekordową ilość uczestników i stąd propozycja Caty, byśmy zorganizowali z podobną frekwencją kurs noworoczny oraz imprezę sylwestrową. Niezłe wyzwanie, prawda? Ucieszony, że wywiązałem się z tego, o co poprosił mnie Marcinek, nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z jego niezwykłej zdolności wrzucania przyjaciół na głęboką wodę. Marcinek po powrocie z Rzymu spotkał się ze mną i oznajmił: „Skoro tak dobrze Ci poszło z Koneserem, to może zrobisz tam imprezę. Jeśli chodzi o kursy, to nasza maszyna po wielu doświadczeniach działa sprawnie, ale impreza noworoczna to duże wyzwanie, zajmiesz się tym?”. W ten sposób zaczęły się Hiszpańskie Schody przygotowań oraz organizacji. Po kilku burzach mózgów na dachu SH powstał zarys „planu gry”, którym zaraz podzieliliśmy się z warszawską sangą. W dużym gronie wszyscy poparli ideę, by w organizację imprezy wciągnąć ośrodki z całej Polski. Kursem mieli zająć się ci, którzy zjedli już zęby przy organizacji takich wydarzeń. Zadania koordynacji ośrodków chętnych do współpracy podjął się Bartosz Ostrowski. Krzyś Pierański już od pierwszego spotkania cudownie wpisywał wszystkie pomysły w rubryki Exela. Mira została mamą chrzestną kursu i imprezy, a Marcinek – decyzyjnym ogniwem spajającym wszystkie sensowne pomysły. W tym składzie pracowaliśmy przez następne pół roku.

Entuzjazm wielu ludzi podczas letniego kursu w Kucharach pokazał, że to szalone przedsięwzięcie raczej musi się udać. Ustaliliśmy, że impreza powinna być przygotowana „na wypasie”, ale najoszczędniej, jak się da. Do współpracy zaprosiłem Dorotkę Jabłońską i Ziuta Gralaka. Wielokrotnie organizowali duże imprezy jako fundacja „Jasna Chmura”, współpracując m.in. z Jarkiem Koziarą – jednym z najlepszych polskich scenografów telewizyjnych i eventowych. Po pierwszej wspólnej wizji lokalnej w Koneserze stało się jasne, że wystrój miejsca będzie sporym wyzwaniem... „Tylko Koziara może nas uratować”, powiedziała Dorota. Kiedy kilka dni później oprowadzałem go po halach, Jarek nic nie mówił, skubał tylko swoją brodę. Jarek znał buddyzm, pracował wielokrotnie z Dorotą i jak podsumował: „Nigdy z tego nie było kasy, zawsze dużo roboty”, więc logiczne, że zrobi to kolejny raz. Mniej więcej w tym samym czasie Bartosz wymyślił i przedstawił plany oraz kosztorys barów, które miały być do zrobienia we własnym zakresie przez ośrodki. Idea była taka, że my gromadzimy materiały a ośrodki przywożą sprzęt i budują bary. Rozwiązanie Bartka było genialne i hiper tanie. Mieliśmy już bazę – dekorację i bary. Nieustannie odwiedzałem panią Bogusię z Juvenesu i śpiewałem wciąż tę samą „mantrę”: „Czy da się taniej wynająć obiekt?”. Pewnego razu przyprowadziłem Tomka Lipińskiego, robiąc podjazd „na znanego artystę”. Innym razem Marcinka, robiąc podjazd „na mądrego, miłego i przystojnego”. Mamiłem sławami, które wystąpią w ich obiekcie, czekoladkami i kwiatami. Udało się! Zeszliśmy z ceny o prawie połowę. Sam nie wiem, jak udało się wynegocjować dobre pieniądze za nagłośnienie i oświetlenie. W tej materii pomógł Szajba, który po prostu pojawił się nagle obok mnie. Powiedziałem, co chcemy zrobić i ile mamy na to kasy. Pokręcił głową, pomruczał i rzekł w swój spowolniony sposób: „Daaaaa się zrobić”. I wyprodukował w profesjonalny sposób dźwięk i światło. We wrześniu zrobiliśmy pierwsze spotkanie ośrodków, na którym zjawiło się kilkadziesiąt osób z kraju i z Londynu. Przedstawiliśmy nasze pomysły, pojawiło się kilka nowych. Kuchary obiecały pomoc, z Gdańska Czika i Marek Kakareko – napoje, alkohole oraz ławki – nieocenione wsparcie logistyczne. Łódź, po udanej premierze grilla w Kucharach, podjęła się powtórzyć akcję. Powstał pomysł, aby zainaugurować działalność Hali Buddów organizując tam stołówkę na czas kursu. Tutaj uaktywnił się znów Bartosz oraz Marek „Wieloryb”. Marcinek, którego nagle lumbago połamało tak fatalnie, że nie mógł ruszyć się z domu, był wspaniałym wsparciem telefoniczno-mentalnym. Raz w tygodniu spotykaliśmy się w SH u Myszki, u Bartosza lub u Marcinka. W tym czasie powstawał szczegółowy kosztorys towarowy, konsultowaliśmy go z Gdańskiem i Londynem. Wszyscy muzycy i dj'e zagrali dla nas za zwrot kosztów. Czesław Mozil oraz Bajzel to artyści, którzy wystąpili dla nas, choć nie są związani z buddyzmem. Czesław był szczęśliwy, że może śpiewać dla takiej publiczności, odmówił wszystkim kasowym propozycjom sylwestrowym.

Intensyfikacja działań zaczęła się przed świętami. Bartosz zwoził niezbędny sprzęt z Kuchar do Hali Buddów. Marek „Karateka” dograł szczegóły z ochroną obiektu. Przyjechały pierwsze elementy scenografii, ławki do sali jadalnej Konesera oraz do Hali Buddów, europalety do zbudowania barów. 27 grudnia o godzinie 9 rano mocno zmęczony długim biesiadowaniem z przyjaciółmi, którzy przyjechali na kurs, byłem gotów na skok na głęboką wodę. Spotkaliśmy się w gronie kilku podobnie nakręconych osób. Pierwszą ekipą był Londyn, chwilę później Łódź ze swoim grillem. Powoli ruszała projektowana przez pół roku machina. Pojawiały się kolejne ośrodki. Bartosz wynajętym autem dostawczym dowoził materiały. Przywieźliśmy 500 materacy na prycze z hufca ZHP. Późnym wieczorem udałem się na końcówkę wykładu otwierającego, który przespałem na podłodze. Wykład skończył się późno, przyjaciele – w dużej ilości mieszkający w naszym domu – nie pozwolili na długi odpoczynek. Po dwóch godzinach snu znów byłem w Koneserze, by tam zamieszkać aż do Nowego Roku. Tego dnia przyjechał Jarek Koziara terenowym autem z przyczepką. Aż nie chciało się wierzyć, że to, co przyjechało przed świętami i to, co przywiózł scenograficznie ogarnie nam tak wielką przestrzeń. Wieczorem widząc, jak zamyka się jedna z sal z wystrojem Koziary przestraszyłem się, że jest tak pięknie, a efekt zepsują zielone harcerskie materace polowe, służące za kanapy. Niewiele myśląc zadzwoniłem do Agnieszki Miluniec i Kasi Pielużek, czyli firmy „MiluPielu”, z prośbą o natychmiastową pomoc. Następnego dnia w południe były już na miejscu – jedna przyjechała ze Szczecina, druga z Poznania, obie nie buddystki. Ich kreatywność i pomysły dopieściły ogólny projekt Koziary. Mieliśmy ślicznie zrobionych ponad 200 miękkich, różnokolorowych siedzisk z oparciami. Z Białegostoku dotarła do nas kolejna grupa spoza sangi, ekipa Michała Strokowskiego. Kilka miesięcy później okazało się, że dla kilku osób praca przy przygotowaniach sylwestra była ważnym i inspirującym doświadczeniem, które (bez ściemy!) przełożyło się na to, co teraz robią.

W prace nad scenografią mocno zaangażował się Filip z Wrocławia, który stał się kluczową osobą do koordynacji wielu równocześnie wydarzających się działań. Filip wykonał naprawdę bardzo wielką pracę. Krzysiu Rubiniec ogarnął 2000 m2 placu pomiędzy budynkami, sam zorganizował drewno i beczki przy których można było się ogrzać. Melon z Mają i Luksusem doprowadzili małe zrujnowane pomieszczenie do luksusowego „Wish DreamBoxu” w którym można było przed wizerunkiem Buddy składać do kamery życzenia noworoczne. W drugi dzień kursu uruchomiliśmy pierwszy bar – Londyn odpalił inauguracyjną imprezę, autobusy zorganizowane przez Marka „Wieloryba” dowiozły po wykładach do Konesera ponad sto osób. Następnego dnia było już około 400 osób. Wszystko wydarzało się równocześnie – kurs, imprezy i prace nad Grande Finale. Dzień przed imprezą przyjechał ciężki sprzęt, światło i nagłośnienie. Ekipa z „Job Center” zapewniła odpowiednią ilość rąk do sprawnego wyładunku. Stawało się coraz bardziej jasne, że nie zdążymy powiesić scenografii w głównej hali, chociaż prace trwały nieprzerwanie. Zdecydowałem się wynająć podnośnik – byłem załamany, bo osiem godzin pracy tego urządzenia to kupa kasy, no ale coż… wóz, albo przewóz. W dniu imprezy miały przyjechać jeszcze specjalne „ustrojstwa” poprawiające akustykę w ogromnej hali. Z tym kosztem liczyliśmy się od początku. A tu niespodzianka, po powieszeniu scenografii, okazało się że akustyka jest super, „ustrojstwa” zbędne, a koszt ich wynajęcia taki sam, jaki podnośnika. Praca w ostatnich godzinach stała się naprawdę świetną okazją do obserwowania umysłu. Po wjechaniu ciężkiego sprzętu okazało się, że w głównej hali mamy tuman kurzu, unoszący się z podłogi. Byliśmy załamani wizją tego, co się wydarzy, kiedy wejdzie tam trzy tysiące osób. Zaczynało na wszystko brakować czasu. Wiedząc, że Lama udziela właśnie błogosławieństw zebrałem wszystkich i wymęczeni pojechaliśmy po „blesa”. Jakim prezentem był widok, który ukazał się naszym oczom po powrocie. O pierwszej w nocy ekipa z Gdańska spontanicznie zamiatała i odkurzała blisko 2 tys. m2 podłogi, by ją potem zagruntować. Powolny i delikatny proces, w którym brało udział kilkanaście osób. Praca na całą noc. Bardzo wzruszająca sytuacja. W dniu imprezy brakowało czasu już na wszystko – w Hali Koło i Hali Buddów trwały prace zamykające kurs, w Koneserze – ośrodki dopieszczały swoje bary. Ważę ponad 100 kilogramów, ale jestem absolutnie pewien, że wtedy unosiłem się nad ziemią, przemieszczając się z miejsca na miejsce. Powoli napływali do Konesera goście. Bary już działały. Na placu grała muzyka, telebim pokazywał główną scenę z wizualizacjami „Jasnej Chmury”. Małgosia „Rita” Renkiewicz przyszykowała i udekorowała kilka sal w biurowcu na przedszkole dla najmłodszych imprezowiczów. Dotarło do mnie, że machina ruszyła i już niewiele więcej da się zrobić. Na pięć minut przed wyjściem na scenę legendarnego Tomasza Tłuczkiewicza i oficjalnym otwarciem Buddyjskiego Sylwestra w Warszawie, poziom adrenaliny pomieszany ze zmęczeniem i wewnętrzną obawą był tak wielki, że zamówiłem sobie dużą whisky w barze gdańskim, którą wypiłem jednym łykiem. O 20.30 zagrała muzyka, światła i wizualizacje zostały odpalone. Budynek ze sceną DJ-ów oświetlony był cały z zewnątrz, wewnątrz wrzał. Na głównej scenie trwały koncerty. Ludzie tańczyli. Widziałem same uśmiechnięte twarze. „Chyba jest OK”, pomyślałem.

Zbliżaliśmy się do momentu kulminacyjnego. Około 23.40 przyjechał Lama Ole. Natychmiast wskoczył na scenę zespół „YeShe” delikatnie się wycofał. To był ten moment, na który wszyscy czekaliśmy. Lama odczytał list noworoczny. W głównej sali zgromadzili się wszyscy – ponad trzy tysiące osób, ściśniętych jak sardynki, słuchało Lamy, czekając na wybicie północy. Kiedy nadeszła, złożyliśmy Obietnicę Boddhisatwy. Walc odtańczony przez wszystkich po życzeniach noworocznych zabrał nas w inny wymiar, z którego sprowadził nas na ziemię Axel puszczając „AC/DC”. Nasz Lama w swoim stylu skoczył w tłum i długo pozostał na rękach uczniów. Kilka miesięcy wcześniej ktoś powiedział, że jeśli Ole na zabawie sylwestrowej zostanie dwie godziny, można uznać, że impreza podobała się naszemu nauczycielowi. Lama bawił się z nami ponad trzy godziny. Pamiętam, jak prosiłem Lamę, aby przed wyjściem włożył coś na siebie. Był cały mokry, z trudem przekonaliśmy go, by założył cieniutką skórzaną wiatrówkę. Udało się, ale połowicznie, bo się nie zapiął. Chwilę później przytomna Caty wskazała kierunek – brama wyjściowa. Miała rację, ciało naszego kochanego nauczyciela naprawdę było zmęczone. Wróciłem na salę. W gdańskim barze miałem już zniżkę na whisky :) Z Konesera wyszedłem po kolejnych 24 godzinach i muszę zaznaczyć, że nie byłem ostatni…

PS. 1-ego stycznia 2009 roku w cudowny sposób lumbago opuściło Marcinka bezpowrotnie.

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

37 działań bodhisattwy - XVII Karmapa Trinej Taje Dordże | Mandale - pola mocy buddów - Lama Ole Nydahl | Żeby człowiek był naprawdę szczęśliwy - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Cytat - Jeszie Tsogjal | Cztery jogi - Dilgo Czientse Rinpocze | Dwa oblicza umysłu - Dzigme Rinpocze | Cytat - Gampopa | Linia dharmy - Künzig Szamar Rinpocze | Dharma, ludzie, kultura - Wywiad z Lamą Ole Nydahlem | Cytat - IX Karmapa Łangczuk Dordże (1555-1603) | Umysł 24 godziny na dobę - Karol Ślęczek | Cytat - Naropa | Otwartość pełna mocy - O symbolice lotosu - Mira Starobrzańska | Stupy tybetańskie - Eva Preschern | Cywilizacja buddyjska w Tybecie - Rafał Kowalczyk | Cytat - Budda | Spotkanie z Hambo Lamą w Buriacji. - Lama Ole Nydahl | Cytat - Guru Rinpocze | Czy księżyc istnieje, gdy nikt na niego nie patrzy? - Jürgen Segerer i Guido Czeija | Splątania - Ralf Bohn | Wspomnienia z Europe Center - Roman Lauš i Klara Laušova-Kazellova | Karmapo witaj w domu - Przemówienie Lamy Ole Nydahla | Dziękuję wam wszystkim z głębi mojego serca - XVII Karmapa Taje Dordże, w Ośrodku Europejskim. | WIADOMOŚCI | New Year 2009 - Andrzej "Zielak" Iwulski | Jestem szczęściarzem - Rozmowa z Jakobem Sintchnigiem | 25 lat buddyzmu we Wrocławiu - Tadeusz Kaźmierski | Tam gdzie mieszkają tęcze - Paulina & Adam & Bartołty Team | Rośniemy na Śląsku | Miejsce wielkich osiągnięć | Gdańsk - Michał Bobrowski | Dharma w krainie Dolce Vita - Kasia Balicka |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: