DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 43 -> Doświadczenie to jest to!

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Doświadczenie to jest to!

Ralph Bohn
_________

Część 2

Kłopoty z nieskończonością

Jaka jest relacja pomiędzy buddyzmem a naukowym sposobem myślenia? Czy oba te podejścia do zjawisk są przeciwstawne? Czy buddyzm i metoda naukowa nie dają się ze sobą pogodzić, tak jak ma to miejsce w przypadku religii i nauki? Czy też raczej mogą wspierać się nawzajem i pozytywnie na siebie wpływać? Wszystko wskazuje na to, że prawdziwe jest ostatnie zdanie.


Na drodze do oświecenia możemy nawet wykorzystać naukę. Sam buddyzm oczywiście nie potrzebuje zachodniej nauki. Z drugiej strony jestem przekonany, że nauka zmierza w stronę buddyzmu, jeśli konsekwentnie stosuje swoją własną, metodę. Buddyzm i naukę łączy na pewno odwoływanie się do doświadczenia, zamiast do wiary. „Sprawdź sam”, powiedział Budda. To samo musi powiedzieć nowoczesny naukowiec, gdy stawia pewną hipotezę i chce, aby go traktowano poważnie.

Granice doświadczenia naukowego

W poprzednim numerze napisałem, że z początkiem czasów nowożytnych, w myśleniu ludzi „krajów zachodzącego słońca“ pojawiła się całkiem nowa zasada. Po raz pierwszy została ona sformułowana przez angielskiego filozofa Rogera Bacona (1214–1292). Od tej pory każda teoria dotycząca dowolnego fragmentu rzeczywistości ma do pokonania dwie przeszkody. Po pierwsze musi być sformułowana tak, aby zasadniczo dało się ją sprawdzić empirycznie. Musi umożliwiać wyprowadzenie z ogólnych sformułowań, za pomocą logicznego wnioskowania, zdań zawierających sprawdzalne wypowiedzi (tak zwanych zdań obserwacyjnych). Następnie należy przeprowadzić doświadczenia, które potwierdzają lub też obalają zdania obserwacyjne – a zatem całą teorię – niezależnie od czasu i miejsca ich przeprowadzenia. Jest to sedno metody naukowej. Współczesne teorie odznaczają się więc tym, że można przy ich pomocy przewidzieć przyszłe wyniki doświadczenia. Dawniej próbowały wyjaśnić świat zjawisk fizycznych i umysł. Często były niemal wyłącznie spekulacjami metafizycznymi i teologicznymi, i już z zasady nie poddawały się eksperymentowi. W taki sposób doszło do zaciekłych dysput średniowiecznych teologów o to, ile aniołów zmieści się na ostrzu szpilki. Od tego momentu nauki przyrodnicze nabrały niesłychanego rozmachu. Wierzono nawet, że wszystko da się naukowo wytłumaczyć. Pod koniec XIX wieku Max Planck, współtwórca fizyki kwantowej dowiedział się, że fizyki nie warto studiować, ponieważ niedługo wszystko zostanie w niej zbadane. Okazało się to gigantyczną pomyłką, za sprawą prac samego Maxa Plancka zresztą. Również naukowcy zajmujący się podstawami metody naukowej doszli do dalszych, trudnych do strawienia wyników.

Od tego momentu teorie naukowe coraz lepiej opisują świat, a wykonywane prognozy co jakiś czas się sprawdzają. Mimo to, teoretycy nauki i filozofowie w połowie ubiegłego stulecia zrozumieli, że teorie te (zwłaszcza w fizyce), tak naprawdę w ogóle nic nie mówią o tym, jak rzeczywiście i ostatecznie wygląda świat. Te same obserwacje dają się zupełnie poprawnie opisać za pomocą najróżniejszych teorii. Wierzymy więc, że Ziemia obraca się wokół Słońca. To jest teoria Kopernika. Jesteśmy nawet dumni z tego, że jako gatunek ludzki uporaliśmy się ze starym geocentrycznym poglądem, w myśl którego Słońce obraca się wokół Ziemi. Tak naprawdę nie istnieje jednak żaden eksperyment, żadne możliwe do wykonania doświadczenie, które ostatecznie rozstrzygnęłoby, jaki obraz świata jest tym właściwym, a więc jaki świat naprawdę jest. Dlatego szukano kryteriów pozwalających rozstrzygnąć, która teoria jest słuszna. Niektórzy uważali, że takim kryterium powinna być prostota. Przy dokładniejszej obserwacji kryterium to okazuje się dość nieostre. Co miałoby być proste? Czy chodzi o to, aby każdy mógł daną teorię łatwo zrozumieć, czy o prosty opis matematyczny? Stoi to ze sobą w jawnej sprzeczności. Nasuwa się więc wniosek, że już ze względów czysto logicznych, nie jest możliwe określenie takiego kryterium. Jeżeli założymy, że K jest kryterium rozstrzygającym o słuszności teorii, potrzebowalibyśmy dalszego kryterium, które rozstrzygnęłoby, czy K to odpowiednie kryterium. I tak dalej, w nieskończoność. Chciałbym teraz przedstawić dwa kolejne, podstawowe problemy naukowego myślenia. Pierwszy nosi nazwę problemu indukcji. Jako pierwszy zwrócił nań uwagę szkocki filozof, ekonomista i historyk David Hume (1711 - 1776). Drugi związany jest z zasadniczym pytaniem: co w ogóle jesteśmy w stanie wiedzieć? Jako pierwszy sformułował je grecki filozof Platon (427 - 347 pne.).

Skok w nieskończoność

Jeżeli podgrzeję wodę, woda wyparuje. Jeżeli godzinę później podgrzeję kolejny garnek, wyparuje tak samo. Jeżeli wodę ogrzeje ktoś w Meksyku, również wyparuje. Jutro zaobserwujemy ten sam fenomen i pojutrze też. „Teoria wodna”, która opisuje i wyjaśnia to zjawisko, musi być ogólnie obowiązująca. Każda rozsądna istota powinna być w stanie o każdej porze przekonać się, czy prognozowane zachowanie wody podczas ogrzewania potwierdzi się eksperymentalnie. Oznacza to, że eksperyment i jego wynik muszą być powtarzalne dla każdego czasu, miejsca i eksperymentatora. Nie może być tak, że woda wyparowuje, kiedy ogrzewa ją Peter, a zamarza, gdy doświadczenie przeprowadza Paula. Kiedy przyjrzymy się teraz, w jaki sposób powstała ta prosta „teoria wodna“, stwierdzamy: wielu ludzi zrobiło doświadczenie z podgrzewaniem wody. „Wielu” oznacza jednak „skończoną ilość”. Każdy człowiek zebrał w swoim dotychczasowym życiu jedynie skończoną ilość takich doświadczeń. Tak więc cała ludzkość, do chwili obecnej, wykonała tylko skończoną ich ilość. A mimo to, tu i teraz, dokonujemy uogólnień. Teoria jest uogólnieniem skończonej ilości empirycznych obserwacji i ich uporządkowaniem, umożliwiającym przepowiadanie nowych faktów doświadczalnych. Nigdy jednak nie poznamy całości eksperymentów, jakie można zrobić w związku z parowaniem wody. Zawsze możemy zrobić jeszcze jedną próbę i jeszcze jedną… Nigdy nie osiągniemy ich nieograniczonej ilości. Jesteśmy ograniczonymi, przemijającymi istotami w ograniczonym, przemijającym świecie. Kiedy się jednak uważniej przysłuchamy temu, co sami mówimy, zauważymy wypowiadane lub formułowane w myślach zdanie typu „woda zawsze paruje pod wpływem ogrzewania“. To zdanie jest naszą przykładową „teorią wodną” Nie mówimy „woda być może wyparowuje pod wpływem podgrzewania“. Teoria musi zawierać przynajmniej jedno sformułowanie ogólne typu „wszystkie x są y” lub „x jest zawsze z”. W przeciwnym wypadku przewidzenie wyniku przyszłego doświadczenia nie byłoby możliwe. Kiedy powiem: „woda być może wyparowuje pod wpływem ogrzewania“, nie jestem w stanie wykonać takiego przewidywania.

Prognozy tego typu zawsze wysnuwane są z ogólnych sformułowań teorii, za pomocą logicznego wnioskowania. Z wniosków ogólnych wyciągamy wnioski szczegółowe, także wtedy, gdy nie wymawiamy słów takich jak „wszystkie”, „zawsze”, „każdy”. Milcząco zakłada się je w zdaniu takim jak „woda wyparowuje przy podgrzewaniu – woda (w dowolnej ilości) wyparowuje (zawsze) przy ogrzewaniu. A zatem, woda w moim garnku wyparuje, kiedy ją ogrzeję. Zanim się obejrzymy, już z ograniczonej ilości wykonanych doświadczeń wyczarowaliśmy koncepcję, której ku naszemu przerażeniu nigdy, przenigdy nie da się potwierdzić doświadczalnie. A dlatego, że do potwierdzenia potwierdzić prawdziwości ogólnego sformułowania musielibyśmy mieć do dyspozycji nieskończoność. Musielibyśmy już wykonać wszystkie możliwe eksperymenty. Musielibyśmy żyć w przyszłości, która już upłynęła. Choć wydaje się to porażająco absurdalne, dokonujemy tego typu indukcji stale. Robimy to sto razy dziennie poprzez nasze małe teorie dnia powszedniego, które nazywamy koncepcjami. Naukowcy robią to w wielkim stylu, w swoich wielkich teoriach o szumnych nazwach. Zasada bezwładności w fizyce, w sformułowaniu Isaaca Newtona brzmi: „Ciało, na które nie działają żadne siły, porusza się ze stałą prędkością w linii prostej”. Oznacza to: „Każde ciało, na które nie działa żadna siła, porusza się wszędzie w przestrzeni, i o każdym czasie, ze stałą prędkością, po linii prostej”. Tego zdania na pewno nie da się już potwierdzić doświadczalnie. Takie wnioskowanie o fikcyjnej, nieskończonej całości na podstawie skończonej ilości obserwacji, nosi nazwę wniosku indukcyjnego. David Hume jako pierwszy zwrócił naszą uwagę na to, że opierając się na wniosku indukcyjnym nie możemy wiedzieć, czy wnioskowanie (to znaczy ogólne zdanie o nieskończenie wielu przypadkach) jest rzeczywiście prawdziwe. Odkrycie Hume’a powoduje powstanie głębokich wątpliwości wobec przyzwyczajenia do natychmiastowego wysnuwania koncepcji z pojedynczych doświadczeń. Nawet jeżeli bardzo, bardzo często widziałem, że po wydarzeniu A następuje wydarzenie B, to mogłoby się kiedyś stać tak, że po wydarzeniu A wydarzenie B nie nastąpi. Dla twórców teorii naukowych ten fakt jest irytujący. Dla nas buddystów tymczasem jest to klucz do sukcesu. Także dla Hume’a ten wniosek indukcyjny jest właściwie nieracjonalny z logicznego punktu widzenia, jednak patrząc od strony praktycznej, jak najbardziej pożyteczny.

Jeszcze więcej kłopotów w nieskończoności

Kiedy za sprawą przywiązania do ogólnie obowiązujących formuł przekonany jestem, że dana teoria – na przykład „teoria wodna“ jest poprawna, posiadam pewne przekonanie. Mogę też powiedzieć: „Wierzę, że teoria wodna jest prawdziwa“. Zamiast „wierzę” mawiamy też „uważam” lub „jestem przekonany”. Wszystkie te sformułowania mają coś wspólnego: „(ja) wierzę/uważam/jestem przekonany, że…”. Wielokropek reprezentuje to, w co wierzymy, o czym jesteśmy przekonani. Zawsze w coś wierzymy. To coś zawiera zawsze jakąś treść. Jest to pewne twierdzenie, koncepcja, teoria: „Alicja uważa, że Ziemia obraca się wokół Słońca” i „Bob jest przekonany, że Słońce obraca się wokół Ziemi”. Oba zdania mają tę samą formę, choć oboje wierzą w sprzeczne względem siebie rzeczy. Podmiot związany jest z treścią poprzez akt wierzenia lub uważania. Wyrażamy to ogólnie za pomocą następującego schematu: „S uważa, że p”. Przy czym S jest podmiotem, a p treścią. Peter może na przykład wierzyć, (1) że Księżyc zbudowany jest z zielonego sera. Paula może wierzyć, (2) że Berlin jest stolicą Niemiec. W przypadku (1) powiedzielibyśmy: „Peter nie wie, że Księżyc zbudowany jest z xyz.” W przypadku (2): „Paula wie, że Berlin jest stolicą Niemiec.” Chodzi tu więc o wiedzę, i o to, czy się tę wiedzę posiada czy też nie. Co oznacza jednak: S posiada wiedzę? Lub pytając inaczej, zupełnie zwyczajnie: Skąd S wie, że p jest prawdziwe? Skąd wiem, że to, co przypuszczam, że wiem, jest rzeczywiście wiedzą, a nie pomyłką? Klasyczna definicja wiedzy sięga Platona. Zdefiniował ją jako prawdziwy sąd (przekonanie), z którym wiąże się wyjaśnienie. Grecki filozof rozumiał, że nie wystarczy po prostu definicja wiedzy jako „prawdziwego przekonania”. Ktoś mógłby być wprawdzie rzeczywiście przekonany, i to w poprawny sposób, że p, ale zupełnie przypadkowo. Zgadywanie z powodzeniem to jeszcze nie wiedza. Jeżeli podczas teleturnieju „Milion w rozumie” nie znam odpowiedzi i strzelam „odpowiedź B”, nie mogę później, gdy ta odpowiedź okaże się poprawna, twierdzić, że wiedziałem, jakie jest rozwiązanie. Na tym polega ważność wyjaśnienia. W chwili, w której stwierdzam, iż coś wiem, muszę być w stanie wyjaśnić, dlaczego to wiem, a przede wszystkim: dlaczego zakładam, iż to, co wiem jest prawdą.

Do dziś naśladujemy w tym względzie Platona. Próbujemy też zdefiniować wiedzę za pomocą trzyczęściowej definicji: „Osoba S wie, że p dokładnie wtedy gdy“:

  1. S wierzy, że p,
  2. p jest prawdziwe,
  3. przekonanie (że p jest prawdziwe) jest uzasadnione.

Weźmy jako przykład zdanie: „Paula wie, że Berlin jest stolicą Niemiec.” Po pierwsze: Paula w coś wierzy. Mianowicie, że Berlin jest stolicą Niemiec (S wierzy, że p). Po drugie Berlin jest rzeczywiście stolicą Niemiec (p jest prawdziwe). Po trzecie to przekonanie Pauli jest uzasadnione, ponieważ Paula nauczyła się tego w szkole. Poza tym pisze o tym wiele gazet i książek. Także w radiu i telewizji często się to mówi. I w ogóle wielu innych ludzi tak twierdzi…. I tu dochodzimy do sedna. Każda osoba, na którą powołuję się w moim uzasadnieniu i która uważa, że wie, że Berlin jest stolicą Niemiec, musi ze swojej strony wiedzę tę uzasadnić i udowodnić. Każde uzasadnienie, które ktoś podaje dla posiadanej przez siebie wiedzy samo, ściśle rzecz ujmując, wymaga kolejnego uzasadnienia. Jeżeli moją wiedzę o tym, że Księżyc nie składa się z zielonego sera, poprę próbkami skał pobranymi przez Apollo 11, muszę także uzasadnić moją wiedzę na temat programu Apollo. Przypominam sobie lądowanie na Księżycu, ale także moja wiedza o tym, że moja pamięć mnie nie zawodzi, wymaga uzasadnienia. Mogło mi się to przecież przyśnić. Także wiedza o tym, że Neil Armstrong był na Księżycu wymaga uzasadnienia. Widzimy, że niezbędna byłaby niesamowita sieć uzasadnień i uzasadnień tych uzasadnień. Sieć, która stawałaby się coraz większa, ponieważ każde uzasadnienie wymaga dowodów. I w tej sieci wszystkie uzasadnienia zazębiałyby się… Tak więc, jeżeli próbujemy wyjaśnić, kiedy rzeczywiście, w sposób uprawniony można przypuszczać, że dane stwierdzenie lub teoria jest wiedzą, mamy do czynienia z niezłym bigosem. Nie chodzi zatem po prostu o prawdziwość jakiejś teorii, ale raczej o to, co nas uprawnia do powiedzenia: „Wiem, że ta teoria jest prawdziwa”. Każde uzasadnienie, każde tłumaczenie, jest częścią innej wiedzy, która z kolei musi znowu zostać uzasadniona. Tak więc pierwsza próba uzasadnienia wiedzy prowadzi do nieskończonych, następujących po sobie wytłumaczeń. Powyżej zobaczyliśmy, że nieskończona całość za każdym razem prezentuje się nam jedynie w formie skończonego wycinka, który wprawdzie powiększa się, lecz nigdy nie osiąga nieskończonej całości. W nieznanej reszcie mogłaby się jeszcze skrywać jakaś niespodzianka. Drugą możliwością jest arbitralne przerwanie sekwencji uzasadnień na jakimś etapie. Filozofowie nazywają to fundamentalizmem. Stykamy się z tym na co dzień. Pada dogmatyczne: „Tak to po prostu jest!“. Niektórzy kładą kres łańcuchowi uzasadnień za pomocą przemocy i bomb. Nie jest to jednak zadawalające rozwiązanie! Trzeci przypadek zachodzi wtedy, kiedy kręcę się w kółko i w pewnym miejscu używam wyjaśnienia, które wykorzystałem już uprzednio. Takiej pętli tłumaczeń nie ufamy, i słusznie, gdyż w przeciwnym razie Ziemia byłaby płaska, bo jest płaska.

Jest to problem podobny do tego, jaki miał baron Münchhausen, który chciał się wyciągnąć z bagna za własną czuprynę. Ponieważ problem ten ma trzy aspekty, nazwano go „trylematem Münchhausena“. Ze względów natury czysto logicznej nigdy nie możemy utrzymywać, że posiadamy pewną wiedzę. Z baronem Münchhausenem na polowaniu na wolne miejsce parkingowe. A więc, po pierwsze – doświadczenie nie pozwala ustalić, jaki obraz świata jest prawdziwy. Po drugie – żadna z naszych ogólnych formuł – ani jedna nasza koncepcja – nie daje się w pełni udowodnić doświadczalnie. Po trzecie – nasza domniemana wiedza nigdy nie daje się uzasadnić do tego stopnia, żeby była pewna. Mogłaby się kiedyś okazać pomyłką. A ponieważ wszyscy na co dzień dokonujemy uogólnień na bazie skończonej liczby doświadczeń, dotyczy to nie tylko nauki, ale i nas. Na przykład, kiedy szukamy miejsca do zaparkowania samochodu. Wjeżdżamy w naszą ulicę i przypadkiem znajdujemy wolne miejsce. Ponieważ przedtem życzyliśmy sobie znaleźć takie miejsce parkingowe, nagle formułujemy śmiałą teorię: „teorię parkingową”. W jaki sposób powstała? W powszednim życiu wystarcza nam często jeden jedyny przykład, jedno jedyne doświadczenie, aby natychmiast wnioskować i przechodzić ze szczegółu do ogółu (wniosek indukcyjny): „Zawsze wtedy, kiedy chcę znaleźć miejsce parkingowe, znajduję je”. Następnego dnia udaje się nam znowu i uznajemy naszą teorię za potwierdzoną. Trzeciego dnia jeździmy po naszej ulicy i nie znajdujemy żadnego miejsca parkingowego, mimo że tego sobie życzyliśmy. A więc wydaje się, że nasza teoria nie odzwierciedla rzeczywistości w sposób poprawny. Nam to jednak nie przeszkadza, bo przekonani jesteśmy o poprawności naszej „teorii parkingowej“. Naszą wiedzę o tym uzasadniliśmy dogmatycznie, bo ciąg wyjaśnień nigdy nie doprowadziłby nas do żadnego końca, a poza tym chętnie trzymamy się kurczowo koncepcji dopóty, dopóki dach nie spadnie nam na głowę.

Ponieważ jednak teraz rzeczywistość nie zgadza się z teorią, mamy mały problem. Rozwiązujemy go za pomocą środków, które opisałem w poprzednim artykule: wprawdzie żadnej teorii nie można udowodnić eksperymentalnie, ale też nie można jej poprzez wyniki eksperymentów ostatecznie obalić. Po prostu zmieniamy nieco teorię wyjściową, przyjmując dodatkowe zdanie pomocnicze. Jest to kolejne ogólne sformułowanie, uzasadnione tak samo (czyli dogmatycznie): „Miejsce parkingowe znajduję tylko wtedy, kiedy w porę tego sobie życzę”. Ponieważ nie znalazłem żadnego miejsca, w którym mógłbym zaparkować, nie oznacza to, że „teoria parkingowa” jest fałszywa – powodem było raczej to, że nie życzyłem sobie miejsca parkingowego w porę. Jeżeli życzyłem sobie w porę, a mimo to nie ma wolnego miejsca, to chyba dlatego, że nie życzyłem sobie wystarczająco intensywnie. W ten sposób rozszerzyłem moją „teorię parkingową” o jeszcze jedną teorię wyjściową: „muszę sobie tylko wystarczająco intensywnie życzyć…”. I tak dalej, i tak dalej…Wolimy raczej zachować koncepcję niż doświadczyć świata, jakim jest. Ciągniemy tę grę w swoim życiu do momentu, w którym gotowi jesteśmy wypaczyć zasady logiki, przełknąć zupełnie bezsensowne sprzeczności i w ogóle zrezygnować ze zdrowego rozsądku. Teorię można w każdym miejscu zmienić tak, żeby pasowała do doświadczeń. Dzięki temu wprawdzie udaje nam się uratować koncepcję, ale bezpośrednie doświadczenie gdzieś się gubi. To, co dla badacza zajmującego się podstawami nauki stanowi fatalną i frustrującą sytuację, dla uważnego buddysty oznacza wyjście z opałów. O tym w następnym artykule.

Ralph Bohn – uczeń Lamy Ole Nydahla od 1990 roku. Autor i reżyser. Studiował filozofię, matematykę i fizykę. Mieszka w Berlinie.

Opracowanie: Ewa Zachara

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Cieszyć się bogactwem umysłu... - Lama Ole nydahl | Buddyzm na Wschodzie i na Zachodzie - Wywiad z XVII Gjalła Karmapą Taje Dordże | Czy spotkałaś kiedyś dakinie? - Wywiad z Hannah Nydahl | Cytat - Tilopa | Nie wolno wam stać się nudziarzami - Wywiad z Lamą Ole i Caty Hartung | Bodhisattwowie i bodhiczitta - Mipam Rinpocze | Jesteśmy joginami Kagyu - Lama Ole Nydahl | Tara żeńska energia oświecenia - Eduardo Herrera | Cytat - Lama Ole Nydahl | Miłość jak ocean, czyli cztery niezmierzonośći - Wojtek Tracewski | Życie jak kino - Dzongsar Czientse Rinpocze | Jest taki punkt na mapie - Wywiad z Lamą Ole, Caty i Tomkiem | Modlitwa życzeń o długie życie Lamy Ole - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Zasady i kanony sztuki tybetańskiej - Ewa Preschern | Niezniszczalna moc dordże - Mira Starobrzańska | Historia Kagyupów w Ladakhu - Svenja Schmitt | W kręgu buddyjskich kultur Azji Południowo-Wschodniej - Rafał Kowalczyk | Doświadczenie to jest to! - Ralph Bohn | Cytat - Lama Ole Nydahl | Tam, gdzie są nasze marzenia | Powiew świeżości w New Delhi - Kerstin Seifert | Wiadomości | Silver Lake Story - Ania Leszyńska | Kraków o piętro wyżej - Karolina Czerwińska | Ośrodek w Zagórzanach - Załoga Zagórzan | Sydney. Tak blisko, choć tak daleko - Ifka Kloessing | Nasli jsme Trojak [Znaleźliśmy Trojak] - Jarek Orzeł & Trojak Team |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: