DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 43 -> Cieszyć się bogactwem umysłu...

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Cieszyć się bogactwem umysłu...

Lama Ole nydahl
_________

Wykład o medytacji wygłoszony w San Francisco w kwietniu 1998 roku.

W zachodnim świecie istnieje wiele błędnych koncepcji na temat buddyjskiej medytacji. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy właściwie rozumieli o co w niej naprawdę chodzi.


Jeśli nasze zrozumienie nauk Wielkiej Pieczęci, jest wystarczająco głębokie, każde wydarzenie w życiu staje się dla nas nauką o przyczynie i skutku, a pogląd, który posiadamy oraz sposób, w jaki radzimy sobie sobie z rzeczami, przejrzyście pokazują poziom naszego rozwoju. Dla większości ludzi jednak praca z umysłem w codziennych sytuacjach przypomina robienie makijażu tańczącemu – szminka często ląduje na policzku. Praca z umysłem w medytacji jest natomiast podobna do malowanie kogoś, kto siedzi nieruchomo – kreski i kolory trafiają dokładnie tam, gdzie chcemy. Istnieje niezliczona ilość powodów, dla których warto codziennie medytować. I choć trwałe efekty takiej praktyki pojawiają się dopiero po jakimś – często długim – czasie, każdy, z całą pewnością, odnosi z tego wielki pożytek. Medytowanie bez konkretnego kierunku i przekazu nie ma sensu – jest jak podróżowanie bez mapy po nieznanym terytorium. Oczywiście również wtedy można mieć doświadczenia medytacyjne, ale trudno jest je sklasyfikować czy też zrobić z nich prawdziwy użytek – w rzeczywistości takie podejście to jedynie strata czasu. Medytację powinniśmy rozumieć i stosować w szerszym kontekście.

Najpierw mądrze jest poznać nauki i dokładnie je sprawdzić – w buddyzmie nie są one dogmatami. Skuteczna medytacja powinna opierać się na niezależnym myśleniu, nie może być po prostu lekkostrawną papką, którą wypełnimy sobie życie. By przyniosła przekonujące rezultaty, musi posiadać mocny fundament – filarem tym jest właściwy, przejrzysty pogląd. A zatem medytacja potrzebuje ramy, bez niej bowiem będzie pozbawiona zarówno głębi, jak też kierunku. Jeśli nie zatroszczymy się o to, by wchłonięcie medytacyjne, mantry, itd. stały się naprawdę częścią naszego życia, lecz będziemy je traktować jako oddzielone od niego aktywności, nawet najlepsze z tych metod nie przyniosą prawdziwych rezultatów. Im wyższy poziom nauk praktykujemy, tym ważniejszy staje się nasz pogląd. Bez wiedzy o przyczynie i skutku będziemy podatni na zranienie, a bez rozwinięcia współczucia i zdolności do postrzegania świata jako zbiorowego snu, który widzimy przez okulary własnych obaw i oczekiwań, nasze wewnętrzne życie będzie zablokowane. By praktykować Diamentową Drogę, potrzebujemy prócz tego niewzruszonego zaufania do własnej natury buddy.

Drugim filarem praktyki jest wewnętrzna stabilność. Życie jest krótkie i dlatego nie warto tracić czasu na emocjonalne huśtawki. Bez względu na to, jaki poziom rozwoju osiągnęliśmy, powinien nam on służyć jako podstawa do kolejnego kroku naprzód, aż do momentu, kiedy moc i bogactwo umysłu staną się naszym trwałym, niewzruszonym schronieniem. Oprócz właściwego poglądu naszą medytację wspiera unikanie szkodliwych działań – na przykład tych wynikających z gniewu, znieczulającego umysł – oraz utrzymywanie uczucia świeżości i znaczenia w każdej życiowej sytuacji. Podstawa ta jest ważna szczególnie wtedy, gdy pragniemy używać niezliczonych metod Diamentowej Drogi. Jeśli rozwijamy praktyczną uważność, która pozwala nam obserwować działanie prawa przyczyny i skutku oraz uspokajamy umysł i uwalniamy go od rozproszenia przy pomocy medytacji, będziemy w stanie omijać życiowe pułapki – dystans pozwoli nam dokonywać wyboru pomiędzy tragediami i komediami życia. Tak działa medytacja na pierwszym poziomie.

Następnie używamy metod rozwijających naszą motywację. Umysł posiada dwie doskonałe właściwości, które zwykle albo nie są zbyt rozwinięte, albo nie występują w równowadze. Mądrość i współczucie, bo właśnie je mam na myśli, są składnikami pełnego i bogatego życia wewnętrznego. Z jednej strony, jeśli stajemy się przesadnie emocjonalni i współczujący, może to doprowadzić do niezręcznego sentymentalizmu. Z drugiej natomiast, jeżeli będziemy się kierować jedynie koncepcjami i mądrością, będziemy w końcu biurokratyczni i przyjaciele odsuną się od nas. Niezliczone nauki Buddy z poziomu Wielkiej Drogi pomagają nam połączyć te dwie właściwości i utrzymać pomiędzy nimi równowagę. Przyjmując schronienie podczas każdej medytacji, postanawiamy osiągnąć poziom, z którego będziemy mogli przynosić pożytek wszystkim istotom. Następnie, gdy skończymy sesję, wracamy do praktycznego życia, dzieląc się ze wszystkimi dobrymi wrażeniami, które właśnie nagromadziliśmy. Trzecim i najwyższym poziomem praktyki jest zachowywanie się tak, jak Budda lub nasz lama, aż do momentu, w którym naprawdę rozwiniemy w sobie ich właściwości. Bez względu na to, jaki poziom energii i uważności udaje nam się rozwinąć, dzięki tym głębokim i zręcznym praktykom, musimy go umocnić i utrwalić. Powinniśmy być również niewzruszonym przykładem dla innych, gdyż zasługują na to w szybko zmieniającym się świecie. Jak działają medytacje związane z powyższymi poziomami nauk Buddy? Jak stają się praktykami Diamentowej Drogi i jak rozwijają się w Wielką Pieczęć? Wydarza się to płynnie, krok po kroku, po prostu uzupełniają się wzajemnie. Na początku siedzimy w spokoju i – jak w większości innych szkół buddyjskich – skupiamy się na oddechu wchodzącym i wychodzącym przez czubek naszego nosa. Można by zapytać, dlaczego nawet ludzie bardzo doświadczeni w medytacji, uważają tę metodę za użyteczną? Jest tak dlatego, że umysły większości istot są niespokojne. Kiedy ludzie siadają do medytacji, zwykle mają za sobą dzień spędzony w pracy i przez ich umysł przebiega wiele myśli i innych wrażeń, być może myślą już też o nadchodzących nocnych radościach. Dlatego to ciche wewnętrzne „centrum” jest potrzebne. Jednak nauczyciele, którzy chcą, by ich uczniowie byli niezależni, nie pozwalają im siedzieć w ten sposób zbyt długo, by uniknąć w medytacji efektu „białej ściany” – sennego i przytępionego stanu umysłu, który sprawia, że ludzie przestają być odpowiedzialni za swoje życie. Celem medytacji jest to, by umysł stał się przejrzysty, promieniujący i czysty jak diament. Jest to zatem kwestia równowagi, a ta z kolei wymaga dojrzałości. Powinniśmy więc poświęcić trochę czasu na wyciszenie i skoncentrować się na oddechu, lecz jedynie po to, by przestać biegać za wrażeniami minionego dnia. Najlepszym sposobem na to jest krótka i intensywna wyciszająca medytacja. Takie podejście sprawia, że nie tylko siedzimy, ale również naprawdę oczyszczamy nasz umysł. Koncentrowanie się na oddechu nie zawsze było tak szeroko używane do uspokajania umysłu. Wygląda na to, że dwa i pół tysiąca lat temu, w czasach historycznego Buddy, wiele osób wolało raczej skupiać się na posągu lub innym zewnętrznym przedmiocie. Dzisiaj jednak, mając dobre wykształcenie i żyjąc wśród ogromnej ilości przedmiotów i obrazów, trudno jest nam po prostu obserwować rzeczy bez konceptualizacji. Praca z oddechem natomiast daje nam dostęp zarówno do energii umysłu, jak i jego uważności. Aby rozwinąć energię dobrze jest medytować, że w odległości szesnastu palców przed naszym nosem wychwytywana jest esencja przestrzeni, dwunastu palców – energia powietrza, ośmiu – wibracja ciepła, czterech – natura wszystkiego, co płynne, a w miejscu, gdzie powietrze dotyka nosa – energia tego, co stałe. Tym samym nasze nozdrza stają się punktem spotkania zewnętrznych i wewnętrznych energii. Oddech jest użytecznym kluczem do uważności umysłu pod warunkiem, że wdychane powietrze jest postrzegane jako neutralne i czyste, co pozwala uniknąć tworzenia koncepcji na jego temat. Ponieważ oddech nie ustaje, umysł nie będzie uciekał zbyt daleko i nie będziemy musieli wkładać dużego wysiłku w to, by sprowadzić go z powrotem. Z tego powodu koncentrowanie się na oddechu na początku medytacji jest tak skuteczne.
Jaki jest następny krok? Jest nim dojrzałe spojrzenie na własne życie. Osiągnięty spokój umożliwia nam rozpoznanie, że cztery wyjątkowe, rzadkie i cenne możliwości zeszły się razem w naszym obecnym życiu.

Pierwszy z tych warunków to szansa spotkania nauk Buddy – urodziliśmy się w czasie i miejscu, gdzie możemy korzystać z jego metod. Sprawiają one, że wraz z upływem czasu nie tylko się starzejemy, ale również stajemy się coraz mądrzejsi. Używanie tych zręcznych środków umożliwiło wielu istotom osiągnięcie wyzwolenia i oświecenia w ciągu ostatnich dwóch i pół tysiąca lat. Rozumiemy, że niewielu ludzi poznaje najwyższe nauki Buddy, a jeszcze mniej jest tych, którzy są w stanie je praktykować. Jeśli z powodu braku motywacji albo mocy, nie rozwijamy duchowego nastawienia, tracimy tę szansę. W odróżnieniu od religii wiary, w budddyzmie Budda nie jest oceniającym czy też karzącym bogiem, przeciwko któremu zdrowo jest się buntować, lecz przyjacielem. Nie chodzi tu również o to, by robić to, czego chce, lecz raczej by się rozwijać i stawać niezależnym. Budda doradza rozwijanie uważności, nie moralizując przy tym, ani też nie wywierając nacisku. Jednym z powodów, dla którego buddyści nie misjonują jest to, że wiedzą, iż wolność ta jest trudna do przyjęcia dla ludzi mniej dojrzałych. Budda jedynie wyjaśnia, jakimi rzeczy są naprawdę – podążając za jego naukami musimy sami dokonywać wyborów.

Po drugie musimy stać się świadomi przemijania. Jak mawiają Duńczycy: „Toaleta płonie”, a to znaczy, że nie mamy czasu do stracenia. Ktokolwiek się urodził – umrze, cokolwiek zostało złożone – będzie musiało się rozpaść. Nic, co złożone, nie ma trwałej natury i nic, co uwarunkowane, nie trwa wiecznie. Jeśli, jak mówi inna duńska mądrość: „Ostatnia koszula nie ma kieszeni”, i rzeczywiście niczego nie możemy zabrać z tego świata, znaczenie umysłu wzrasta jeszcze bardziej. Tylko jego przestrzeń, uważna i nieograniczona, jest ponadczasowa i wszechobecna i dlatego naprawdę godna zaufania. Dzięki temu zrozumieniu zdajemy sobie sprawę z tego, że najlepszy czas do praktyki mamy właśnie teraz.

Trzecie rozmyślanie dotyczy przyczyny i skutku – tego, że każdy sam kształtuje swoje życie. Większość ludzi lubi obwiniać innych za własne niepowodzenia i ból, ale takie podejście sprawia, że stajemy się słabi i uzależnieni. Ci, którzy myślą, że wszystko wydarza się za sprawą przeznaczenia, przypadku, czy jakiegoś boga, mogą jedynie robić dobrą minę do złej gry lub starać się kogoś przekupić. Pogląd Buddy natomiast daje nam siłę i czyni nas wolnymi. Naucza on bowiem, że karma, która nie dojrzała, może zostać zmieniona, a wszystkie zewnętrzne i wewnętrzne warunki przekształcone albo wykorzystane z pożytkiem dla nas samych i dla innych. Oczywiście, pewne rzeczy już się wydarzyły i nie możemy ich zmienić – tak jest na przykład z naszym obecnym ciałem. Karma z poprzednich żywotów sprawiła, że ci, a nie inni rodzice przekazali nam geny, kolor skóry, pozycję społeczną i iloraz inteligencji. W swojej ostatecznej naturze umysł jest jednak wolny – możemy to zobaczyć na przykładzie wybitnych ludzi – twórcza praca z warunkami i przestrzenią pomiędzy nimi, przynosi fantastyczne rezultaty.

Zrozumiawszy trzy powyższe punkty, zadajemy sobie pytanie, dlaczego warto pracować z umysłem i rozwijać się? Otóż powodem jest to, że chociaż wszystkie istoty pragną trawałego szczęścia – niemalże wszystkie szukają go tam, gdzie wszystko jest nietrwałe. To dążenie jest tak wszechobecne i tak wyraźnie widoczne, że Tybetańczycy określają świat terminem „do kham” – obszarem pożądania. Istnieją również foremne poziomy estetycznej radości – „zug kham”, i bezforemne obszary abstrakcji, zwane „zug me kham”. Dopóki jednak nie zostanie rozpuszczona iluzja „ja” nie można pozostać w żadnym z nich, wszystkie są przemijające. Dlatego mądrze jest szukać trwałych wartości. Poszukując zwierciadła za obrazami, czy też ponadczasowego promieniowania umysłu za zmieniającymi się doświadczeniami, odkrywamy coś wspanialszego. Możliwość bycia świadomym jest bardziej fascynująca niż obiekt, którego jesteśmy świadomi, a smak tego odkrycia jest stale rosnącą i promieniującą radością. Zdolność do wiedzenia i rozumienia okazuje się bardziej fascynująca niż same przemijające doznania, a świeżość bezpośredniego doświadczenia już nigdy nas nie opuści. Naszym celem jest stan, w którym umysł rozpoznaje sam siebie w każdym wydarzeniu. To jest coś absolutnie wspaniałego! Takie wglądy są źródłem głębokiej motywacji i kiedy to konieczne, możemy ich używać jako marchewki inspirującej leniwego konia naszego nawykowego umysłu do ruszenia z miejsca. Powinniśmy również pamiętać, że wolność czy radość, której teraz doświadczamy, jest znacznie mniej intensywna i znacząca niż trwałe szczęście oświecenia. I choć powinniśmy cieszyć się tym, co możemy osiągnąć dzisiaj i dzielić się wszystkimi radościami z innymi, dobrze jest zdawać sobie sprawę z tego, że są one jedynie cieniami ponadczasowej natury umysłu – zrozumienie to jest źródłem prawdziwej inspiracji. Ostatecznego urzeczywistnienia nie można porównać z niczym, co uwarunkowane. Jeśli nie zmienimy naszego obecnego systemu wartości, cierpienie jest nieuniknione. Dopóki myślimy, że jesteśmy swoim ciałem, i że posiadamy swoje rzeczy i pieniądze, dopóty starość, choroba i śmierć będą dla nas czymś bardzo bolesnym.

Po tych rozważaniach dobrze jest przyjąć schronienie. To po prostu kolejny, naturalny krok. Jeżeli zrozumiemy, że nie ma alternatywy dla oświecenia to – tak samo jak idziemy do nauczyciela języka, by nauczyć się angielskiego czy niemieckiego – pytamy Buddę o umysł. Prawdą jest, że różne systemy filozoficzne i szkoły psychologiczne podchodzą do zagadnienia świadomości na różne sposoby, podobnie jest z religiami. Jednak tylko Budda analizuje umysł konsekwentnie, w całkowicie naukowy i pełny sposób. Jego metody przynoszą konkretne, widoczne rezultaty, przekonujące bardziej niż dogmaty czy wiara. Jest taka opowieść o niewidomych, którzy mieli opisać słonia: jeden z nich dotknął nogi i powiedział, że słoń jest jak drzewo, inny chwycił go za trąbę i stwierdził, że słoń jest jak rura, jeszcze inny dotknął ucha i powiedział, że słoń jest jak liść. Budda usiadłby naprzeciw zwierzęcia i badałby je wszystkimi zmysłami, ze wszystkich stron jednocześnie. Nie musi on niczego udowadniać, ani na chwilę nie traci również uważnośći. Podczas gdy inne religie mówią ludziom, czego ich bóg od nich chce, Budda wyzwala i oświeca istoty, pokazując im, jak działa umysł. Jego przekaz trafia w samo sedno: „Wszystko czego potrzebujecie, to rozpoznanie tego, kto patrzy przez wasze oczy. Staniecie się nieustraszeni widząc, że jest to niezniszczalna przestrzeń, gdy zobaczycie, że jest bogaty, pełen potencjału i że gra sam ze sobą, pojawi się radość, a dzięki zrozumieniu, że jest nieograniczony, doświadczycie praktycznej, głębokiej miłości”. Otwarcie się na Buddę jest esencją przyjęcia schronienia. Wyraża się też prawdziwe zaufanie do własnego umysłu.

Dobrze jest od samego początku wiedzieć, kim jest budda. Nie jest on osobą, lecz pełnym rozwojem umysłu. Przed naszym historycznym Buddą pojawiło się trzech całkowicie oświeconych nauczycieli, wszystkich razem będzie ich tysiąc. Po okresie, w którym budda naucza, następuje okres realizacji. Później ludzie medytują, studiują, podtrzymują zewnętrzne tradycje i ostatecznie następuje okres „fusów kawy”. Po nim, wszyscy ci, którzy nie osiągnęli oświecenia i wyzwolenia stają się barbarzyńcami. Następnie istoty zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że cierpią i chcą pozbyć się swojego ego – źródła wszystkich życiowych trudności. Wtedy może się narodzić kolejny budda i cały cykl się powtarza. Niektóre buddyjskie teksty mówią, że wszyscy oświeceni będą nauczać metod Małej i Wielkiej Drogi, ale tylko czwarty i szósty budda będą wykorzystywać metody Diamentowej Drogi, ponieważ ich uczniowie będących w stanie zrozumieć pogląd Wielkiej Pieczęci. Buddowie nie siedzą wpatrzeni w swoje pępki, mrucząc „om”, lecz pracują, przynosząc pokój, pomnażając, fascynując i chroniąc. Ich mądrość wyłania się z przekształcenia przeszkadzających uczuć. I tak gniew staje się uważnością podobną zwierciadłu, a wyłączająca duma obejmuje innych i staje się bogata i wielowymiarowa, jak garść klejnotów. Przywiązanie zamienia się w zdolność do pracy z wieloma aspektami jednocześnie, zazdrość natomiast w świadomą nić doświadczenia, podczas gdy ignorancja przekształca się w intuicję. Chociaż Budda jest pierwszym i ostatecznym schronieniem, nie jest niczym, czego nie znamy. Dwa i pół tysiąca lat temu, kiedy osiągnął oświecenie, ujrzał ponadczasową naturę wszystkich istot i zjawisk. Powiedział wówczas: „Jakże to wspaniałe! Wszystkie istoty są buddami, tylko o tym nie wiedzą. Każdy atom wibruje radością i jest utrzymywany w całości przez miłość, lecz nikt nie jest tego świadomy”. Dlatego nie nauczał, że należy dodać do umysłu coś, czego jeszcze w nim nie ma, lecz że wszystko jest już w nim obecne – jego ponadczasowej natury nie można ani poprawić, ani nie można niczego do niej dodać. Budda pokazuje istotom jedynie ich własną doskonałość – to, co już posiadają.

Drugie schronienie to nauki Buddy – są one całkowicie praktyczne i głęboko zmieniają umysł. Jednak nawet najbardziej przekonujący cel nie wystarczy, potrzebujemy drogi, która do niego prowadzi. Po osiągnięciu oświecenia, przez następne 45 lat, Budda dzielił się z uczniami dharmą, czyli nauką o tym „jakimi rzeczy są”. Były to po prostu wyjaśnienia, informacje i rady, a nie dogmaty czy przykazania. Zebrane razem tworzą kandziur, który obejmuje 108 grubych ksiąg. Zawarte w nim 84 tysiące nauk naturalnie dzielą się na główne grupy, znane w sanskrycie jako vinaja, sutra, abidharma i buddyjska tantra. Pozwalają one każdemu, kto pragnie wolności i niezależności, praktykować zgodnie z jego zdolnościami i tendencjami. Ponieważ są tak obszerne, większość ludzi może znaleźć odpowiednie dla siebie nauki i metody. Trzeba jednak być ostrożnym, by nie stworzyć własnej religii, ani też nie mieszać systemów zmierzających do różnych celów. W jakimkolwiek miejscu wejdziemy do strumienia buddyjskich nauk, będziemy mogli płynąć w nim z odpowiadającą nam prędkością, aż do oświecenia. Dharma zawiera wszystko, dlatego nasze właściwości będą się rozwijać we wszystkich kierunkach, jak gałęzie zdrowego drzewa.

Trzecim schronieniem, którego potrzebujemy, są historyczni bodhisattwowie, a na poziomie relatywnym również ci, którzy kontynuują ich pracę – nasi przyjaciele na ścieżce. W praktyce oznacza to, że polegamy na członkach naszej miejscowej sangi, gdyż są po prostu dobrym przykładem. Podchodzą do rzeczy w sposób nieosobisty i pracują dla innych, niektórzy z nich są również podróżującymi nauczycielami. Diamentowa Droga przyciąga wielu niewytrenowanych i nierozpoznanych jeszcze bodhisattwów – sami musimy zdecydować, któremu z nich będziemy chcieli zaufać. Buddyści nie są sentymentalni, dlatego ludzie o nieco nieprzejrzystych charakterach nie zagrzeją długo miejsca w naszych ośrodkach. Powinniśmy zawsze cenić zdrowe poczucie humoru i sprawdzać, czy nasi przyjaciele nie są dziwni i nie traktują zbyt poważnie samych siebie. Szczególnie istotne jest to, żeby mieli zdrowe podejście do seksualności i nie podążali ślepo za politycznie poprawnymi trendami, lecz raczej ufali sobie samym. Również grupy Diamentowej Drogi powinny być świadome tego, kogo przyjmują do ośrodków – w przeciwnym razie ich moc i radość szybko znikną. Istnieją instytucje społeczne dla ludzi mających poważne trudności ze sobą i po to płacimy podatki, by zajęli się nimi specjaliści. Naszym zadaniem jest obdarzać nadmiarem tych, którzy są krytyczni i mają najlepsze, idealistyczne umysły. Pomaganie im w odkrywaniu, że przestrzeń jest sama w sobie radością, bije na głowę recytowanie „szesnastu poziomów pustki” czy opowiadanie o duchowych mocach. Każdy, kto praktykuje w ośrodku, podąża ścieżką, dzieląc się z innymi rozwojem i wzrostem – dzięki temu wszyscy jesteśmy coraz bardziej zainspirowani. Obserwowanie, jak nasi przyjaciele zmieniają się, jak stają się coraz użyteczniejsi dla innych, czy wreszcie jak pokonują swe wewnętrzne demony, może okazać się naszym najlepszym nauczycielem. To podejście to nasza przyszłość. Już od dawna wiadomo, że niezależni ludzie Zachodu nie akceptują hierarchicznych systemów – nikt w Europie czy Ameryce nie jest zainteresowany posiadaniem „pomnikowego” nauczyciela, czy też zależnością od jakiejkolwiek organizacji mówiącej ludziom, co mają myśleć. Jeśli nasz sposób postępowania nie będzie przejrzysty -– przytomni i szczerzy ludzie odejdą od nas i być może nie znajdą dla siebie żadnej naprawdę satysfakcjonującej ścieżki. W naszych ośrodkach powinna panować dobra, otwarta atmosfera, w której zarówno nowi, jak i doświadczeni praktykujący będą mogli razem pracować i uczyć się od siebie nawzajem. Jeśli ktoś podąża ścieżką używając metody prób i błędów, wówczas wystarczy mu cel, droga i wyzwoleni przyjaciele – budda, dharma i sanga w sanskrycie lub sangdzie, czie i gendyn po tybetańsku. Te Trzy Klejnoty są schronieniem we wszystkich szkołach buddyjskich.

Jeśli jednak nie chcemy iść, lecz lecieć do oświecenia, owe trzy źródła schronienia nie wystarczą. Latanie samolotem pozwala nam przemieszczać się bardzo szybko, ale jest trudne i dlatego potrzebujemy nauczyciela pilotażu. Tak jak wszystko inne, również on jest zwierciadłem naszego umysłu, różnica polega na tym, że lama jest, miejmy nadzieję, świadomy. Otwarcie się na nauczyciela jest uczuciem wdzięczności za bogactwo, które nam daje, i choć uczeń nie może znaleźć niczego doskonałego na zewnątrz, czego by już sam nie posiadał, bez pomocy lamy bogactwo to pozostałoby ukryte i niedostępne.
Nauczyciel jest zatem punktem, w którym odkrywamy swój wrodzony potencjał. Posiada on klucz do najszybszego, wielopoziomowego rozwoju. Jego przykład pokazuje, że wszyscy mogą przebudzić w sobie współczucie, mądrość i pełną radości moc. W kontakcie z lamą nie chodzi jedynie o chłodną obserwację, lecz raczej o intensywne, ciepłe i radosne uczucie, iż spotkaliśmy się właśnie z właściwościami, które znamy od dawna. Błogosławieństwo to właśnie to doświadczenie połączone z głęboką wdzięcznością. Wzbogaca ono każdego i sprawia, że nie mamy wątpliwości, iż pewnego dnia my również będziemy w stanie przynosić pożytek innym. Nauczyciel daje nam tę niezwykłą pewność.

Drugim darem, który otrzymujemy od lamy są nauki, które pochodzą od Buddy – nauczyciel przekazuje nam je w formie właściwej dla danego czasu i kultury. Jeśli metody te należą do Diamentowej Drogi, nauczyciel, który się nimi z nami dzieli, musi posiadać prawdziwy przekaz. Im głębsze są nauki, tym bardziej przekształcają one nasz codzienny poziom doświadczania i sprawiają, że stajemy się mniej krytyczni – dlatego właśnie wielu ludzi ulega wpływowi szarlatanów, i dlatego też powinniśmy upewnić się, że nauczycielowi, którego wybraliśmy, można naprawdę zaufać. Również lama ze swojej strony powinien mieć pewność, że to czego naucza, jest godne zaufania. Musi być również przykładem nieustraszoności, spontanicznej radości i dalekowzrocznego współczucia, tak by jego uczniowie mogli się sami przekonać, czy odniósł rzeczywisty pożytek z nauk Buddy na praktycznym poziomie, czy też cytuje jedynie książki i odbywa odosobnienia. Istotne jest również, aby nauczyciel Diamentowej Drogi sam miał autentycznych nauczycieli. Drogi i cele różnych duchowych tradycji bywają bardzo odmienne, dlatego wszelkie porównania Diamentowej Drogi z jakimikolwiek systemem filozoficznym czy szkołą psychologiczną jest bardzo ryzykowne, jeśli nie opierają się na latach studiów i badań. I wreszcie ostatnia, naprawdę ważna rzecz, łatwo jest znaleźć ciągle uśmiechniętych, lecz zmiennych jak chorągiewka na wietrze guru, którzy zostawią nas na lodzie natychmiast, gdy pojawią się trudności. Znacznie rzadziej spotkać można tych niewzruszonych jak skała, którzy nie opuszczą nas, gdy naprawdę będziemy ich potrzebować.

Metody, które szybko prowadzą do oświecenia nazywane są po tybetańsku „jidam”, gdzie „ji” znaczy umysł, a „dam” – związek. Podobnie jak nauki Wielkiej Pieczęci, umożliwiają nam one zbudowanie mostu pomiędzy naszym umysłem, a jego oświeconą naturą. Dzięki praktykowaniu tych metod wykorzystujących wibracje mantr i mechanizm sprzężenia zwrotnego, zachodzącego pomiędzy oświeconymi formami a nami, zewnętrzna i wewnętrzna przytomność spotykają się i stapiają ze sobą, dzięki czemu możemy doświadczać szybkiego rozwoju. Budda manifestuje się jako ponadosobiste formy z energii i światła, łagodne i pełne mocy, pojedyncze i zjednoczone, męskie i żeńskie – jako aspekty oświecenia, które budzą doskonałe właściwości umysłu i jego mądrość. Piękne i pociągające, umożliwiają istotom spojrzenie w najjaśniejsze lustro i zobaczenie własnej, ostatecznej natury w najczystszym świetle.

Ostatnią i niezbędną aktywnością lamy i schronienia jest ochranianie. Mimo że w naszych czasach, na Zachodzie, buddyjscy strażnicy manifestują się głównie jako ochrona przed wypadkami i usuwają przeszkody blokujące nasz rozwój – każdy, kto stara się szybko postępować naprzód ścieżką oświecenia, odniesie korzyści z ich aktywności. Obecni w przestrzeni, pojawiają się przy nas w ułamku sekundy, by działać dla naszego długofalowego dobra, dopóki utrzymujemy szacunek dla samych siebie i związek z nauczycielem. Możemy w pełni zaufać ich profesjonalizmowi i stałości. Jeśli nauczyciel pragnie posiadać moc ochrony, musi być uczciwy. Jest to niezbędne dla podtrzymania jego związku ze strażnikami oraz dla siły i efektywności jego życzeń. Kiedy ludzie o nim pomyślą, powinni czuć się bezpieczni. Dlatego też nie powinien uciekać od niebezpieczeństw, lecz raczej je pokonywać. Nie powinien też być politycznie poprawny, ani unikać podejmowania trudnych decyzji.

Nauczyciel jest tak istotny w Diamentowej Drodze, ponieważ to od niego pochodzi przekaz Wielkiej Pieczęci i praktyk jidamów, to on również ochrania nas na ścieżce. Dzieląc się z nami błogosławieństwem linii, uosabia całe schronienie i jest dla nas najbliższym połączeniem z naszą własną naturą buddy. Nawet buddowie mieli nauczycieli. Gdyby nikt nie pokazał historycznemu Buddzie, że jego umysł jest przejrzystym światłem, nigdy nie osiągnąłby on oświecenia. Nie można zatem przecenić znaczenia nauczyciela, ponieważ każdy potrzebuje lustra, żeby zobaczyć swą własną twarz. Podczas formalnej medytacji wielu praktykujących przyjmuje schronienie jak najszybciej, chcąc przejść do jej głównej części. Widać tu dwa rodzaje motywacji. Niektórzy myślą: „Zestarzeję się, będę chory i umrę. Teraz więc powinienem mieć dobre życie”. W Wielkiej i Diamentowej Drodze to nastawienie jest niewystarczające. Moc niezbędna do używania tych metod transformacji i do utrzymywania najwyższego poglądu pojawia się dzięki życzeniu: „Ponieważ każdy ma problemy i doświadcza bólu, pragnę osiągnąć poziom, z którego naprawdę będę mógł pomagać innym”. Ta druga motywacja jest oczywiście głębsza i zwiększa skuteczność schronienia, ponieważ nasza praktyka ma na celu szczęście wszystkich istot, a więc coś rzeczywiście wszechogarniającego. Jeśli działamy dla pożytku innych, możemy wręcz poczuć na plecach ich ręce i łapy, które popychają nas naprzód – wszystkie istoty są wtedy po prostu zainteresowane powodzeniem naszych działań i całe nasze otoczenie pomaga nam na ścieżce. Dzięki takiej postawie, nawet nieprzyjemne doświadczenia stają się dla nas pełne znaczenia – rozumiemy, że dzięki nim dojrzewamy, by później móc przynieść jeszcze więcej pożytku innym. W medytacjach, które praktykuje się na na poziomach mniej zaawansowanych niż Diamentowa Droga, każdy krok zgodny jest z „liniową” logiką i można go zrozumieć dzięki koncepcjom. Ale na tym najwyższym poziomie budzą się do życia totalne właściwości umysłu i przez to słowa tracą nieco ze swej mocy.

Po tym, jak już zabezpieczyliśmy się poprzez właściwy pogląd i schronienie oparte na współczuciu, możemy dzięki określonym praktykom wykorzystać na ścieżce jedną z trzech zdolności umysłu: uważność, energię lub moc identyfikowania się. Ludzie Zachodu mogą używać nauk Buddy dzięki dobrej karmie swojego świata. Na początku Zachód inspirowały przede wszystkim bezforemne sposoby zrozumienia umysłu, rozpowszechnione przez szkoły Zen i Małej Drogi. Choć wydają się łatwe w użyciu, stosując je trzeba być bardzo ostrożnym, ponieważ bezpośrednie doświadczenie umysłu jest znacznie trudniejsze niż uczenie się długich mantr czy zapoznawanie się z wieloramiennymi formami Buddów. W Diamentowej Drodze w proces rozwoju umysłu angażujemy cały swój potencjał, dlatego naszej praktyce musi towarzyszyć oddanie i uczucie wdzięczności – bez nich nie rozwiniemy mocy niezbędnej do transformacji energii, a nasze próby zastosowania metod Wielkiej Pieczęci będą przypominały stąpanie po cienkim lodzie. Te dwie właściwości: oddanie i wdzięczność, pozwalają nam utrzymać związki z nauczycielem, które są źródłem rzeczywistego postępu na ścieżce. W krajach, z których pochodzą, różne buddyjskie szkoły posługiwały się tradycyjnymi narzędziami, które umożliwiają generowanie pozytywnych wrażeń – jednym z nich jest szczodrość. Bez wzbogacenia umysłu przy jej pomocy możemy rozwinąć w medytacji pusty, senny stan, który stanie się w końcu trucizną dla naszego rozwoju, ponieważ znacznie ogranicza on niezależność i moc umysłu. Aby więc skutecznie medytować bezpośrednio na umysł, musimy być świadomi w dwustu procentach. Wszystko w nas i wokół nas musi wibrować uważnością. Kiedy nie możemy już dłużej utrzymać tej przytomności, powinniśmy się rozluźnić, a potem znowu zrobić to, co jest do zrobienia – zbudować motywację, kiedy chmury się już rozwieją, powrócić do promieniującej przejrzystości. To jest wskazówka dla tych, którzy nie medytują na obiekt, lecz starają się bezpośrednio doświadczyć ponadczasowej przestrzeni umysłu. Kluczem do sukcesu w takiej medytacji jest dobre samopoczucie, w którym umysł lubi spoczywać. Okresy uważności powinny być na początku krótkie, a dopiero potem stopniowo wydłużać się.

Od początku lat 70. ubiegłego wieku coraz więcej ludzi na Zachodzie posługuje się szerokim wachlarzem metod Diamentowej Drogi. W Centralnej i Wschodniej Europie, większość buddystów swobodnie używa świeckich i jogicznych praktyk szkoły Karma Kagyu. Uważają oni, że pochodzące z Tybetu narzędzia medytacyjne odpowiadają ich różnym potrzebom. Również w anglojęzycznej części świata coraz to nowe skandale, w które zaangażowani są buddyjscy nauczyciele, jedynie nieznacznie nadwątlają rosnące zainteresowanie samymi metodami. Jeśli intensywnie się je stosuje, środki te mogą uczynić ludzi naprawdę wolnymi. Medytacja na różne aspekty buddy dostarcza praktykującym inspirującego sprzężenia zwrotnego, na którym umysł może się skupić. Jeśli jesteśmy pomieszani, wsparcie przychodzi od pola energii formy medytacyjnej, a jeżeli nasz umysł trawi pożądanie – faza stopienia przyniesie nam przenikliwe i radosne uczucie zjednoczenia. Medytacja na formy buddów z energii i światła, używanie ich wibracji serca, czyli mantr, i stapianie się z nimi w błogą i świadomą przestrzeń, dotyka niezliczonych „przycisków oświecenia” w naszym ciele, mowie i umyśle. Aby uniknąć powierzchowności w podejściu do medytacji oraz „kaftanu bezpieczeństwa” religii-wiary, praktykujący musi zrozumieć, że prawda i przestrzeń są nierozdzielne i że gdziekolwiek pomyślimy o buddzie, on już tam jest. Świadomość tego jest istotna, ponieważ wielu współczesnych ludzi, których zmysł wzroku jest nieustannie nadmiernie pobudzany, miewa w medytacji raczej abstrakcyjne doświadczenia lub przeżywa uczucie otwarcia, niż „widzi” obrazy. Ludzie ci powinni zatem być pewni, że wystarczy znać kolor danego aspektu buddy, jego atrybuty, pozycję ciała i mantrę, żeby doświadczyć oczekiwanego sprzężenia zwrotnego. Jako że przestrzeń i zjawiska są współzależne, a podział na to, co wewnętrzne i to, co zewnętrzne jest jedynie iluzją, formy te stymulują umysł i regulują energie przepływające w ciele.

Gdy już „zaszczepimy” ponadosobistą doskonałość w naszym ciele, mowie i umyśle podczas fazy budowania, spotykamy buddów na poziomie energii, dzięki mantrom. Następnie rozpuszczamy aspekt buddy zgodnie z tekstem. Niezależnie od tego, czy w tym momencie identyfikujemy się z oświeconą formą, czy też utrzymujemy ją przed albo ponad sobą, rozpuszcza się w całym tym procesie idea „medytującego”. W ten sposób świadomość spotyka się z przestrzenią, forma znika i pozostaje tylko uważność bez centrum i granic, nieustraszona i pełna głębokiej wdzięczności. Powracając do codziennych aktywności, powinniśmy utrzymywać to medytacyjne odczucie najlepiej jak potrafimy. W tym celu dobrze jest postrzegać świat jako Czystą Krainę – rzeczywistość pełną głębokiego znaczenia, zamieszkaną przez potencjalnych buddów. W codziennych sytuacjach najbardziej pożyteczne jest identyfikowanie wyłaniającego się z przestrzeni ciała-świadomości z naszą zwykłą formą, tyle że pozbawioną słabości i chorób. To sprawi, że automatycznie będziemy przynosić pożytek innym. Podczas odosobnień możemy spotęgować efekt przełamywania nawykowych poglądów i kończyć medytację jako forma jidama z energii i światła, na którą medytujemy, i utrzymywać tę uważność pomiędzy sesjami. Dźwięki powinniśmy słyszeć jako mantry, a wszelką aktywność umysłu przeżywać jako mądrość tylko dlatego, że może się wydarzać. Najważniejszą rzeczą w każdej buddyjskiej praktyce jest bycie świadomym tego, który działa i doświadcza. Ostatecznym celem jest rozpoznanie umysłu jako ponadczasowego, przejrzystego światła. Najskuteczniejszą metodą rozwoju jest postępowanie jak budda, aż do momentu, w którym rzeczywiście się nim staniemy. Najbardziej bezpośrednio jednak wrodzone nam wszystkim oświecenie możemy rozpoznać, dzięki identyfikacji z naszym lamą. Dlatego właśnie tak istotne jest, żeby ufać nauczycielowi. Już na początku drogi, mimo często wygórowanych oczekiwań, powinniśmy nauczyć się przytomnie oceniać zarówno własny długofalowy rozwój, jak też postępy innych. Chociaż najbardziej cenimy i najłatwiej zapamiętujemy przebłyski radosnego wglądu, to nie one są najlepszym wskaźnikiem wzrostu. Znacznie lepszym jego wykładnikiem są różne życiowe sytuacje, w których nie tracimy wewnętrznej równowagi, chociaż te albo inne z naszych oczekiwań się nie spełniły, lub też chwile, w których pozostajemy niewzruszeni mimo napływu przeszkadzających emocji.

Na początku łatwiej jest nam medytować, jako na coś doskonałego, na formy z energii niż na postać ludzką, ponieważ te pierwsze nie chodzą do toalety ani nie mają śmiesznych nosów. Może się zdarzyć, że chociaż medytujący jest już w stanie bez problemu postrzegać na czystym poziomie dowolną formę medytacyjną, dużo czasu upłynie zanim będzie potrafił dostrzec jakąkolwiek doskonałość w strażniku miejskim, który właśnie wetknął mandat za złe parkowanie za wycieraczkę jego samochodu. Jeśli jednak medytujemy na nauczyciela i nie rozpraszają nas jakieś niedoskonałości jego ciała, sporadycznie wypowiadane niezręczne słowa, czy zachowania, znajdziemy się blisko celu. Widząc go na czystym poziomie, wkrótce będziemy w stanie rozpoznać ostateczną doskonalość wszystkich sytuacji, istot i ich umysłowej aktywności. A zatem, jeżeli medytujemy na nauczyciela, trudniej jest nam zrobić pierwszy krok, gdyż musimy więcej przetrawić, zmierzyć się z większą ilością sytuacji i wątpliwości oraz więcej zaakceptować. Natomiast następny jest już łatwiejszy. Dlatego zwykle ci, którzy medytują na nauczyciela, osiągają najlepsze rezultaty. Takie jest moje doświadczenie, również Dilgo Czientse Rinpocze poświęcił kiedyś całą książkę doskonałości guru jogi. Wielokrotnie w historii linii Kagyu uczniowie słyszeli następującą wskazówkę: „Jeśli jesteśmy w stanie widzieć nauczyciela na najwyższym poziomie i zachowywać się jak on, jest to najszybsza droga do rozwoju umysłu”. Chcę jeszcze raz podkreślić, że krytyczne obserwowanie działań nauczyciela leży w naszym interesie. Jeśli jest słaby, unika drażliwych tematów i ma tendencję do mówienia tego, co ludzie chcą usłyszeć prowadzi to do rosnącego uczucia zażenowania, a w takiej atmosferze nie ma przestrzeni na rzeczywisty rozwój. Zanim więc obdarzymy lamę zaufaniem, mądrze jest sprawdzić, czy ma on właściwości, które chcielibyśmy rozwinąć. Zwróćcie uwagę na to, czy sam nosi swój bagaż i czy oczekuje, że będzie mu się usługiwać albo zwracać do niego w wyjątkowy sposób. Ponieważ większość ludzi poszukuje dziś nauczycieli Diamentowej Drogi, ponieważ mają oni ogromną ilości wspaniałych właściwości, na lamie spoczywa wileka odpowiedzialność – musi on pomóc im w rozwinięciu tego potencjału, nie zaś w zaprzepaszczeniu go. To, co wydarza się między sesjami medytacjami, jest tak samo istotne jak faza wchłonięcia. Ponieważ chodzi tu o nasze życie, powinniśmy być bardzo świadomi tego, jak do niego wracamy. Najlepiej robić to z pozycji bogactwa, odbierania świata z uczuciem, że wszystko jest prezentem i że nasze ciało i mowa są świadomymi narzędziami przynoszenia pożytku innym. Im skuteczniej jesteśmy w stanie utrzymywać pogląd, że świat jest Czystą Krainą, a ludzie mają potencjał oświecenia, tym łatwiej rzeczy będą się wydarzać. Z drugiej strony, jeśli brakuje nam zdolności do takiego spojrzenia na zjawiska i istoty, nigdy nie zrozumiemy, że każde doświadczenie jest promieniowaniem umysłu i będziemy ciągle od nowa przeżywać wzloty i upadki zwyczajnego świata. Dlatego też Budda radzi nam kończyć każdą medytację życzeniem, aby wszystkie pozytywne wrażenia, które dzięki niej nagromadziliśmy stały sie nieograniczone, dotarły do wszystkich istot i przyniosły im trwałą radość – rozpoznanie umysłu. Nie ma szlachetniejszej motywacji – to właśnie to podejście sprawi, że będziemy w stanie w pełni cieszyć się bogactwem umysłu. Jeśli nie zmienimy swego obecnego systemu wartości, cierpienie jest nieuniknione. Dopóki myślimy, że jesteśmy swoimi ciałami i że posiadamy swoje rzeczy i pieniądze, dopóty starość, choroba i śmierć będą dla nas czymś bardzo bolesnym.

Opracowanie: Natalia Majewska, Kryspin Kochanowski

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Cieszyć się bogactwem umysłu... - Lama Ole nydahl | Buddyzm na Wschodzie i na Zachodzie - Wywiad z XVII Gjalła Karmapą Taje Dordże | Czy spotkałaś kiedyś dakinie? - Wywiad z Hannah Nydahl | Cytat - Tilopa | Nie wolno wam stać się nudziarzami - Wywiad z Lamą Ole i Caty Hartung | Bodhisattwowie i bodhiczitta - Mipam Rinpocze | Jesteśmy joginami Kagyu - Lama Ole Nydahl | Tara żeńska energia oświecenia - Eduardo Herrera | Cytat - Lama Ole Nydahl | Miłość jak ocean, czyli cztery niezmierzonośći - Wojtek Tracewski | Życie jak kino - Dzongsar Czientse Rinpocze | Jest taki punkt na mapie - Wywiad z Lamą Ole, Caty i Tomkiem | Modlitwa życzeń o długie życie Lamy Ole - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Zasady i kanony sztuki tybetańskiej - Ewa Preschern | Niezniszczalna moc dordże - Mira Starobrzańska | Historia Kagyupów w Ladakhu - Svenja Schmitt | W kręgu buddyjskich kultur Azji Południowo-Wschodniej - Rafał Kowalczyk | Doświadczenie to jest to! - Ralph Bohn | Cytat - Lama Ole Nydahl | Tam, gdzie są nasze marzenia | Powiew świeżości w New Delhi - Kerstin Seifert | Wiadomości | Silver Lake Story - Ania Leszyńska | Kraków o piętro wyżej - Karolina Czerwińska | Ośrodek w Zagórzanach - Załoga Zagórzan | Sydney. Tak blisko, choć tak daleko - Ifka Kloessing | Nasli jsme Trojak [Znaleźliśmy Trojak] - Jarek Orzeł & Trojak Team |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: