DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 42 -> Więcej, lepiej, bardziej

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Więcej, lepiej, bardziej

Wojtek Tracewski
_________

Opowiada o magazynie Diamentowa Droga, wrzesień 2006


Jakie były początki Diamentówki? Jak się zmieniała szata graficzna, format, nakład?

Wojtek: Zaczęło się jeszcze przed aferą o XVII Karmapę – w 1992 roku szlachetna sanga wpadła na pomysł, że dobrze byłoby zacząć wydawać informator z terminami wizyt nauczycieli i innymi szczegółami. W pewnym momencie, kiedy byliśmy z Lamą Ole w Rosji, ukazał się drugi numer z pięknym, kolorowym zdjęciem Urdziena Trinleja jako nowego Karmapy. Kiedy Ole zobaczył ten produkt, skrzywił się jak rzadko i w kilku krótkich słowach zmienił zespół redakcyjny na bardziej zaprzyjaźniony. Padło na mnie, może dlatego, że akurat byłem pod ręką (śmiech). Trzeci numer zrobiliśmy już we dwoje z Asią Niesłuchowską – ja tłumaczyłem teksty, wtedy głównie z niemieckiego magazynu Kagyu Life, a Joanna przepisywała je dzielnie na komputerze, organizowała skład, woziła materiał do drukarni i robiła całą masę innych potrzebnych rzeczy... W pewnym momencie robiliśmy DD ze Zbyszkiem Andruszkiewiczem, pomagała nam też Mira Boboli. Wszystko zmieniało się etapami, samo z siebie. Zaczynaliśmy od zeszytu A5, gdzie jedynymi ilustracjami były małe fotki różnych nauczycieli, których wykłady drukowaliśmy, czasami jakiś szlaczek w stylu tybetańskim, okładka w jednym kolorze itd. Tak naprawdę coś wyraźnie ruszyło z miejsca dopiero przy okazji dziesiątego numeru...

Zrobiliście go już z Rafałem Olechem?

Wojtek: Tak, mały format pierwszych numerów i ich głównie informacyjny charakter szybko się przeżyły, sanga urosła, potrzebna była lepsza grafika na miarę nowych, lepszych czasów... I wtedy zaczęliśmy robić DD z Rafałem. Pracowaliśmy wtedy głównie nocami, kiedy miał on wolny czas po pracy. Pamiętam, że wymyślając ilustracje do pierwszego wspólnego numeru inspirowaliśmy się i broniliśmy przed zaśnięciem doskonałą muzyką zespołu Piersi – nasza ulubiona piosenka nazywała się „Rodzina słowem silna” i miała, moim zdaniem, wyjątkowo udany, typowo polski i bliski życiu tekst, dotyczył on oczywiście wartości rodzinnych (śmiech). I na długi czas tak już zostało – ja tłumaczyłem i przygotowywałem teksty, które coraz częściej pomagali nam tworzyć różni przyjaciele (Żwirek okazał się na przykład doskonałym specjalistą od wywiadów), a potem razem z Rafałem ilustrowaliśmy nocami na komputerze w jego firmie kolejne numery Diamentówki. Czasami nad ranem Rafał zasypiał na klawiaturze, a ja pochylony w drugą stronę na krześle obok – dla urozmaicenia krajobrazu. Nie mieliśmy wtedy samochodów, wracaliśmy po takiej sesji do domu nocnymi autobusami, ogólnie było wesoło i bohatersko. Na początku Rafał eksperymentował z ilustracjami w tzw. duotonach (tak to się chyba fachowo nazywa, ostateczny efekt uzyskuje się z dwóch kolorów), żeby było już trochę barwnie, ale ciągle jeszcze tanio, bo DD utrzymywała się zawsze sama, szczerze mówiąc zwykle na granicy bankructwa. Jakimś cudem udawała nam się ta artystyczno-tekstowo-organizacyjno-finansowa gimnastyka, głównie dzięki praktycznym talentom Rafała. Zmienialiśmy czcionki, layout, zaryzykowaliśmy wprowadzenie prawdziwego koloru. W naturalny sposób w całym procesie produkcyjnym DD zaczęło nam pomagać coraz więcej przyjaciół: Psiksa, Ela i Piotr Gromułowie, Kasia Biała, Mariola Białołęcka, Mira Boboli, Asia Orska, Asia Zatorska, Kamil, Hania, Arek, Płaski, Ty...

Jak Lama Ole ocenia polską Diamentówkę?

Wojtek: Olemu nasza DD zawsze się podobała. W porównaniu z innymi magazynami Kagyu była dosyć artystyczna, ukazywała się często. Czasami produkowaliśmy więcej wydań w ciągu roku niż niemiecka redakcja, co było możliwe dzięki nocom w firmie Rafała. Kiedyś zdarzyła się nawet śmieszna sytuacja: w jednym z zachodnich krajów ktoś pokazał Olemu z pewną dumą świeżo wydane miejscowe czasopismo buddyjskie, składające się z kilku stron odbitych na ksero, z kilkoma czarno-białymi zdjęciami. Ole wyciągnął wtedy z bagażu ostatnią DD i powiedział: „W Polsce też ludzie wydają magazyn o buddyzmie...”. Chyba tylko jeden raz DD się Lamie nie spodobała. To był jedenasty numer. Byliśmy już z Rafałem nieźle zmęczeni i nie szło nam z okładką nad ranem. Chcieliśmy ją zrobić z czerwonego koloru w duotonie i Olego portret na cała okładkę wyszedł... różowy. Dodam, że nie jest to ulubiony kolor Olego, więc Lama spojrzał na okładkę chłodno, ale nic nie powiedział, myślę że ze współczucia dla redakcji (śmiech).

A co z okolicznościową wersją angielską? Jedna już była, może jeszcze jakaś będzie?

Wojtek: Hmm... Była i to bardzo udana, z masą ilustracji z Bhutanu i dobrymi tekstami, została przeszmuglowana do Hiszpanii w najlepszym stylu Kagyu i sprzedana tam dla pożytku wszystkich istot – głównie anglojęzycznych w tym przypadku, ale nie tylko – przy okazji otwarcia stupy w Benalmadenie. Wszystkim się podobała, ale chyba nie będzie kolejnego numeru, bo zrobiło się z tym trochę zamieszania, ktoś powiedział, że to konkurencja dla naszego amerykańskiego Buddhism Today. Nostra culpa, nostra culpa, nostra maxima culpa, jak mawiali starożytni rzymscy buddyści. Teraz siedzibą redakcji jest Stupa House, praca nad numerem odbywa się przez internet...

Jak to wszystko wygląda, kto współtworzy kolejne numery, jaki nakład ma DD?

Wojtek: Szczerze mówiąc, o własnym pomieszczeniu na redakcję magazynu marzyliśmy z Rafałem od dawna ale do narodzin Stupa House zawsze był z tym kłopot. Na Zielonej, gdzie mieścił się wcześniej warszawski ośrodek, mieliśmy do dyspozycji bardzo mały pokoik, w którym nic się nigdy nie mieściło, nie było czym oddychać. Spełniał on jednocześnie funkcję pracowni Rafała, tonął wręcz w morzu komputerów, skanerów, papierów, archiwalnych egzemplarzy DD, zdjęć itd. Internet jest rzeczywiście niesamowitym ułatwieniem – ten wywiad robimy przecież przez internet, w ostatniej chwili, jak zwykle. Ty jesteś z Rafałem w Stupa House, a ja w naszym ośrodku w Piatigorsku na rosyjskim Kaukazie, całkiem niedaleko od słynnego kurortu Grozny (śmiech). Szczerze mówiąc nie wiem, jak moglibyśmy przygotowywać teraz razem DD bez sieci, chyba z powodu podróży musiałbym się zwolnić z zespołu redakcyjnego, a tak nadal mam szansę brać bezpośredni udział w tym doskonałym przedsięwzięciu. Cały proces wygląda tak: Kasia Biała wybiera teksty (możemy sobie pozwalać na większą swobodę w ich doborze niż inne redakcje, bo w końcu kto na świecie zna język polski?), rozmawiając ze mną o nich w niejasnych przypadkach, potem wysyła je różnym zaprzyjaźnionym tłumaczom do przetłumaczenia, koordynuje terminy, krótko mówiąc spełnia rolę sekretarza redakcji i tłumacza przy okazji. Jeśli trzeba któryś z artykułów poprawić merytorycznie, dostaję go od niej i odsyłam z powrotem po korekcie do Ciebie. W rezultacie materiał na kolejny numer trafia mailem do Rafała i jego całej już teraz armii grafików, w których komputerach teksty są „ubierane” w ilustracje, czcionki, geniale rysunki Płaskiego na końcu itd. Artykuły redaguje Psiksa, Ty, potem Rafał rzuca na wszystko swoim okiem, zmienia tu i ówdzie szczegóły (co zajmuje mu zwykle kilka nieprzespanych nocy, zgodnie z tradycją DD) i (jak zwykle w ostatniej chwili) oddaje numer do drukarni. Przygotowujemy teraz dwa numery w roku po prostu dlatego, że obróbka kolorowych zdjęć jest znacznie bardziej czasochłonna, niż czarno-białych, muszą one też być lepszej jakości itd. Obecnie DD ukazuje się w nakładzie 1500 egzemplarzy.

Diamentowa Droga w przyszłości?

Wojtek: Coraz większy nakład, coraz lepsze zdjęcia, coraz większy zespół redakcyjny, coraz więcej pieniędzy na nowe numery, coraz większe pomieszczenia redakcyjne, coraz lepszy layout, coraz lepsze teksty, coraz większy pożytek coraz bardziej wyzwolonych i oświeconych czytelników i coraz bardziej wypoczęty Rafał pod koniec przygotowywania kolejnego numeru do druku... Czyli ogólnie coraz więcej dobrych rzeczy w jak największej ilości i jak najlepszej jakości.

Dziękuję za rozmowę.

Opracowanie: Mira Starobrzańska

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Cytat - Karol Ślęczek | Obietnica bodhisattwy - XVII Karmapa Trinlej Taje Dordże | Medytacja 16 Karmapy - Wywiad z Lamą Ole | Uczył nas w bardzo zręczny sposób - Hannah Nydahl | Umysł i śmierć - Lama Dzigme Rinpocze | Cztery przyczyny odrodzenia w Dełaczien - Szamar Rinpocze | Wszystko jest snem, dlatego wszystko jest możliwe - Lama Ole Nydahl | Twierdza oświecenia - Milarepa | Oddanie dla nauczyciela - Szangpa Rinpocze | Jak kot z zapalonym ogonem - Porucznik Adam Jankiewicz | Zasady i kanony sztuki tybetańskiej - Ewa Preschern | Historia Kagyupów w Ladakhu - Svenja Schmitt | Cywilizacja w kręgu buddyjskich kultur Azji Południowo-Wschodniej - Rafał Kowalczyk | Czym jest Pustka? - Dorothea Deeg i Matthias Ostermann | Cytat - Hannah Nydahl | Doświadczenie to jest to - Ralph Bohn | Więcej, lepiej, bardziej - Wojtek Tracewski | Ośrodek Europejski - Wywiad z Romanem Lausem | Karma Guen - Peter Gomez | Bartołty - Adam Jankiewicz & team | Vyhlidky - czeska kraina łagodności - Mira Starobrzańska i Kveta Svedova | Jogini pod dachami Paryża - Marta Cichocka | Słupsk - wszystko jest możliwe! | Głogów | Triangle Project - Triangle Project Team |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: