DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 41 -> Sushi, dzikość, serca i naukowy umysł

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Sushi, dzikość, serca i naukowy umysł

Wywiad z Zsuzsą Koszegi
_________

Rumunia 2005


Jak zaczęłaś zajmować się dharmą?

Zsuzsa: Właściwie nie sądzę, żebym zaczęła. To zawsze jest moja odpowiedź. Dlaczego? Ponieważ Ole mówi, że bardzo trudno znaleźć kobietę, dla której priorytetem jest dharma. Ludzie często myślą, że dharma jest dla mnie najważniejsza, ale kiedy naprawdę głęboko spoglądam w swój umysł wiem, że ciągle mam kilka zabawnych koncepcji na temat własnej wolności. Więc myślę, że to jest raczej pytanie o priorytety, które wszyscy tutaj staramy się zmienić. Przypuszczam, że dlatego właśnie zajęłam się naukami. Poza wszystkimi dostępnymi ofertami, których wiecznie było mi mało, ciągle szukałam czegoś więcej. Od najmłodszych lat myślałam, że tutaj musi być coś więcej. Myślę, że wielu ludzi wie, jak przygodowe było moje życie, na szczęście w ostatnim momencie spotkałam Lamę Ole.

Ale przecież zetknęłaś się z nauką Buddy wcześniej?

Zsuzsa: Tak, ale w tamtych czasach nie byłam pewna czego chcę, straciłam grunt pod nogami. W czasie poszukiwań zabrnęłam w sex, narkotyki i rock and roll, ale niestety nie medytację, co mogłoby być dobrym dodatkiem. Tak więc, grunt mi się lekko spod nóg usunął i miałam bardzo rozchwiany stan umysłu, nad którym nota bene ciągle muszę pracować. Dorobiłam się kilku neurotycznych tendencji w tamtym czasie, więc kiedy zdecydowałam się, żeby przejąć kontrolę nad własnym życiem, zamiast nie przejmowania się niczym zrozumiałam, że będę potrzebowała pomocy. W końcu, kiedy byłam w Indiach postanowiłam pójść do tybetańskiego lekarza, ale zamiast tego trafiłam na swój pierwszy buddyjski wykład i od razu wiedziałam, że jestem w domu. Zaraz jednak zrozumiałam, że bycie buddystą nie oznacza, że natychmiast sobie ze wszystkim poradzę, ponieważ startujemy z naprawdę różnych poziomów. Potem dziesięć lat krążyłam po świecie, nim wreszcie na Węgrzech znalazłam Lamę Ole.

Jakie było Twoje pierwsze wrażenie? Jak wyglądało pierwsze spotkanie?

Zsuzsa: Właściwie to ktoś dał mi namiar na Węgrzech. Kiedy tylko wróciłam do domu, natychmiast zaczęłam szukać ośrodka buddyjskiego, który był wtedy bardzo tradycyjny, pudże i tym podobne... Ale zobaczyłam kilku przystojnych chłopaków, więc zostałam. A potem, nawet nie pamiętam jak, spotkałam taką parę, która należała do grupy Lamy Ole. Jedyną rzeczą jaką pamiętam, było rozwieszanie plakatów dla takiego gościa, który nazywał się Lama Ole. To było niesamowite, naprawdę z pełnym wysiłkiem, a nie jak zwykle się obijając. W Azji oczywiście słyszałam jakieś nieciekawe historie, ale to w żaden sposób nie wpłynęło na moje wejście w sytuację.

Wiemy, że masz za sobą formalną edukację buddyjską, czy możesz nam o tym opowiedzieć? Czy jest to przydatne i czy polecałabyś to innym?

Zsuzsa: Cała to edukacja pokazuje tylko długodystansową mądrość naszego nauczyciela, ponieważ stało się to w czasie, gdy zastanawiałam się czy zostać na Węgrzech, czy może udać się na długie odosobnienie, albo po prostu wyjechać do Indii. Wtedy właśnie Ole wysłał mnie do Instytutu Karmapy (KIBI, Karmapa International Buddhist Institute), o którym w otwarty sposób mówił, że jest niewyobrażalnie nudny. A ja byłam jedyną osobą, którą tam wysłał (śmiech). Nie mogłam znaleźć sobie miejsca i cały czas się zastanawiałam, dlaczego oni wszyscy to robią. Przez jakieś pół roku nie miałam pojęcia, co się tam w ogóle dzieje. W końcu jakoś się wciągnęłam, tuż przed końcem. Nawet, jeśli nauki były bardzo suche – nigdy mnie nie nudziły, ponieważ odkryłam, że mam naukowy umysł. To wpłynęło na moje życie. Zanim udałam się do tej szkoły, wiedziałam, że mam bardzo dobrą intuicję, ale byłam zbyt leniwa, żeby zacząć jej używać, nie byłam w stanie tego wyrazić. Więc ta edukacja dała mi możliwość wyrażenia tych umiejętności w słowach. Bardzo często tak właśnie jest z kobietami, że mają intuicję, ale nie potrafią jej wytłumaczyć w logiczny sposób innym. Oczywiście nie zawsze coś, co jest logiczne dla mnie musi być takie dla innych. Tak więc intuicja i jej intelektualne zrozumienie muszą współpracować razem dla osiągnięcia pełnego rezultatu. Lata później zapytałam Olego, dlaczego wysłał mnie do tej szkoły, a on z pełną szczerością odpowiedział: „żeby cię uspokoić”. To tyle, jeśli chodzi o współpracę edukacji i intuicji. Myślę, że edukacja ta nie jest niezbędna. Bardzo często, jako intelektualiści rozumiemy nauki, ale nie potrafimy ich zastosować. Najlepiej więc jest, gdy sytuacja staje się naszym nauczycielem.

W KIBI spotkałaś XVII Karmapę…

Zsuzsa: Hmm, był małym chłopcem, więc oczywiście nie mogłam mieć z nim żadnego związku, który mogłabym sobie wyobrazić (śmiech). Widziałam go jak biegał swobodnie jako mały chłopiec i to sprawia, że dzisiaj, kiedy go widzę jestem znacznie bardziej zrelaksowana. Mam do niego swobodne podejście, ponieważ widziałam go w wielu sytuacjach, jaki był nieśmiały na początku, a później jak bawił się coraz więcej. To było naprawdę zabawne, te wspólne chwile, kiedy miało się świadomość, że on zawsze jest gdzieś w pobliżu, nawet jeśli mnisi starali się trzymać go z daleka od kobiet, kiedy tylko się dało. Ale oczywiście wszyscy mnisi byli moimi kumplami, więc także miałam swoją porcję rozrywki. Pamiętam raz, gdy byłam na tarasie, Karmapa przyszedł żeby pograć z mnichami w piłkę. Kiedy kopnęłam piłkę wszyscy mnisi bardzo się wkurzyli, że to kobieta kopie piłkę. Myślę, że Karmapie też się to wtedy nie podobało (śmiech). W jakiś sposób było to prawdziwe błogosławieństwo dostać się tak blisko jego pola mocy, w tak nieformalny sposób… po prostu bycie tam i związek z nim.

Czy udało ci się zachować tę bliską relację do dzisiaj?

Zsuzsa: To było naprawdę interesujące – wiele razy, kiedy żartowałam sobie z mnichami dopiero na koniec orientowałam się, że Karmapa przysłuchiwał się nam przez cały czas. Wszystkie cuda oczywiście nie są ważne. Z drugiej jednak strony to, co wywarło na mnie wrażenie, to obecne tam różne pola mocy. Oczywiście zawsze od razu wyczuwało się pole mocy Szamara Rinpocze, kiedy się zbliżał, ponieważ wszyscy mnisi zaczynali się wtedy znacznie lepiej zachowywać, był w końcu mistrzem dyscypliny. Trochę później, gdy zabrałam grupę na wizytę, Karmapa zachowywał się jakby w ogóle mnie nie znał. To było bardzo dobre dla mnie, ponieważ mogłam sobie poobserwować te swoje wszystkie oczekiwania, że ten nastoletni chłopiec mógł się zaprzyjaźnić z dziką kobietą, która ciągle ganiała w kółko prowokując ludzi. Ale tak się nie stało, więc pomyślałam sobie: „OK., w porządku”, wzięłam głęboki wdech i powiedziałam do siebie: „Niech tak będzie”. Była to świetna lekcja, którą zrozumiałam i następnym razem, kiedy Karmapa przyjechał na Węgry, nie miałam już żadnych oczekiwań myśląc, że jestem po prostu jedną z tysiąca w tym tłumie. Później, kiedy go zobaczyłam, natychmiast mnie zapytał jak się mam i od tego momentu zaczęliśmy znowu się porozumiewać. Tak po prostu. Ale nawet teraz, kiedy widzę, jak ludzie się spinają, muszę przyznać, że zabiera mi to chwilę nim się w pełni zrelaksuję. Natychmiast wyczuwam wiszące w powietrzu napięcie, na przykład, kiedy muszę wystąpić z mową powitalną – tracę głowę, ale tak w ogóle to bardzo się cieszę ze wszystkich bliskich chwil z Karmapą, które w końcu powinniśmy mieć. Kiedyś mieliśmy spotkanie podróżujących nauczycieli przed pierwszą wizytą Karmapy. Niektórzy chcieli sprawdzić, co będziemy mówić na jego powitanie, sugerując jak to powinno być powiedziane, ale powiedziałam im, że to niemożliwe. Nasz najlepszy przyjaciel przyjeżdża, a my ćwiczymy nasze zachowanie, jak przed występem, chociaż wydawać by się mogło, że jesteśmy inteligentnymi ludźmi. Powiedziałam, że jeśli nie potrafimy sobie z tym poradzić w prosty, naturalny sposób, pojawia się pytanie czy w takim razie jesteśmy w stanie osiągnąć cokolwiek, o czym mówimy? Wspaniale jest widzieć, jak Karmapa staje się coraz bardziej zrelaksowany, kiedy zaczynamy sobie uświadamiać, że jest naszym najlepszym przyjacielem. Okazywanie szacunku jest sprawą indywidualną, ale sztywność zdecydowanie w okazywaniu szacunku nie pomaga.

Twoje życie sprzed dharmy; jak wyglądało i co się w nim zmieniło?

Zsuzsa: Myślicie, że coś się w ogóle zmieniło? (śmiech). Teraz jest to trochę trudne, ponieważ musimy żyć pełnym życiem. Na początku bardzo ważne było dla mnie to, że chciałam zobaczyć świat. Robienie tego, na co mamy ochotę jest bardzo ważne. Jest zbyt wielu ludzi, którzy mają różne pragnienia, ale nigdy ich nie realizują i nigdy nie sprawdzają granic własnej wytrzymałości, ponieważ się boją. Ci ludzie nigdy nie doświadczają wielkiej radości pochodzącej z prostego powodu zdecydowania się na ten krok. W każdym razie ja podróżowałam po świecie, nie jako hippies, ale jako naukowiec. Chciałam przede wszystkim zobaczyć, jak żyją ludzie, gdziekolwiek są. Miałam fizycznie bardzo mało pieniędzy, ale nigdy nie miałam mało pieniędzy w umyśle, co było bardzo ważne, ponieważ kiedy tylko wyjechałam z kraju wiedziałam, że mogę wszystko. Nigdy nie miałam dotkniętej ubóstwem mentalności i w taki właśnie sposób manifestował się przede mną świat. Czasami się tylko zastanawiam, jak długo to jeszcze potrwa (śmiech). Miałam ten rodzaj otwartości i pragnienie poznawania. Zawsze bardzo interesowali mnie ludzie i to, jakimi rzeczy tak naprawdę są. W jakiś sposób wszystko mi się udawało z tym nastawieniem. Bardzo często byłam katalizatorem w różnych sytuacjach. Pojawiałam się, sytuacja nabierała tempa wokół mnie i oczywiście w czasie, gdy pojawiały się rezultaty, mnie już tam nie było. Niestety ciągle mam ten nawyk i za każdym razem chcę już być gdzie indziej; mieszkać gdzie indziej, opuścić ośrodek buddyjski by spróbować czegoś nowego. Nadal i ciągle utrzymuję nawyk krążenia tu i tam. A co się zmieniło? Myślę, że moja impulsywna natura zamieniła się w spontaniczność. Jaka jest różnica pomiędzy byciem impulsywnym a spontanicznym? Impulsywność to myślenie przede wszystkim o własnych pragnieniach i natychmiastowe dążenie do ich spełnienia, podczas gdy spontaniczność oznacza spoczywanie w chwili, pracowanie z tym, co się pojawia. Ponieważ pojawia się coraz więcej spontaniczności, ciągle nad sobą pracuję i nie jestem już tak bardzo przywiązana do zewnętrznych wolności. Wiem, że w ten sposób mogę znacznie więcej zrobić dla innych. Na tym polega ta różnica. Tu widzę zmianę.

Wydajesz się bardzo szczęśliwą osobą. Czy zawsze tak było, czy może to wpływ praktyki?

Zsuzsa: Pozory mylą. Sprawdźcie to na podstawie własnych umysłów. W gruncie rzeczy jestem bardzo depresyjną osobą (śmiech), ale zawsze jestem gotowa, żeby z tego wyjść. Przed buddyzmem byłam przygnębiona. Moja depresja nigdy jednak nie wyrażała się poprzez melancholijnie zwieszony nos, ale raczej w tym, że nigdy nie czułam się jakbym była u siebie. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Oczywiście ludzie zawsze bardzo mnie interesowali i z chwilą spotkania pojawia się swoista inspiracja i otwartość. Ale przed buddyzmem doświadczałam długich okresów przygnębienia. Rzecz jasna nie bycie szczęśliwym nie oznacza, że nie można żartować. Poza tym bardzo chciałam rozwinąć moje wewnętrzne poczucie szczęścia. Zawsze też byłam gotowa, żeby wydostać się z tego pomieszania i chyba dokładnie o to tutaj chodzi. Nie ważne czy jest się smutnym czy nie, ale jak bardzo chcemy ten stan zatrzymać i czy jesteśmy gotowi poszukać czegoś innego i wskoczyć w to w jednej chwili. Świadomość, że jest coś, dla czego mogę ten smutek zostawić sprawia, że już tam jestem i już jestem szczęśliwa. Oczywiście nie oznacza to, że jestem nieprzerwanie radosna. Poczucie humoru: to jest niepisana nauka. Trzeba mieć poczucie humoru, ponieważ w innym wypadku... W każdym razie to zdecydowanie mam i muszę przyznać, że jest to spory dar. Za każdym razem, gdy doświadczałam trudności, wiedziałam, że trochę później będę o tym opowiadała innym i śmiała się z tego. Ten czas się ciągle skraca i za każdym razem już nie mogę się doczekać, kiedy wyciągnę wnioski i opowiem o tym innym. Jeszcze ciągle trwa to jakieś dwa dni (śmiech).

Jak myślisz, czym byś się zajmowała, gdybyś nie spotkała Lamy Ole?

Zsuzsa: To pytanie się nie liczy. Nie ma żadnego „gdyby”. Można raczej zastanowić się, co zrobiłby Lama Ole, gdyby nie spotkał mnie (śmiech).

Podróżujesz ponad 100 dni w ciągu roku. Co robisz z resztą czasu i jaka jest twoja rola w ośrodku w Budapeszcie?

Zsuzsa: Chociaż nigdy nie kształciłam się na nauczyciela angielskiego, uczę właśnie tego języka, to taki podarunek od życia. Ciągle istnieje potrzeba na naukę tego języka. Nie jestem nigdzie na stałe zatrudniona, więc nie jest to pewna posada, ale wcale się tym nie przejmuję. Czasami pracuję dla firm i mam sporo wolności. Odnośnie ośrodka w Budapeszcie, to jestem bardzo wdzięczna, że mogę się tam wiele nauczyć. Uczę się mnóstwa drobiazgów, niezbędnych by pozostać praktycznym i niesentymentalnym buddystą. Bardzo dużo podróżuję, więc zwykle po powrocie do domu tworzyłam istny chaos, ponieważ miałam jakieś nowe pomysły i kompletny brak cierpliwości, żeby je wprowadzić w życie. Więc teraz moim najcięższym zadaniem jest nauczenie się z tej sytuacji i znalezienie odpowiedniej osoby, która pomogłaby tym pomysłom zamanifestować się w praktyczny, przynoszący pożytek sposób. Kiedykolwiek wracam do domu, od razu tworzę chaos, ale szczerze mówiąc uwielbiam organizację z odrobiną chaosu, w tym odnajduję harmonię. Oczywiście do tego chaosu też nie należy się przywiązywać. Prawdopodobnie moją główną pracą jest przywożenie nowych pomysłów w momencie, gdy brakuje powiewu świeżości i radości. Mam też kilka bardziej praktycznych zadań, ale nawet wtedy ciężko mi się skoncentrować na jednym tylko projekcie. Bardziej działam jak rozrusznik, odpalam silnik. Naturalnie nie do końca mnie to satysfakcjonuje, ponieważ należy nie tylko odpalić silnik, ale też nauczyć się poprowadzić go przez całą drogę. Jestem w rozterce, ponieważ muszę się tego nauczyć, a jednocześnie utrzymać inspirację. Powinniśmy nauczyć się obu tych rzeczy. Teraz nauczanie angielskiego sprawia mi szczególną radość, większą niż wcześniej. Kiedyś nie bardzo mi się chciało, ale znalazłam na to sposób, ponieważ zrozumiałam, że należy znaleźć ten silnik w ludziach, w tym co powoduje, że się ożywiają i w taki sposób ich uczyć. Wcześniej oczywiście myślałam, że wszyscy są tacy jak ja. Myślałam: „angielski jest taki prosty, czemu oni nie mogą się go nauczyć?” (śmiech). A potem zauważyłam, że bardzo opornie idzie mi nauka technicznych rzeczy. Najważniejsze jest jednak, by znaleźć klucz, to co ich rozrusza. Muszę się też nauczyć, aby nie czekać z niecierpliwością na moje podróże, które zawsze przypominają jedną wielką imprezę, od pierwszego momentu wyjazdu. W taki sam sposób powinnam nauczyć się czekać z niecierpliwością na powrót do domu. To stare nawyki i wydaje mi się, że niewiele już brakuje, żeby się przez nie przebić.

Czy nigdy nie czułaś potrzeby by w końcu osiąść, założyć rodzinę?

Zsuzsa: Co znaczy „osiąść”? Siedzieć w jednym miejscu? No co wy... Za to mam głębokie życzenie, aby osiąść we własnym umyśle, zrobić parę odosobnień, takich kilkudniowych. Może jestem trochę przywiązana do wewnętrznej przestrzeni, ale nigdy do tego, co na zewnątrz. Wiecie, jak to jest. Oczywiście, zawsze chcę wyglądać sexy, jeśli o to wam chodzi w ustabilizowaniu się.

Tak wiele podróżujesz, może masz swoje ulubione miejsca?

Zsuzsa: Możecie sobie wyobrazić reakcję ludzi, gdybym ogłosiła listę ulubionych krajów? Bardzo się cieszę, gdy nie znajduję się wśród ludzi podobnych do mnie. Gdziekolwiek się udajemy, przeważnie szukamy podobnych sobie, prawda? Kogoś, z kim bardzo łatwo możemy się dogadać. Ale w ten sposób nie można się zbyt wiele nauczyć, więc zawsze bardzo się cieszę, gdy otaczają mnie ludzie różni ode mnie. Wtedy myślę: „jak my przeżyjemy te dwa dni razem?” Potem udaje mi się przebić i już czuję się jak u siebie, i już jest zabawa. O to właśnie chodzi. W ten sposób można naprawdę wiele się nauczyć. Jest w tym o wiele wspanialsze bogactwo niż ciągłe poszukiwanie ludzi nam podobnych. Oczywiście lubię sushi, więc gdziekolwiek mogę je zamówić, jestem szczęśliwa (śmiech). Ale czasem nawet tego może być za dużo. Raczej chodzi o to, że kiedy jedno miejsce jest trudne, to w następnym jeszcze bardziej się staram. Zrozumiałam, że za każdym razem to zależy ode mnie, a nie od innych. I to jest naprawdę wyzwalające.

Czy mogłabyś powiedzieć coś o Wschodniej Europie? Coś o charakterystyce tamtejszej sangi?

Zsuzsa: Co rozumiecie przez Wschodnią Europę, Węgry? (śmiech)

Słowacja, Czechy, Polska...

Zsuzsa: Jesteśmy bardzo różni, więc kiedy przyglądam się nowym krajom Unii Europejskiej, muszę przyznać, że Czesi najszybciej łapią zachodni styl. Mają taką sprawną organizację. Naprawdę to lubię i myślę, że w taki sam sposób radzą sobie w ośrodkach. Lama to zresztą potwierdził. Na przykład wybierają się z wykładami w miejsca, w których nie ma żadnych buddystów. Na początku myślałam, że działa to w drugą stronę, że najpierw muszą być ludzie, którzy są zainteresowani, a dopiero potem my się pojawiamy. Ale Czesi robią to w inny sposób. Jest to naprawdę interesujące. Zresztą każdy z tych krajów ma bardzo ciekawe właściwości. Jako byłe państwa komunistyczne ciągle mamy zabawne podejście do pracy. Dla nas to ciągle jest coś nieszlachetnego. Odkryłam też, co oznacza lenistwo – otóż, kiedy możesz zrobić coś teraz, ale odkładasz to na później. Czas leci i coraz trudniej nam się za to zabrać. A to wszystko z powodu tego sztywnego podejścia, że skupiamy się przede wszystkim na dobrej zabawie. W naszym rozumieniu istnieje głęboka przepaść pomiędzy zabawą a pracą. Takie jest właśnie nasze podejście. Powoli jednak zwracamy uwagę na zdobywanie pieniędzy we właściwy sposób i to jest wspaniałe. Bogactwo jest w umyśle, a nie w kieszeni. Ważne, żeby to zrozumieć. Czym dalej na Wschód tym bardziej trzeba tłumaczyć, czym tak naprawdę jest bogactwo. Myślę jednak, że polska i węgierska klasa średnia zaczyna za tym szybko nadążać. Uniwersalni, uczciwi ludzie o zwycięskich umysłach. Coś w tym stylu. Poza tym każdy naród ma swoje plusy i minusy, ale najważniejsze, aby się do tego wszystkiego nie przywiązywać. A to, co zawsze uważałam za dar to moja węgierska odwaga. Odwaga, by natychmiast wskoczyć w sytuację. Nie akceptowanie reguł, ale sprawdzanie ich. To właśnie wschodnioeuropejskie podejście. Nie tak daleko na wschodzie, w Rosji (znam tam głównie część należącą do Azji) ludzie są głęboko emocjonalni, ale zarazem sentymentalni. Sprawdzanie rzeczy, to bardziej nasze, środkowoeuropejskie podejście. Nie można przecenić znaczenia zadawania pytania: „Dlaczego?”

Jak sobie wyobrażasz swoje idealne wakacje, odpoczynek?

Zsuzsa: Sex, gorący chłopcy, Lama Ole (śmiech). Idealne wakacje? Właściwie, wydaje mi się, że mam za dużo wakacji i że w końcu czas przyłożyć się do pracy. Naprawdę, tylko tyle mogę powiedzieć. Mam za dużo wakacji (śmiech). Pamiętam raz, jedno czasopismo dla kobiet chciało zrobić ze mną wywiad. Było to krótko przed przyjazdem Karmapy, o czym oni nie wiedzieli. Więc zapytali mnie, w jaki sposób moje życie się wyciszyło i uspokoiło po zostaniu buddystką. Więc kiedy do mnie zadzwonili, zapytałam: „jak to uspokoiło? Mam dwa dzwoniące telefony w rękach w czasie, gdy ktoś obcina moje włosy” nawiasem mówiąc wspaniały polski artysta, mieszkający w Meksyku, szalony facet, potrafi zrobić show z obcinania włosów. Jest fantastyczny, ale oczywiście teraz tego nie widać, bo nawet nie miałam okazji umyć głowy w czasie tej podróży. Więc opowiedziałam o tym telefonie Jeremy’emu, cudownemu młodemu chłopakowi z Ameryki, a on powiedział: „Uspokoiło? Przecież w buddyzmie nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby być szczęśliwszym. I to wszystko”. Więc dlaczego rozmawiamy o wakacjach? Chodzi tylko o to, żeby być szczęśliwszym. Myślę, że mam za dużo wakacji i powinnam ciężej pracować. To wszystko, co mogę na ten temat powiedzieć.

To w takim razie, jak wyobrażasz sobie idealnego partnera dla siebie?

Zsuzsa: Lama oczywiście, któżby inny? Idealny partner, hmm... Ludzie zawsze mnie na tym łapią i muszę przyznać, że moja zła karma manifestuje się właśnie w taki sposób, że nie mam partnera. Jednak szczerze mówiąc, kiedy myślę o przyszłości, jeśli wziąć pod uwagę moje priorytety, to nigdy nie wyobrażałam sobie jednej osoby siedzącej przy mnie i trzymającej mnie za rękę, ani pracowania nad tym trzymaniem się za ręce, opieraniem się o plecy czy wspólnej pracy dla dharmy. Cały czas mam ogromną chęć by się uczyć, więc jeśli mogę się wiele nauczyć od jednej osoby, to wspaniale. Ale to nie jest właściwe podejście. Powinniśmy raczej skoncentrować się na tym, żeby uszczęśliwić innych. Ponieważ jeszcze nie jestem w tym mistrzem, więc nie mam też sprecyzowanej wizji mojego idealnego partnera. Nigdy jakoś nie stworzyłam sobie takiego wizerunku. Ale za to mam pytanie, czy powinna to być jedna osoba w ogóle, czy może jedna osoba w danej chwili? Jeśli przyjrzymy się słowu „partner” w szerszym rozumieniu, to mam ich całe mnóstwo. Nie zawsze jedynie na poziomie seksualnym. Możemy wymieniać się na wielu poziomach. Jeśli następuje również wymiana na poziomie seksualnym, to naprawdę cudownie, ale nie można się to tego przywiązywać. Zabawne jest, że wcześniej, tak wcześniej – to nowy sposób, w jaki zamierzam wyrażać tę zmianę, kiedy powoli znowu odnosimy się do przestrzeni, z której się wyłoniliśmy (śmiech) - wcześniej nigdy nie miałam idei jednego partnera. Nigdy. Zakochana byłam wiele razy i to było wspaniałe w danym momencie. Z drugiej jednak strony wiem, że Ole mówi, że możemy znacznie bardziej otworzyć się przy jednej osobie. Jestem pewna, że istnieje wiele osób, które nie uciekają przed trudnościami, podążają za czymś więcej niż tylko krótkie przebłyski fascynacji. Ja niestety ciągle mam to drugie podejście, ale chęć by to zmienić już jest wielkim krokiem naprzód. Jakiś czas temu, pewna kobieta zerknęła na mój astrologiczny diagram, który tak naprawdę niewiele mnie interesuje, i powiedziała mi, że w drugiej połowie swojego życia będę miała stałego partnera. To mnie zupełnie powaliło. Miałam niesamowicie ciężki czas, ponieważ o każdym mężczyźnie, który się zbliżył myślałam, że to musi być właśnie mój partner. Naprawdę zaczął się hardcore. Uspokojenie się zabrało mi kilka lat i teraz w ogóle o tym nie myślę. Mam trochę złej karmy odnośnie tych rzeczy, ale zobaczmy, co się wydarzy. Zamierzam to oczyścić z postanowieniem, aby przyniosło to pożytek.

W takim razie, jaką radę mogłabyś dać dziewczynom, które szukają partnera i nie odpowiada im samotność?

Zsuzsa: A co? Widzą to jako złą karmę? (śmiech) Oczywiście najpierw mówi się, że nie należy przyjmować schronienia w mężczyźnie. Można też dodać, żeby nie być takim wybrednym, ponieważ jeśli uważamy, że nie mamy partnera, ponieważ w pobliżu nie ma wystarczającej ilości mężczyzn, to jest coś nie tak z naszym własnym komputerem. Nie potrafimy zobaczyć wewnętrznego bogactwa. Jeśli dziewczyny mają zbyt wiele oczekiwań, może powinny najpierw zająć się udoskonaleniem siebie, żeby w chwili, gdy ten idealny partner nadejdzie, nie przeszedł koło nich obojętnie. Czekamy na idealnego partnera, ale nic w tym kierunku nie robimy. Więc moja rada brzmi, rozwijajcie się i rozglądając się za ideałem, udoskonalajcie siebie tak, że kiedy on w końcu nadejdzie natychmiast złapiecie kontakt. A w międzyczasie starajcie się uszczęśliwić innych chłopców, którzy nie są tacy szczęśliwi, ponieważ czym dłużej zostajecie same, tym trudniej jest się otworzyć. Mówię to z doświadczenia. Traci się poczucie własnej wartości. Seksowność nie znajduje się w oczach innego mężczyzny, ale w naszym własnym umyśle. To nasz umysł jest sexy, a nie ciało! Ciało jest tylko manifestacją tego, jak się czujemy. Zatem dobre samopoczucie jest bardzo ważne. Flirtujcie, uszczęśliwiajcie innych, idźcie czasami do łóżka i zobaczycie, co z tego wyniknie. Inna sprawa: nie myślcie, że po jednej nocy będziecie mieć wszystko, na co liczyłyście, ani że zaraz wyjdziecie za mąż. Należy zrozumieć, że tak naprawdę nie wiadomo, jak to będzie. Trudno to przewidzieć, więc proszę, jeśli czujecie przyciąganie – śpijcie ze sobą, ponieważ nie wiadomo, co się potem wydarzy. Ciężko o prognozę po jednej nocy. To niesamowite, ile kobiety potrafią mieć oczekiwań. Rozkładają nogi, a potem chcą wszystkiego. Po prostu zaryzykujcie. O to właśnie chodzi. Widzę to u wielu kobiet, które z tego powodu natychmiast się spinają. Często zabiera to trochę czasu, nim naprawdę zacznie się być razem, odkrywać się wzajemnie. Nie zawsze zaczyna się od wielkiego płomienia, więc po prostu bawcie się dobrze, OK.?

Dziękujemy za rozmowę.

Zsuzsa: To ja dziękuję. Teraz będę musiała to wszystko zastosować w swoim życiu (śmiech).

Opracowanie: Iwka Kloch, Ewelina Hebda i Mira Starobrzańska

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Siedmiopunktowy trening umysłu - Szierab Gjaltsen Rinpocze | Cytat - Hannah Nydahl | Maniła - Wywiad z Szierabem Gjaltsenem Rinpocze | Nasza moc bierze się z prawdziwego przekazu - Lama Ole Nydahl | Cytat - Lama Ole Nydahl | Opanowanie i skuteczność to podstawa - Lama Dzigme Rinpocze | Odosobnienia - koncentracja na pracy z umysłem - Wywiad z Lamą Ole i Hannah Nydahl | Cytat - Hannah Nydahl | 22 przejawienia Oświeconej Postawy - Gampopa | Cytat - Hannah Nydahl | Sushi, dzikość, serca i naukowy umysł - Wywiad z Zsuzsą Koszegi | Naszym domem jest oświecenie - Wywiad z Karolem Ślęczkiem | Cytat - Hannah Nydahl | Postawa Wadżrajany czyli relacja nauczyciel-uczeń - Maggy Lehnert-Kossowski | Cytat - Hannah Nydahl | Medycyna tybetańska w Indiach i Nepalu dzisiaj - Mirja Bramsiepe | Jak powstały wyobrażenia buddy - Manfred Seegers | Dawa - malarz tanek - Wywiad z Dawą Ladipą | Cywilizacja buddyjska na Jedwabnym Szlaku i Wielkim Stepie - Rafał Kowalczyk | Nauka a Buddyzm - Matt Huddleston | Ołtarze - Caty Hartung, Axel Waltl | Ośrodek Europejski - Europe Center - Lama Ole Nydahl | 30 lat buddyzmu Buddyzmu Diamentowej Drogi w Polsce - Mędrek & team | Nowy ośrodek w Gdańsku - Michał Bobrowski i sanga gdańska | Sangha house w Opolu | Nagodzice, czyli 52 hektary czystej krainy - Przyjaciele Nagodzic | Śląsk od morza do Gór - Ślązacy |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: