DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 39 -> Droga przez Rumunię

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Droga przez Rumunię

Michael Warner, Ewelina Hebda, Mira Starobrzańska
_________


Kluczowym punktem programu była wyprawa do wioski, z ktorej pochodził Alexander Cosma Koeroes, dziewiętnastowieczny węgierski bohater i pierwszy rozpoznany na Zachodzie bodhisattwa, ktory nie dość, że pieszo dotarł do Indii i Tybetu, to jeszcze stworzył pierwszy słownik tybetańsko-angielski.

Ktokolwiek wziął udział w podroży z Lamą Ole może powiedzieć, że te dni są zawsze wyjątkowym i niepowtarzalnym przeżyciem. Tym razem była to wyprawa przez „dziewicze”, pod względem dharmicznym, terytoria Transylwanii. Tak pewnie musiało wygladać podrożowanie z Lamą Ole nim Diamentowa Droga stała się popularna na Zachodzie. Podróż ta była także okazją do spędzenia czterech dni na przysłowiowych kolanach Lamy, jako że wokół zamiast kilku tysięcy, było trochę ponad trzydzieści osób. Dziesięć krajów, trzy kontynenty – jeden autobus. Żadnej możliwości ucieczki przed Lamą! (i vice versa...). Żadnego miejsca na własne tripy. Żadnej przestrzeni „tylko dla siebie”. Żadnych prywatnych stanów umysłu. Tak więc pożytek odnieśli nie tylko „wierni” czekajacy w Rumunii, ale także brygada dzielnie podrożujaca autobusem, przy ktorym nasz stary poczciwy Jelcz to prawie Bentley. Znakomity czas by lepiej się poznać i obalić trochę sztywnych pogladów na wzajemny temat – zorganizowani do granic wytrzymałości Niemcy, Polacy-imprezowicze, Węgrzy (bratanki od szabli i nie tylko), Czesi i Słowacy (Słowianie gorą!), sztywni Angole, zrelaksowani i rozśpiewani miłośnicy surfingu z Australii – mix narodowościowy okazał się w pełni udany. Wspólna jazda przez gory i doliny była już przygodą samą w sobie, zwłaszcza dla Niemców, ktorzy głośno zastanawiali się, czy nasz autobus powinien w ogole być dopuszczony do ruchu. Jakby tego było mało – na przywitanie w elektryzujaco zielonej krainie Drakuli dopadła nas burza z piorunami i oberwaniem chmury. Kierowca po ciężkich bojach i kilkukrotnym gubieniu drogi – w końcu dał radę, ale nasz luksusowy wehikuł przemókł od spodu doszczętnie. Poza tym, wielu z nas dowiedziało się, ile można tak naprawdę doświadczyć w ciagu zaledwie czterech dni. Przemieszczanie się z jednego miejsca do kolejnego pochłaniało wiele godzin ze względu na „zawrotne” tempo naszego wehikułu i „pierwszorzędną” jakość rumuńskich szos. Nikt jakoś nie przejmował się czasem przewidzianym na sen i nikt też z tego powodu nie narzekał. Wszystko było świeże i nowe, a oczy wszystkich szeroko otwarte. Przestrzeń zaskakiwała na każdym kroku. Wydawać by się mogło, że spędziliśmy tam jeden dłuuuugi dzień. Wszystko zmieniało się z każdą minutą, a jednocześnie czas jakby stał w miejscu. O niehumanitarnej porze – 6.00 – rano wyruszyliśmy z Budapesztu. Pierwszy dzień w autobusie urozmaicony był domowym obiadem w pięknym ogrodzie u rodziców Marty, zaraz za wegiersko-rumuńską granicą, i kolacją na zamku Drakuli, gdzie można było zamowić krwawą zupę, krwawy stek, a nawet krwawe żabie udka (?). Tak więc skoncentrowaliśmy się głównie na zimnym piwie i opowieściach Lamy, ktory podkreślał, że znajdujemy się w najbardziej interesujacym zakątku Europy. Po powrocie do autobusu w ruch poszły wina, likiery i inne miejscowe trunki (dla kurażu oczywiście, w końcu wstępowaliśmy na tereny sławetnego księcia krwiopijcy...).
Około północy, gdy przejeżdżaliśmy przez spowite ciemnościami gory, Ole poprosił nas o powtarzanie „Om mani peme hung” i „Om ami deła hri” w intencji wszystkich zamordowanych tam pod koniec II wojny światowej Węgrów. I choć nie bardzo to rozumieliśmy, wspólnie wypowiadane mantry rozwiały nasze wątpliwości. To, plus prawdziwe horrory, jakich doświadczyło kilku śpiacych w autobusie joginów, dodało jeszcze „smaczku” mrocznemu klimatowi tego miejsca. Opowieści o hrabim Drakuli wydawały się być tu wyjątkowo żywe... O trzeciej nad ranem dotarliśmy do pierwszego miejsca przeznaczenia – starego teatru w Targu Secuiesc. Na przywitanie, w hallu zobaczyliśmy przeogromny czerwony obraz chłopów ruszajacych na rzeź arystokracji. Naprawdę demoniczny. Jeszcze jeden pikantny szczegolik z historii tego regionu. Zaraz potem trafiliśmy pod gościnne strzechy naszych gospodarzy, gdzie mogliśmy w końcu spokojnie zasnąć... Następnego dnia zobaczyliśmy miejscową gompę, ktora była jedyna w swoim rodzaju. Przywołanie mandali pięciu Buddów odbyło się na stojaco ponieważ gompa w miejscu podłogi posiada wilgotne klepisko... W piwnicy, pod teatrem, przypominała bardziej lochy, z tym, że pomalowane na biało, no i z ołtarzem i tankami na ścianach. Ole po pobłogosławieniu miejsca delikatnie zasugerował, żeby w najbliższym czasie rozejrzeć się za czymś „mniej zimnym i wilgotnym”. Kluczowym punktem programu była wyprawa do pobliskiej wioski, z ktorej pochodził Alexander Cosma Koeroes, dziewiętnastowieczny węgierski bohater i pierwszy rozpoznany na Zachodzie bodhisattwa, ktory nie dość, że pieszo dotarł do Indii i Tybetu, to jeszcze stworzył pierwszy słownik tybetańsko-angielski. Na wieczorny wykład przyszło ponad trzysta osób, co przy rozmiarach miasteczka (około trzydzieści tysięcy) jest imponujacym wynikiem! Wystarczy sobie wyobrazić, co by było gdyby w Warszawie, czy Londynie zjawiła się jedna setna mieszkańców... W każdym razie prawie wszyscy przyjęli schronienie, łącznie ze starszymi ludemi (najstarszy członek miejscowej sangi liczy 95 lat!) i kilkuletnimi dziećmi. Podekscytowanie i radość ludzi, a także ich otwartość na nauki były naprawdę inspirujace. Czekali na Lamę naprawdę długo. Spośród prawie pięćdziesięcioosobowej grupy regularnie medytujacych tylko dwoje spotkało wcześniej Olego. Reszta, mając do dyspozycji rumuńskie paszporty i zarobki – cierpliwie czekała na przyjazd nauczyciela. Ich oddanie było poruszajace, a zachowanie tak naturalne, że trudno było uwierzyć, że to ich pierwsze spotkanie z Mistrzem. „Do zobaczenia wkrótce!” wypowiedziane przez Lamę na pożegnanie rozświetliło dodatkowo i tak radosne twarze miejscowych buddystów. Większość trzeciego dnia spędziliśmy w naszym przybytku luksusu na kółkach, w ktorym już zdażyliśmy się zadomowić. W naturalny sposób autobus podzielił się na strefy rozmów, tańca, medytacji, spania, pomiędzy ktorymi można było spokojnie dryfować. Mistrzem „dryfu” z miejsca na miejsce okazała się Zsuzsa..., a Tomek Lehnert stał się niezastapionym krolem „parkietu” i MC zarazem. Ostatnim przystankiem w Rumunii było Satu Mare. Wykład odbył się w starej, słabo oświetlonej filharmonii, ale za to na koniec było mnostwo błyskotliwych pytań... Jako że całe wydarzenie było bardzo kameralne – Ole poświęcił sporo czasu na indywidualne błogosławieństwa. Wykończeni, ale szczęśliwi dotarliśmy do Budapesztu, tutaj nasza transylwańska przygoda zakończyła się pysznym obiadkiem z Lamą w BaBar. Nie było nas zaledwie cztery dni, a wydawało się, że minęły tygodnie. Powstało kilka nowych przyjaeni, kilka koncepcji legło w gruzach, poważne pytania same się rozpuściły. Na szczęście Lama poświęca sporo czasu Europie i jej spragnionym wrażeń mieszkancom, więc część z nas już cieszyła się na myśl o „kagyu run” w deszczowym Grazu czy niezapomnianym poła w Tenowicach...

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Możemy bardzo dużo się od siebie nauczyć - Lama Ole Nydahl, Hannah Nydahl, Tomek Lehnert | Przemówienie XVII Karmapy Taje Dordże - XVII Karmapa Taje Dordże | Karmapa i cuda - Dzigme Rinpocze | Cytat - Milarepa | Nyndro - Praktyki podstawowe - Szamar Rinpocze | Rdzeń nauk Wielkiej Doskonałości - Dilgo Czientse Rinpocze | Świat jest po prostu światem spełniajacym życzenia. - Lama Ole Nydahl | Cytaty Karmapów | 8 świadomości, 5 mądrości - Gjatrul Rinpocze | Zrozumieć podstawowe nauki - Szangpa Rinpocze | Budda i miłość - Lama Ole Nydahl | Kobiety - Lama Ole Nydahl | Męskie i żeńskie Lena Leontiewa - Lena Leontiewa | Gdziekolwiek jesteśmy powinniśmy być użyteczni - Zsuzsa Kozsegi | 90 kilo, długi płaszcz i pistolet pod pachą | 8 linii przekazu w Tybecie. Część II. - Detlev Göbel | Cywilizacja buddyjska w starożytnych Indiach | Karmapa w Europie - Mira Starobrzańska | Forma i Pustka. Od buddyzmu do nauki i z powrotem. | Droga przez Rumunię - Michael Warner, Ewelina Hebda, Mira Starobrzańska | Peru. Kurs mahamudry - styczeń 2005 - Ken Kelley & Magda Lipińska | Kagyu Institute of Buddhist Studies Kirtipur, Nepal - Artur Przybysławski | Projekt Hala Stupa House | Co nowego w Kucharach? - Leszek Misiek Nadolski & Team | Oslo Buddyzm w Norwegii - Maja & Smoła | Zagórzany. Nowe miejsce dharmy - Mira Starobrzańska i Paweł Ziorko | Zakopane - Żwirek | Rzeszów - Paweł Meder | New article |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: