DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 38 -> To jest zupełnie niesamowite

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

To jest zupełnie niesamowite

Tomek Lehnert
_________

Wykłady składające się na ten artykuł zostały wygłoszone w Sopocie 13 marca 2005 podczas kursu z Lamą Ole oraz w Londynie-Wandsworth 10 kwietnia 2005 r.


Witam wszystkich. Nazywam się Tomek i pochodzę z Sopotu. Podróżuję z Lamą Ole od ponad 17 lat. Od półtora roku nauczam, ale jest to moje pierwsze wystąpienie w Polsce i do tego jeszcze w Gdańsku. Jestem trochę zdenerwowany (śmiech). Tematem, który chyba najlepiej potrafię wyjaśnić jest relacja pomiędzy nauczycielem i uczniem. Ten związek to mój najbliższy kontakt z buddyzmem - sposób, w jaki do niego doszedłem.

Wszyscy praktykujemy, więc przyjmujemy schronienie w Buddzie, dharmie i sandze. Ale ponadto praktykujemy Diamentową Drogę i tu nauczyciel staje się centralnym punktem. To zabawne, kiedy 22 lata temu, w 1983 roku, zacząłem praktykować buddyzm, tu w Gdańsku usłyszałem o kimś, kto nazywał się Ole Nydahl i był buddyjskim mistrzem, ale przecież Ole Nydahl to nie jest buddyjskie imię. Jednak w momencie, w którym usłyszałem „Ole Nydahl” wiedziałem, że to on będzie moim nauczycielem, chociaż nie widziałem wtedy nawet jego zdjęcia, nie wiedziałem jak wygląda. Związek z nim był tak silny, że od pierwszego spotkania od razu zacząłem tłumaczyć Olego.

Półtora roku temu Karmapa był w Kalifornii przez pięć miesięcy, ja również tam byłem. Zdecydowaliśmy się przeprowadzić z nim pierwszy naprawdę duży wywiad, który trwał 7 godzin. Ten wywiad jest przetłumaczony na język polski i nosi tytuł Budda z Silicon Valey. Czworo z nas przeprowadzało ten wywiad, a jedno z moich pytań brzmiało: „dlaczego Lama Ole jest w stanie pracować w tak ciężki sposób, dlaczego udało się mu założyć ponad 460 ośrodków na całym świecie i ma tysiące uczniów?”. Odpowiedź Karmapy była bardzo przejrzysta, powiedział, że jeśli ktoś wejdzie w kontakt ze swoją oświeconą naturą, jest w stanie przenosić góry. Chciałbym tu podkreślić jedną rzecz: związek z nauczycielem nie działa w ten sposób, że kochamy osobę nauczyciela (choć oczywiście jego osobę też kochamy) lecz tak naprawdę w nauczycielu fascynuje nas jego oświecona natura – dzieje się tak dlatego, że my również ją posiadamy. Oczywiście ten wstępny okres, kiedywszyscy faceci chcą wyglądać tak, jak Ole, jest bardzo ważny i to jest w porządku dopóty, dopóki nie staje się zbyt dziwaczne. Jednak rzeczą, z którą naprawdę powinniśmy się identyfikować są absolutne właściwości umysłu nauczyciela. To właśnie tym Ole promieniuje przez cały czas. Z pozycji siedzącego na tronie łatwo jest coś powiedzieć, każdy może stąd coś powiedzieć. Nauczyciel może powiedzieć, że jest nieustraszony. Możemy przeanalizować różne właściwości umysłu, zacznijmy więc od nieustraszoności. Możemy usłyszeć od Olego, że to aktywność, którą on ucieleśnia. I każdy może powiedzieć: jestem nieustraszony, jestem naprawdę w porządku.

Ponieważ podróżuję z Ole od 17 lat widziałem często sytuacje, w których byliśmy bliscy śmierci. W 1991 roku zostaliśmy porwani przez komunistyczną partyzantkę w Kolumbii. Nazywają siebie Front Wyzwolenia Narodowego, więc widocznie chcieli nas od czegoś wyzwolić (śmiech). Pewnie sobie myślicie, że wszyscy terroryści wyglądają jak Rambo, że są bardzo zrównoważeni i noszą okulary Oakley’a, że wszyscy wyglądają jak gwiazdy filmowe. Zdecydowanie nie. Ci, którzy nas porwali wyglądali jak nastolatki, byli bardzo zdenerwowani, kałasznikowy AK 47 trzęsły im się w rękach. Zwracali się do siebie i do nas: „Towarzysze, to jest wojna przeciwko imperialistycznemu rządowi kolumbijskiemu i zostaniecie z nami przez kolejnr siedem dni!”. To nie były żarty, kałasznikowy były w nas wycelowane. W takiej sytuacji myślicie sobie, że może za chwilę już was nie będzie, może to jest ostatnia chwila życia. I to właśnie w takiej sytuacji można zobaczyć jak nauczyciel się zachowuje. Nie chcę przez to powiedzieć, że musicie być porwani przez komunistyczną partyzantkę, żeby obserwować umysł nauczyciela, ale ja akurat byłem w tej sytuacji, więc mogę to powiedzieć. Kiedy tam staliśmy przed wycelowanymi w nas lufami automatów, Ole kończył po prostu jedną ze swoich książek. Była to książka o Mahamudrze, pierwsze wydanie Wielkiej Pieczęci. Nie jest to książka o Kaczorze Donaldzie udającym się do Hollywood. Książka o Mahamudrze wymaga przytomności umysłu. Nie chodziło tu tylko o nieustraszoność, lecz o jej połączenie z niezwykłą przejrzystością. Dowódca partyzantów mówił: „Nie jestem księciem śmierci, ale jeżeli trzeba zabić, zabiję”. Wtedy Hannah zapytała: „Co on mówi?”. Ponieważ znam hiszpański, przetłumaczyłem jej: „Mówi, że nie jest księciem” (śmiech). Sytuacja była dosyć poważna. Ten facet powiedział, że największym przestępcą ze wszystkich jest prezydent Kolumbii, a my zostaliśmy tam zaproszeni przez kuzynkę prezydenta. Chciałem już prawie powiedzieć, że kuzynka jest w porządku, prawda? Rzeczywiście była ładna, całkiem w porządku. To dobra historia, którą można opowiedzieć dzisiaj. W pewnym momencie Ole powiedział mi, żebym zjadł wszystkie adresy zapisane w notesie, który miałem w kieszeni. Kiedy popatrzyłem na te wszystkie żółte, przepocone i brudne kartki, prawie go zapytałem, czy ma do tego ketchup... To wszystko trwało pięć godzin. Ole przygotował sobie plan działania, na wypadek, gdyby sytuacja się pogorszyła – którego z nich załatwić najpierw – ponieważ najgorsze wydarza się wtedy, gdy armia próbuje cię oswobodzić. Wtedy jest to „Rzeźnia numer 5”, była kiedyś taka książka Vonneguta. Ole jednocześnie planowal tę akcję i w sposób skoncentrowany pisał swoją książkę Jeżeli weźmiecie do ręki angielskie wydanie Wielkiej Pieczęci, to znajdziecie tam posłowie, w którym jest napisane, że ostatnie strony tej książki stały się sprawdzianem tego, czy autor zrozumiał jej zawartość, ponieważ napisał je będąc w rękach komunistycznej partyzantki.

Nie sądzę, żeby jakikolwiek inny buddyjski lama mógł powiedzieć, że napisał w takich warunkach książkę o najwyższych naukach dotyczących natury zjawisk. Jestem całkowicie pewien, iż w momencie, w którym Ole spadał w dół, skacząc ze spadochronem – wtedy, kiedy miał wypadek, kiedy spadochron się nie otworzył, naprawdę nie czuł żadnych obaw, tylko fascynację momentem, fascynację samym zjawiskiem. Jestem całkowicie przekonany, że właśnie tak było. Ole ucieleśnia sobą tę najwyższą właściwość. Pod koniec tej historii z Kolumbii sytuacja przypominała teatr absurdu – przez pię godzin partyzanci celowali w nas ze swoich kałasznikowów, a komendant do znudzenia powtarzał, że nie jest księciem śmierci. Wreszcie po tym pięciogodzinnym przemówieniu powiedział do nas: „Towarzysze, by pokazać wam, że ta sytuacja jest sytuacją demokratyczną, proszę was żebyście zadawali pytania”. Pomyśleliśmy sobie, że wykład się skończył, teraz mamy pytania i odpowiedzi, więc na pewno zaraz będzie medytacja. Medytacja nie nastąpiła, ale głównym pytaniem, które ludzie chcieli mu zadać było: „Co się z nami stanie?”. O co innego moglibyśmy go jeszcze pytać? W tej sytuacji można było zaobserwować również ochronne właściwości Olego. Kiedy partyzanci wyciągnęli nas wszystkich z autobusu, ludzie którzy w nim zostali, przez cały czas żegnali się i mówili, że tych białych, gringos, zaraz zarżną. A tymi białymi gringos byliśmy właśnie my. Ole przez cały czas pisał, a my siedzieliśmy dookoła. Miał wyraz twarzy, który rzeczywiście pokazuje moc Mahakali – wtedy lepiej jest zbyt blisko do niego nie podchodzić. Okazało się, że dowódca w ogóle nie zauważył, że tam jesteśmy i że jesteśmy gringos, czyli biali. Po prostu chociaż rzucaliśmy się bardzo wyraźnie w oczy, nie widział nas. Sam sobie mogę zadać pytanie, czy wtedy się bałem. Sytuacja była poważna, dawałem nam 40 proc. szans na przeżycie – dokładnie tego samego dnia 40 innych osób zostało w Kolumbii po prostu zamordowanych. Mogę szczerze powiedzieć, że się nie bałem. Nie dlatego, że chcę wyglądać jak bohater, po prostu tak było. Wszystko to przypominało film puszczony w zwolnionym tempie. Tych 5 czy 6 godzin ciągnęło się bardzo długo, jakby to były stulecia. Ponieważ to ja zaplanowałem tę podróż, czułem się w pełni odpowiedzialny za to, że Ole i Hannah znaleźli się w takiej sytuacji. Z drugiej strony przykład Olego jest tak silny, że nie baliśmy się. Oni się nie bali i ja się nie bałem. Hannah jest niesamowita. Ole zawsze mówi, że jeżeli chcecie zrobić coś naprawdę niebezpiecznego, weźcie ze sobą Hannah. Był to ostateczny sprawdzian, nie mogę sobie wyobrazić bardziej niebezpiecznej sytuacji. Jeżeli Ole mówi o nieustraszoności, to nie mówi, że czasami jest nieustraszony tylko mówi o czymś, co w rzeczywistości całkowicie ucieleśnia, sam to wielokrotnie widziałem. Jest to nieustraszoność połączona z całkowitą przejrzystością, nie przypomina takiego stanu zamrożenia, kiedy nie jesteśmy w stanie się poruszyć i mówimy sobie tylko: „Co tam, mogą mnie zabić”. Przez wszystkie te lata, kiedy podróżowałem z Ole, byłem w różnych tego typu sytuacjach np. na Wyspie Wielkanocnej – to niesamowite miejsce, bardzo mała wyspa na środku Pacyfiku. Stoją tam te wszystkie rzeźby przedstawiające wielkie głowy, o których Ole mówi, że są Buddami. W tamtych czasach miałem taki zwyczaj, że podążałem z Ole wszędzie, gdzie chodził, po prostu wszędzie. Na brzegu stały tam olbrzymie skały, przez które przewalały się gigantyczne fale. Ole zaczął schodzić w dół, a ja pobiegłem za nim. W pewnej chwili utknęliśmy na jednej ze skał, fale uderzyły w nas i spłukały nas w dół. Staraliśmy się trzymać skał, ale tak naprawdę nie było tam niczego, czego możnaby się złapać. Kolejna fala przyszła i ostatkiem sił udało mi się przytrzymać na skale. Powiedziałem wtedy Olemu: „Słuchaj, następnym razem nie będę w stanie się utrzymać”. I wtedy zobaczyłem naprawdę wielką falę, która była coraz bliżej. Rosła mi przed nosem i wiedzieliśmy, że za pięć sekund w nas uderzy. Każdy moment stawał się coraz dłuższy, tych pięć sekund ciągnęło się w nieskończoność. Wtedy Ole na mnie popatrzył i powiedział: „Nie martw się, wszystko będzie z tobą w porządku”. Obecność Olego dała mi niesamowitą pewność – gdyby nie ona, bylibyśmy dziś małą kroplą w okolicy Wyspy Wielkanocnej. Oczywiście, kiedy fala przyszła, otarła mną o skały, cały byłem pokrwawiony. Obaj byliśmy pokrwawieni, ale było to wspaniałe doświadczenie. Dziś jest to świetna historia, którą można opowiedzieć, ale wtedy wyglądało to inaczej. Pedro, z hiszpańskiego Karma Guen, był tam z nami i z Hannah, przez cały czas filmował, więc wszystko można zobaczyć na wideo. W czasie tej samej podróży w tajemnej dolinie Inków w Peru, blisko Machu-Pikthu, wspinaliśmy się na pionową skałę skalną. Ole piął się do góry, a ja za nim. W końcu dotarliśmy do miejsca, w którym nie było się czego trzymać. Można było się trzymać tylko kaktusów. Wisieliśmy tam. Pedro znowu filmował. Nagle Ole powiedział, że musimy wrócić. Spróbowałem więc zejść, ale znowu nie było się czego złapać, były tylko kaktusy. Przez 10 minut po prostu wisieliśmy tam. Pedro wciąż filmował, a Hannah na pewno mówiła: „O nie, znowu ci dwaj!”. Będąc tam Ole przez cały czas żartował, cieszył go nawet fakt, że tak tam sobie dyndamy na skale, śmiał się... I, jak możecie zauważyć, już tam nie wisimy. Chcę tu podkreślić, że Ole ucieleśnia tę właściwość i że nie jest ona niczym osobistym. Posiada ją każdy z nas. Jest to właściwość, którą Olemu udało się rozwinąć w większym stopniu niż innym i którą jest w stanie prezentować wyraźniej niż inni. Bardzo ważne jest, żebyśmy byli zafascynowani lamą w ten sposób, ale też nie chodzi o to, żebyśmy założyli fanklub jakiejś osoby. Chodzi o to, żebyśmy stali się fanklubem naszego oświeconego umysłu. To jest właściwe podejście. Tak, jak już mówiłem, nie chodzi mi o to, że każdy z was musi zostać zmyty przez fale na Wyspie Wielkanocnej albo porwany przez partyzantów w Kolumbii. Jednocześnie zgadzam się, że są to niezwykłe doświadczenia – w moim przypadku dają mi one całkowitą pewność, całkowite zaufanie nie tylko do Olego, ale też do mojego umysłu. Ostatecznie o to właśnie przecież chodzi. W momencie, kiedy będziemy umierać, będziemy całkowicie sami i to właśnie umysł będzie tym, co będziemy posiadać. Rola nauczyciela polega na tym, żeby to właśnie nam pokazał, żebyśmy rozwinęli całkowite zaufanie i pewność. Innymi słowy następnym razem, gdy będę wisiał sam gdzieś na skale i obok mnie nie będzie Olego, to doświadczenie będzie takie samo. Będę wtedy żartował, jakie to śmieszne: kaktus z prawej, kaktus z lewej, a ja pośrodku. Ten moment jest bardzo ważny, bo w przeciwnym wypadku to nie będzie już buddyzm, lecz tylko fascynacja interesującą osobowością. Na świecie jest cała masa ludzi, którzy zajmują się ekstremalnymi działaniami. Naprawdę ważne jest jednak to, że takie doświadczenia wychodzą poza poziom osobisty i pokazują nam możliwości naszego umysłu. Ole nazywa to „przyjaznym ludożerstwem” – po prostu pochłaniamy właściwości nauczyciela.

Trzy klejnoty

Dlaczego właściwie tu jesteśmy? Dlaczego czekamy na jakiegoś spóźniającego się faceta? Przychodzimy, czekamy i wciąż wyglądamy na zadowolonych… Jesteśmy tu, dlatego że mamy zaufanie do trzech klejnotów. Wprowadzamy je do naszego życia. Tradycyjnie nazywamy to przyjęciem schronienia. To się może wydawać nudne lub oczywiste. Kiedyś w Kalifornii, podczas wykładu, usłyszałem jak ktoś mówi: „O, słyszałem to już tyle razy…”. Gdybyśmy zrozumieli, co oznacza przyjęcie schronienia, bylibyśmy oświeceni tu i teraz. Aby dokładnie to zrozumieć należy przyjmować schronienie codziennie. Pierwszym klejnotem jest Budda. To termin z sanskrytu i nie oznacza on historycznego Sidharty Gautamy czy Siakjamuniego, lecz stan umysłu, absolutny stan doskonałości. Paradoksalnie, jest powiedziane, że już go posiadamy. Wszyscy jesteśmy oświeceni. Powodem, dla którego Ole wygląda na tak zafascynowanego innymi i najwyraźniej lubi ludzi, nie jest to, że zmusza się do tego i robi przedstawienie dla swoich klientów. Jest naprawdę zafascynowany każdym z nas, ponieważ widzi promieniującą świetlistość, ktora od nas bije. Mówi czasem: „Tomek, widzę wszystkich emanujących pięcioma mądrościami i różnymi aktywnościami, każdy ma tę iskrę”. Może nie spać do piątej nad ranem i dawać błogosławieństwa, ponieważ jest nami zafascynowany. Widzi wszystkich jako Buddów. Widzi w nas stan absolutnej doskonałości. Ten stan to Budda, cel naszej praktyki. Duchowość to poważna sprawa. Istnieje wiele ruchów religinych, założonych w Kalifornii w latach 60-tych i 70-tych, których członkowie myślą, że duchowość to bycie miłym dla innych i posiadanie określonych opinii. Oczywiście w byciu dobrym człowiekiem nie ma nic złego – na pewno lepiej jest być dobrym niż złym, poza tym absolutne zło nie istnieje. Z drugiej strony pomimo tego, że świat pełen jest dobrych ludzi, często nie mogą oni zbyt wiele zrobić. Nauki podają nam najlepsze wiadomości, jakie słyszeliśmy w życiu. Dzięki nim wiemy, że stan absolutnej doskonałości, w której przeszłość, teraźniejszość i przyszłość stają się jednym, to właśnie my. To po prostu świetne! Tybetański termin sangdzie opisuje to dokładniej: sang oznacza coś całkowicie oczyszczonego z pomieszania i zasłon, a dzie oznacza coś doprowadzonego do pełnej dojrzałości – stan, w ktorym cały potencjał umysłu w pełni promieniuje. Ten stan sangdzie mamy w sobie. Jest to pierwszy klejnot, który wdrażamy w nasze życie. Można to porównać do ferrari zaparkowanego pod ośrodkiem, którego jesteśmy właścicielami – mało tego, zawsze je posiadaliśmy, chociaż po prostu o tym nie wiedzieliśmy. To dobra wiadomość, czyż nie? OK, chcemy udać się na przejażdżkę, ale nie mamy klucza. Mamy samochód, lecz nie możemy nim jeździć. To przecież frustrujące! Nie wystarczy więc posiadanie absolutnego celu, potrzebne nam są również metody do jego osiągnięcia.

Tu właśnie pojawia się drugi klejnot – dharma. Jest on równie ważny jak pierwszy, choć wymieniamy go jako drugi. Posiadamy niesamowite bogactwo metod. Przypomina to sytuację, kiedy wchodzimy do apteki, w której jest tylko jedna tabletka – na pewno poczulibyśmy się dziwnie. Cieszę się, że mamy wiele pigułek, metod. Mamy ich 84.000. Ole mówi, że ich nie liczył, ja też ich nie liczyłem, ale oznacza to, że w tym ogromie nauk istnieje metoda na każdy problem, pomieszanie i przeszkadzający stan. Są one w stanie pomóc wszystkim istotom od niepamiętnych czasów. Nie chodzi jednak abyśmy powiedzieli sobie: „do zobaczenia życie! Muszę teraz przeczytać wszystkie nauki”. Powinniśmy używać metod pasujących do okoliczności, w jakich się znajdujemy. Moglibyśmy powiedzieć sobie: „OK, mam wszystkie metody, potrzebuje tylko pokoju i kogoś, kto ugotuje mi coś do jedzenia”, ale nie o to chodzi. Oświecenie jest tuż za rogiem. Istnieje jednak niewielu ludzi, którym wystarcza inspiracja samego stanu oświecenia. Kto z was budzi się i ma łzy w oczach na samą myśl o otwartości przestrzeni lub o 84 tysiącach nauk? To naprawdę trudne. Wcale nie próbuje tego ośmieszyć. Jedynym powodem, dla którego Budda nauczał, była chęć pomocy ludziom. Praktycznie rzecz biorąc te dwa klejnoty nie są wystarczające. Potrzebujemy trzeciego, który nazywamy sanga. Czym jest sanga? Mamy tradycyjne, szlachetne przykłady oświeconych bodhisattwów, takich jak Kochające Oczy, Mandziuśri i inni, którzy medytowali u boku Buddy. Czasami w poniedziałkowy poranek, kiedy budzimy się i myślimy o bodhisattwie, który zawsze był przy Buddzie i medytował, ciężko nam jest wzbudzić w sobie szczere oddanie dla niego i zapomnieć o wszystkim innym. Może moglibyśmy się tym wzruszyć w środę lub w piątek, ale z pewnością w poniedziałek nie będzie nam łatwo (śmiech). Sanga oznacza przyjaciół, którzy idą razem z nami tą samą drogą. Przyjaciele, którzy tu dziś przyszli to ten trzeci klejnot – jest niezbędny, bez niego nie moglibyśmy poruszać się naprzód. W najlepszym przypadku udałoby nam się zacząć podróż, lecz nie bylibyśmy w stanie osiągnąć celu. To wszystko jest ze sobą powiązane. Gdyby sangowicze z ośrodka obok osiągnęli oświecenie, byłby to odkurzacz, który wciągnąłby nas wszystkich. Mamy te trzy klejnoty i dlatego tu jesteśmy, z tego samego powodu wielka ilość innych ludzi siedzi teraz w podobnych miejscach. Chodzi jednak o Diamentową Drogę, którą praktykujemy. Mamy znajomych, z którymi chcemy spędzać czas. Nie ma znaczenia czy on albo ona wyglądają jak Britney Spears lub inna gwiazda, chodzi o właściwości, jakimi różne osoby emanują. Kiedy Budda spotykał ludzi o wielkim oddaniu i zaufaniu, dawał im konkretne metody i nauki wskazujące bezpośrednio na naturę umysłu. Te wskazówki mogą być przekazane jedynie z nauczyciela na ucznia. Wyobraźmy sobie, że ktoś zgubi tekst do poła, ktoś inny go znajdzie i pomyśli sobie: „O tekst tantryczny, długo na niego czekałem. Spadł mi z nieba!”. Następnie ta osoba chce zrobić poła na podstawie tego tekstu. Czy to możliwe? Tekst sam w sobie jest piękny, zawiera liczne metafory i symbole odnoszące się do tego, czym medytacja naprawdę jest. By z niego korzystać potrzebujemy jednak wskazówek od nauczyciela, niezbędny jest też pełen przekaz. Kalu Rinpocze powiedział kiedyś, ku zaskoczeniu przedstawicieli innych szkół, że pełne oświecenie nie jest możliwe bez metod wadżrajany, bez konfrontacji z nauczycielem przekazującym własną realizację. Są to metody Buddy, część z nich dobrze znamy. Naszym chlebem powszednim jest guru joga, lami naldzior. Jest to identyfikacja z nauczycielem.

Dlaczego Lama Ole zdecydował żeby na naszych stronach internetowych nie było tekstów medytacyjnych?

Tomek: Właściwie nigdy nie zgodził się żeby je tam umieścić. Czytając medytację, wykonując ją, potrzebujemy nauczyciela jednoczącego w sobie trzy klejnoty. Lama jest esencją. Jest niezbędny.

Co możesz powiedzieć o byciu krytycznym wobec nauczyciela? Jak znaleźć tego właściwego?

Tomek: Zobacz, co robił przez ostatnie 20 lat, i czy po upływie 20 lat chciałbyś być taki, jak on dziś. Nie oznacza to, że nosimy taką fryzurę jak on lub równie fajną kolekcję spodni wojskowych. Oczywiście to wszystko jest OK, ale prawdziwe znaczenie identyfikacji jest głębsze. Chodzi o absorbowanie właściwości nauczyciela. Diamentowa Droga to nic innego niż „przyjazne ludożerstwo”, pochłaniamy właściwości nauczyciela. Chodzi tutaj o proces rozpoznania – rozpoznajemy właściwości lamy w nas samych. Przychodzi nauczyciel i jest jak lustro dla naszych właściwości. Kiedy usłyszałem o Ole po raz pierwszy byłem zupełnie zszokowany, nie mogłem spać, czułem się jak pod napięciem 200 woltów. A jeżeli chodzi o bycie krytycznym to trzeba sprawdzić parę podstawowych rzeczy w nauczycielu, np. czy robi i mówi to samo. Nie może stwierdzić: „Rób to, co mówię, ale nie rób tego, co robię”. To nie działa. Było kilka osób, które chciały wprowadzić ten dziwny sposób... Sprawdź czy lama ciężko pracuje, czy raczej otacza się służącymi, buduje swoją piramidę. Nie chodzi tylko o służących, ale o uczniów, którzy tworzą wokół niego koła zwolenników i te koła są coraz mniejsze, a on siedzi na samym szczycie piramidy. Sprawdzanie lamy to nie jest nic szczególnie rewolucyjnego, to po prostu zdrowy rozsądek. Nauczyciela trzeba sprawdzić. Nikt nie jest po prostu święty, poza krytycyzmem. W buddyzmie nie mamy żadnych świętych krów, nie chcemy tego. Podejście typu: to przecież Rinpocze, jak możesz, to Karmapa, nie wolno zadać takiego pytania – to wszystko nie ma sensu. Możesz również sprawdzać Olego. Podejście Olego jest bardzo mądre, on nie ma żadnego trupa w szafie. Jeżeli coś się wydarza, nie trzyma nic w tajemnicy, będzie pierwszym, który opowie to wszystkim na wykładzie. Nigdy nie usłyszysz ani nie przeczytasz na internetowym czacie, że Lama Ole ma dziecko z kimś tam. Gdyby miał, powiedziałby o tym na najbliższym wykładzie. Tak więc nikt nie jest poza krytycyzmem i jest to bardzo zdrowe. Jeśli rozwiniesz zaufanie na zdrowych podstawach to mówi się, że nie ma szybszej drogi niż identyfikowanie się z oświeconymi właściwościami nauczyciela, czyli Buddy. Jeżeli widzisz swojego nauczyciela jako Buddę otrzymujesz błogosławieństwo Buddy.

Czy osoba, która ma więcej przeszkadzających uczuć będzie lepszym praktykującym?

Tomek: Nie wiem czy taka osoba, jeżeli będzie praktykować, będzie lepszym praktykującym, ale na pewno będzie miała większy potencjał, więcej paliwa na ścieżce do urzeczywistnienia.

Jaka jest historia naszego logo?

Tomek: W pewnym momencie postanowiliśmy, że potrzebujemy dla naszej firmy jakiegoś logo. Uznaliśmy, że te dwa jelonki spoglądające na koło dharmy to może nie jest najlepszy pomysł, ponieważ wszyscy z tego korzystają i nie daje nam to jasnej identyfikacji. Pytaliśmy o to różnych przyjaciół. Jak wiecie w środku naszego logo jest tybetańska sylaba „ka”, która symbolizuje Karmapę. Znaczy to, że jesteśmy Karma Kagyu, jesteśmy uczniami Karmapy. Kolejne elementy to słońce i księżyc, które zwykle symbolizują różne rzeczy – można je na przykład rozumieć jako aspekt męski i żeński, ale nie jestem tego pewien. Ogień dookoła oznacza wprowadzoną w życie aktywność Karmapy. Pokazaliśmy ten znak Lobpynowi Tseczu, a on go zaakceptował. Medytował nad tym długo i zaproponował pewne zmiany. Wcześniej używaliśmy żółto-niebieskiej flagi Karmapy. Jej powstanie tłumaczy się na wiele sposobów – na przykład, że przyśniła się XVI Karmapie, mówi się też, że chodzi tu o spotkanie Wschodu z Zachodem, czy też ziemi z oceanem. Jednak Ole powiedział, że nie jest przekonany do tego znaku. XVII Karmapa Taje Dordże powiedział, że nie będzie go używał; ta flaga nie będzie go reprezentować. Tak wiec nie używamy jej już, natomiast sanga B wciąż jej używa.

Napiszesz drugą część „Oszustów w szatach”?

Tomek: Aby napisać książkę musimy mieć pewne ram. Tymczasem konflikt trwa, nie jest skończony. Moim zdaniem to się nigdy nie skończy. Na Zachodzie ta kontrowersja nie ma już żadnego znaczenia. Mamy swojego Karmapę i wiemy, że on jest Karmapą. Praktykujemy i medytujemy. Również dla nowych ludzi, którzy do nas przychodzą, ta historia nie ma żadnego znaczenia. Jakie znaczenie może mieć na przykład dla kogoś w Ameryce Południowej imię Akonga Tulku? Ma to znaczenie na Wschodzie, a Ole jest odpowiedzialny za Zachód. Nawet gdybym napisał o tym książkę, to ile osób przeczyta ją na Wschodzie? Wiem, że żona Radżiwa Ghandiego, Sonia, przeczytała moją książkę, bo dostała ją od Szamara Rinpocze. Szamarpa nie jest osobą, która cię pochwali, dopóki nie będzie pewien, że jest ku temu rzeczywisty powód. Raczej powie mniej niż więcej, lecz mimo to oświadczył, że jest zadowolony z tej książki. Szamar Rinpocze potrafi być niesłychanie krytyczny. Kiedyś o mało nie dostałem zawału serca, kiedy zadzwonił do mnie o drugiej w nocy – nie wiem skąd miał numer mojej komórki – zapytał: „Dlaczego napisałeś to i tamto na tej i na tamtej stronie swojej książki?”. Zwykle denerwuję się w obecności Szamarpy i jak tylko usłyszałem jego głos, stanąłem na baczność. Tymczasem okazało się, że Szamar był bardzo zadowolony z tej książki, ucieszył się, że powstała. Myślę, że w tej chwili nie ma potrzeby pisania kolejnej książki. Mamy Karmapę, jesteśmy szczęśliwi i jeżeli postrzegamy Karmapę jako Buddę to otrzymujemy błogosławieństwo Buddy.

Jak działa „turbodoładowanie” Olego?

Tomek: Chciałbym wiedzieć jak to działa, tymczasem po prostu widzę, że to istnieje. Gdy ludzie przyłączają się do nas na dwa tygodnie, to potem potrzebują odpoczynku. Gdyby to była zwykła firma, za żadne pieniądze, żaden człowiek nie byłby w stanie funkcjonować tak, jak Ole. Nawet gdyby ktoś chciał komuś za to zapłacić niewiadomo ile. Nie ma szans. Lama Ole jest sportowcem, potrafi skakać i biegać, ale to też nie wystarczy. Mówimy tu o pewnych zasobach w umyśle, do których inni nie mają dostępu. Oczywiście teoretycznie są one dostępne dla wszystkich, ale w praktyce jest inaczej. Nie wiem jak można to wytłumaczyć. Nikt nie byłby w stanie funkcjonować przez 30 lat tak, jak Ole z Hannah. Ja jestem w drodze dopiero od 17 lat (śmiech). Po pierwsze mamy po prostu wielką wizję, a po drugie przykład wysokiego nauczyciela, który jest głęboko urzeczywistniony. Ponieważ możemy być blisko niego, załapujemy się na tą samą falę. Miejmy nadzieję, że nawet wtedy, kiedy tego nauczyciela zabraknie, fala jednak zostanie. Byłoby wspaniale, gdyby tak się stało.

Tekst do pokłonów w książce i w książeczce do medytacji różni się. Czy możesz powiedzieć dlaczego?

Tomek: W książce jest mowa o ojcu i matce, jeśli dobrze pamiętam. Mało tego – ci, których nie lubimy są przed nami, a ci, których lubimy, za nami itd. Jak mamy z kimś problemy, wyobrażamy sobie, że jest przed nami, to jest bardzo pożyteczne. Kiedy robiłem pokłony, wyobrażałem sobie, że robią je razem ze mną tysiące istot. To było świetne. Raczej nie wyobrażałem sobie tych, których nie lubię. Kiedy robiłem w Bodhgaja te pokłony, najpierw wyobrażałem sobie setki, potem tysiące istot i wszyscy razem staliśmy w jednym szeregu od Oceanu Indyjskiego aż do zatoki. Wszyscy razem robiliśmy pokłony – to daje niezwykłą moc, można przenosić góry. W Bodhgaja jest taki zabawny zwyczaj, że kiedy robi się pokłony pod drzewem bodhi, gdzie Budda osiągnął oświecenie, przychodzą Tybetańczycy i dają pieniądze. Chcą w ten sposób „załapać się” na twoje pozytywne wrażenia. Miałem tylko godzinę, od 6:30 do 7:30 rano, ponieważ wcześniej było ciemno, a potem było już tak gorąco, że nie dało się ruszać. Nie można było ruszyć palcem, nie było więc mowy o pokłonach. Średnią dzienną musiałem mieć 800, a obok kłaniały się Tybetanki, które miały średnią jeden pokłon na 15 minut, w czym nie ma nic złego - były stabilne, robiły to latami. Nie wiadomo, co jest lepsze, tempo nie ma takiego znaczenia, ale Tybetańczycy, którzy przechodzili, patrząc na mnie mówili: „O tak, to dobry koń, na niego postawię swoje pieniądze”. Ilość rupii wzrastała. Właśnie wtedy, w gompie Beru Czientse, Ole pisał „Dosiadając tygrysa”. Nie mieliśmy wtedy zbyt dużo pieniędzy, to był rok 1988. Dzięki tym pieniądzom mogliśmy codziennie jeść śniadanie. Kiedy wracałem po medytacji, Ole krzyczał z okna: „Ile?”. To była moja wielka inspiracja, co dzień tych pieniędzy było więcej. Doszedłem do tysiąca pokłonów na godzinę! Ole wołał: „Brawo!”. Na szczęście musiałem wyjechać, już więcej nie dało się wycisnąć z godziny. Te wszystkie istoty, które sobie wyobrażałem, dały mi siłę do tej praktyki. Tak więc w tym opisie jest wielka mądrość. Nowy tekst, który teraz wyszedł, jest bezpośrednim przekładem z języka tybetańskiego zaadaptowanym na współczesny angielski, polski czy litewski. O wszystkie szczegóły pytajcie Hannah, ona ten tekst opracowała. Bardzo ważne jest, żebyśmy mieli też Cztery Podstawowe Praktyki. Książka z opisem daje ramę do praktyki. Jesteśmy przekazem wadżrajny, Diamentowej Drogi, dlatego nie znajdziecie nigdzie tekstu wyjaśniającego poła, on nie istnieje. Jest tekst pudży, którą śpiewamy, ale konkretne wskazówki, jak wykonywać te medytację, to wyłącznie ustny przekaz. Nauczyciel jest niezbędny nie tylko po to, by przekazał nam te szersze ramy, ale również po to, by udzielił nam wszystkich wskazówek. Wspaniałe jest to, że nie mamy tylko jednego nauczyciela w Tybecie czy Azji – gdyby tak było, cały ten system byłby bardzo niepraktyczny. Mamy tu do czynienia z efektem kuli śnieżnej, ludzie zaczynają rozumieć nauki i sami stają się nauczycielami. Również tutaj mamy swoich nauczycieli, których Ole poprosił, żeby nauczali. To była długa odpowiedź na proste pytanie.

Jak rozpoznać nieustraszoność?

Tomek: Gdybyśmy rozpoznali swoją naturę, od razu, automatycznie stalibyśmy się oświeceni, wszystko miałoby smak oświecenia. Nie jest to nieustraszoność komandosa, który trenuje skoki z samolotu bez zastanowienia. Chodzi o nieustraszoność pochodzącą z urzeczywistnienia. Ole mówi, że śmierć dla jogina jest jak zmiana ubrania, możecie to sobie wyobrazić? Może dla dziewczyn to bardziej skomplikowane. Nieustraszoność pochodzi z wewnętrznej pewności. Jesteśmy jak skała. Nie da się jej zniszczyć. Nie oznacza to, że musimy bezmyślnie jeździć samochodem. Ole jest najbezpieczniejszym kierowcą, jakiego znam. Chodzi o to, by być bezpiecznym i szybkim, bycie bezpiecznym i powolnym nie jest podniecające. Wszyscy o tym wiemy. Powoli i niebezpiecznie – hmm... to też brzmi ciekawie. Kiedy jeździliśmy z Lobpynem Tsechu, który nie lubił jeździć szybko, Ole zawsze mówił: „Rinpocze, musimy jeździć szybko w Niemczech, ponieważ inne samochody również jadą z dużą prędkością i istnieje niebezpieczeństwo, że uderzą w nas od tyłu”. Rinpocze odpowiedział: „Acha”. Jak widzicie w nieustraszoności nie chodzi o bycie śmiałkiem i robienie czegoś dla publiki lub reklamy. Nieustraszoność objawia się w konkretnych sytuacjach. Jest to jeden z powodów, dla których Ole zachęca swoich uczniów, by skoczyli ze spadochronem. Gdy pojawia się w nas urzeczywistnienie, nie boimy się przestrzeni. Przestrzeń to wolność. Kiedy skaczemy, przez pierwsze 3 – 4 sekundy, zanim zaczniemy opadać, znajdujemy się wszędzie i nigdzie w tym samym czasie. Później ponownie się koncentrujemy i spadamy kolejnych 200 metrów w dół. To jest ten rodzaj nieustraszoności, kiedy przestrzeń jest twoim przyjacielem i czujesz się w niej jak ryba w wodzie. Jest to jedna z właściwości, która się pojawia. Następnie poznajemy nieograniczoną radość podczas doświadczenia bogactwa przestrzeni. Wszystko, co się wydarza, jest po prostu fantastyczne, towarzyszy temu też radość – można ją rownież zaobserwować na przykładach Karmapy czy Lobpyna Tseczu. Ole opowiadał, że Karmapa został kiedyś zaproszony do Północnych Indii, i wszyscy goście zostali zaatakowani przez rój pszczół, na które wystarczyło tylko spojrzeć, by spuchnąć. Gdy Karmapa zobaczył ten rój, zaczął się śmiać swoim donośnym śmiechem, o którym mówi się, że gdy śmieje się w Tsurpu, słychać go w Lhasie. Karmapa śmiejąc się powiedział: „Teraz wszyscy dobrzy ludzie mogą się rozluźnić, a wszyscy inni powinni się czymś przykryć”. Czy pszczoły ugryzły Karmapę? Nie, oczywiście, że nie. Ominęły Karmapę, Hannah i Ole, po czym zaatakowały Akonga Tulku ze Szkocji. Radość Karmapy pochodziła z urzeczywistnienia, nie był to tylko udawany uśmieszek rozluźnienia na twarzy. Kiedy podróżowałem z Lobpynem Tseczu, wszystko miało smak tej radości. Maggie, moja siostra, która była sekretarką Rinpocze, powiedziała, że wszystko, co robił Lobpyn Tseczu miało głębokie znaczenie. Nawet wtedy, gdy podawał komuś filiżankę herbaty, miało to znaczenie. Nie chodziło w tym o jakiś spisek. Chciał po prostu pomóc istotom na drodze do oświecenia. Stała za tym głęboka motywacja.

Pewnego razu, w 1974 roku, Karmapa został zaproszony do Francji przez dziwnych ludzi, którzy każde zdanie zaczynali i kończyli sylabą „om”. „Om, bardzo się cieszymy, że do nas dziś przyszliście om”. Bardzo oryginalnie. Karmapa strasznie się z tego śmiał. „Om, z czego się śmiejesz, om?”. Śmiał się tak bardzo, że musiał przykryć się szatami i wszyscy zgromadzeni Tybetańczycy zrobili to samo. Możecie to sobie wyobrazić? Wszyscy goście przykryci, a gospodarze na to: „Om, co oni robią om?”. Radość w takiej sytuacji spontanicznie się manifestuje. Ole jest taki sam. Największym wyzwaniem podczas podróży z Ole jest niedobór snu. Po kilku dniach spania po dwie godziny na dobę, w wolnych chwilach myśli się tylko o spaniu. Kiedyś płynęliśmy promem z Danii do Rostoku. Miałem wtedy wielkie plany – znaleźć jakiś kąt i położyć się spać. Posiadałem też plan zapasowy – kiedy znajdę się koło Olego, będę udawał, że śpię. Ole jednak powiedział: „O, super, teraz m o ż e m y popracować!”. Emanowała z niego niewiarygodna radość. I to jest właśnie to, o czym często nam mówi – fascynacja naszymi możliwościami, właściwościami, którymi emanujemy. Ostatnią właściwością, o której chcę tu powiedzieć jest to, że odczuwając radość, czujemy wdzięczność i chcemy się nią dzielić. Chcemy się też dzielić naszym współczuciem. Ze współczuciem jest tak, że wielu ludzi jest z natury dobrych, lecz nie zawsze są oni użyteczni. Nie chodzi o to, żebyśmy widząc chorych ludzi, sami stali się chorzy, lecz o to, by ich zrozumieć i by im pomóc. Buddyzm jest tu bardzo praktyczny. Jedynym powodem, dla którego Budda czegokolwiek nauczał, była chęć pomagania istotom tu i teraz.

Trzy korzenie

Mamy nauczyciela, który posiada wszystkie właściwości pochodzące z urzeczywistnienia umysłu. Jednoczy on w sobie Trzy Klejnoty – Buddę, dharmę i sangę. Kiedy znajdujemy takiego nauczyciela, poznajemy również Trzy Korzenie. Pierwszym z nich jest błogosławieństwo. To jest uczucie, które pojawia się, gdy widzimy Lamę Ole i nagle wszystko ma znaczenie. Nie chodzi o to, że dla pożytku wszystkich zgromadzonych Ole staje na głowie i robi kilka salt. Pojawia się w nas doświadczenie sensu i wrażenie nieograniczonych możliwości, ponieważ zachodzi mechanizm rozpoznania i identyfikacji – mamy poczucie, że możemy osiągnąć to samo, co on, jesteśmy zainspirowani. Zwykle haczyki samary odciągają nas od dharmy przy pomocy przyjemności, trudności lub przez ich kombinacje. Ważne jest, abyśmy to rozumieli. Spotkanie z lamą niesie w sobie błogosławieństwo, dobrze znacie to uczucie – doświadczamy w kontakcie z nim pewności, że można osiągnąć cel. Nie chodzi o to, by nasi podróżujący nauczyciele nieustannie rozmawiali z nami o 16 poziomach pustki, zazwyczaj mówią o najprostszych rzeczach. Gdy jeździłem z Rinpocze, często mówił mi, że lubi hiszpańską szynkę. Namawiał mnie: „Tomek, zjedz trochę szynki”. Wszystko, o czym mówił, było w jakiś sposób pełne, całkowite. Jego najzwyklejsze słowa niosły ze sobą błogosławieństwo. Ole opowiada, że kiedy podróżował z XVI Karmapą, rozmawiali o najbardziej błahych i głupich rzeczach. Karmapa uwielbiał chodzić do zoo. Kiedy odwiedzą was Tybetańczycy, weźcie ich do zoo lub do cyrku. Kochają to. Musi to być tradycyjny cyrk z akrobatami i zwierzętami, nie żaden nowoczesny wymysł. Wszystko, o czym mówią wysocy nauczyciele, ma smak realizacji, urzeczywistnienia. To jest błogosławieństwo, o którym mówię. Zobaczycie to będąc obok XVII Karmapy. Ludzie przychodzą do lamów z wielką ilością pytań i wątpliwości. Mają to pięknie spisane na papierze, wypunktowane i opracowane, ale gdy zbliżają się do nauczyciela, ich wątpliwości i koncepcje znikają. Słyszałem o tym wielokrotnie, sam też tego doświadczałem. Błogosławieństwo działa.

Drugą rzeczą, którą dostajemy od lamy są metody, takie jak guru joga, wskazujące bezpośrednio na naturę umysłu. Stosując je, identyfikujemy się z nauczycielem.
Trzecim prezentem od nauczyciela jest ochrona. Chciałbym wyjaśnić, co naprawdę oznacza. Ochrona oznacza usuwanie przeszkód na drodze do oświecenia. Wszystko, czego doświadczamy na tej drodze jest doświadczeniem „aha!”, oznacza zrozumienie. Nie chodzi w tym wszystkim o życie pozbawione trudności, oznaczałoby to, że po prostu je prześpimy. Nie interesują nas też praktyki voodoo, nie modlimy się do bożków o miłe życie. Nie jest to buddyjski sposób rozumienia ochrony. Właśnie zdecydowaliśmy, że Lama Ole przeprowadzi na Węgrzech kurs, który będzie zatytułowany „Lama, jidam i buddyjski strażnik nauk”. Karmapa udzieli tam też w tym czasie dwóch inicjacji.

Ole opowiada czasami historię o tym, jak jechał kiedyś w Anglii, w rejonie Birmingham, małym, czerwonym samochodem. W pewnej chwili powiedział do siebie: „OK, jeśli ochrona działa, chciałbym żeby z przeciwka nadjechał czerwony wóz”. I rzeczywiście, nadjechał. Ole powiedział sobie znowu: „OK, ale jeśli ochrona naprawdę istnieje, niech pojawi się kolejny czerwony samochód”. To było szokujące, bo po 20 sekundach rzeczywiście nadjechał większy czerwony samochód. Wtedy Ole stwierdził: „No dobrze, w takim razie chcę jeszcze jeden”. Po upływie kolejnych 20 sekund pojawiła się olbrzymia czerwona ciężarówka jadąca z tak dużą prędkością, że prawie zdmuchnęła Olego z drogi. Zrozumiał, że nie są to energie, z którymi można igrać.

Jednym z powodów, dla których podkreślam prawdziwe znaczenie ochrony jest historia pewnego naszego przyjaciela z Australii. Wyprzedzał on na drodze, jadąc pod górę, i nie widząc, czy inny samochód nie zbliża się z naprzeciwka. Był przekonany, że Mahakala go ochroni. Nagle nadjechał samochód. Czołówka. Ten drugi samochód wylądował co prawda w rowie, ale nikt nie ucierpiał. Gdyby było jednak inaczej, wyobraźcie sobie tego kolesia mówiącego po wypadku: „Mam ochronę, Mahakalę, nic mi się nie stanie…”. Wyszlibyśmy na jakąś dziwną, niebezpieczną sektę. Naszym celem jest oświecenie, więc wszystkie emocje, wyobrażenia i fantazje angażujemy i transformujemy w kolejne kroki na ścieżce do oświecenia. Dzięki przywołaniu Mahakali wszystkie głupie i przykre rzeczy, które mogłyby nam się przytrafić, nie pojawią się. Rozumiejąc to, jeszcze raz możemy sobie uświadomić, jak cenny jest nauczyciel. Jest on centralnym punktem naszej praktyki. Klejem, który utrzymuje ją w całości, który dotarł do nas z czasów Buddy, poprzez mahasiddhów z Północnych Indii i wreszcie ojców Kagyu i Lamę Ole, jest wdzięczność. Milarepa, po tym jak stał się oświecony, zrozumiał, że wszystko, czego tutaj doświadczamy to zbiorowy sen. Dzięki swemu urzeczywistnieniu rozwinął pewną szczególna siłę – wszystko, co powiedział, miało moc budzenia istot z niewiedzy. Czy wyobrażacie sobie Milarepę tu i teraz? Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie osobę, która cokolwiek powie, sprawia, że realizujemy swoje oświecenie? Tak było, dowodem na to jest sto tysiący pieśni Milarepy. Nie skomponował ich przecież dla siebie, miały one moc budzenia istot w tamtych czasach ze snu niewiedzy. Kiedy Milarepa wypowiadał swoje nauki, inni je spisywali. Każda jego pieśń zaczynała od podziękowań dla jego nauczyciela, Marpy. Zobaczycie, że rozwiniecie te same właściwości. Jak mówi Lama Ole, możemy dawać ludziom pieniądze, wtedy w Anglii przetrwają one do jedenastej wieczorem, czyli tak długo, jak długo otwarte są puby. Może się zdarzyć, że ta kasa przetrwa dłużej, bo istnieją knajpy 24-godzinne. Gdy dajemy ludziom możliwość zdobycia wykształcenia, to pomoże im aż do końca tego życia. Natomiast jeśli dajemy ludziom unikalne metody Diamentowej Drogi, ma to największe znaczenie. Zrozumiałem to, gdy byłem w rękach partyzantów. Był to swoisty test. Myślałem, że to może być ostatni moment, że za chwilę możemy umrzeć. Było zdecydowanie za późno na medytację. Nie mogłem zwrócić się z prośbą do komendanta: „Przepraszam bardzo, ale chciałbym jeszcze przed śmiercią skończyć nyndro”, albo powiedzieć: „Poczekajmy, bo właśnie kończę czytać ostatni rozdział „Jakimi rzeczy są” autorstwa Lamy Ole Nydahla”. W takich sytuacjach jest już za późno, to właśnie jest najlepszy test. Kiedy tonąłem na Hawajach i potem się uratowałem, moją pierwszą reakcją była wdzięczność dla Lamy Ole. Nie za to, że mnie ocalił, bo przecież tonął tak samo jak ja – jego uratował surfer, a mnie koralowce. Powiedziałem wtedy życiu: „Do widzenia”. Nie wiem, czy kiedykolwiek tonęliście, ale nie jest to specjalnie przyjemne uczucie. Jedynym powodem, dla którego nie wpadłem w panikę, i w końcu dzięki temu udało mi się przeżyć, było to, że ufałem metodom. Gdyby przytrafiło mi się to kilka lat wcześniej, utonąłbym. Zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli uderzę w te skały jeszcze jeden raz, to będzie koniec. Pogodziłem się po prostu z tym faktem, przypomniałem sobie, że mam poła i schronienie. Wszystko to wydarzyło się w ciągu kilku sekund, ale wydawało się wiecznością. Czas jest bardzo relatywny. To, czego doświadczamy tu w naszym świecie jako sekundy, w świecie bogów jest przeżywane jako kalpa. Nie chcę przez to powiedzieć, że miałem wtedy ochotę zaśpiewać: „Och, poła, jak cudownie!”. Sytuacja była nieprzyjemna, lecz nie panikowałem, nawet wtedy gdy woda dostawała się do mojego ciał przez wszystkie otwory i nie chciała wyjść na zewnątrz. I nagle woda wyrzuciła mnie na brzeg i leżałem tam jak zraniony kurczak. Wtedy Ole podszedł razem z surferem, spojrzał na mnie i powiedział: „Tomek, wracamy do wody!”. A ja na to: „Och, nie!”. Dlaczego Ole chciał, żebyśmy znowu wrócili do wody? Wróciliśmy po to, by nie pojawiła się w umyśle blokada, by pływanie w przyszłości nadal sprawiało nam przyjemność. Jestem pewien, że kiedy wy będziecie już w stanie śpiewać wyzwalające pieśni, zaczniecie je od słów: „Dziękuję, Ole!”, lub od imienia waszego, innego nauczyciela. Lobpyn Tseczu często podkreśla, że nie ma w buddyzmie rozwoju, jeśli nie utrzymuje się związku z nauczycielem, który dał nam skuteczne metody do pracy z umysłem. Wtedy na brzegu czułem, że muszę powiedzieć: „Dziękuję Ole”, bardzo wiele razy. Śmierć jest osobliwa, przyjdzie do każdego z nas i wtedy właśnie będziemy mieli okazję sprawdzić skuteczność metod i swój rozwój. Wtedy odniesiemy pożytek z tego, w co zainwestowaliśmy. Mówi się, że jest wiele żelaza, lecz mało złota. Istnieje takie czarno-białe zdjęcie: kto jest kim w buddyzmie tybetańskim. Kiedy Tybetańczycy przeszli przez Himalaje i uciekli przed Chińczykami do Indii, sfotografowali się razem – na zdjęciu widać wszystkich wysokich lamów, takich jak Dudziom Rinpocze, Sakja Trinzin, Kalu Rinpocze i wielu innych. Siedzą wokół Dalaj Lamy – taka śmietanka towarzyska oświecenia. XVI Karmapa, król tybetańskich joginów, także był na tym zdjęciu. Hannah i Ole stali się jego pierwszymi zachodnimi uczniami i otrzymali pełny przekaz z samego szczytu piramidy nauk, przekaz pochodzący bezpośrednio od Buddy. Również dlatego nasze szanse na rozwój, są naprawdę wyjątkowe, unikalne. Jeśli zdołałem was zainspirować i zwrócić waszą uwagę na skarb, jaki posiadamy, czyli na nauczyciela jednoczącego w sobie Trzy Klejnoty – Buddę, dharmę i sangę – oraz dającego nam Trzy Korzenie, jestem bardzo szczęśliwy. Nietrwałość dotyczy także wysokich lamów. Pamiętacie, że kiedy dwa lata temu spadochron Olego się nie otworzył, wszyscy byliśmy zszokowani. Organizowaliśmy wtedy kursy w różnych krajach bez Lamy Ole. Sanga przejęła całkowicie rolę nauczyciela, stało się jasne, jak jest ważna. Byłem wtedy w USA, wspólnie osiągnęliśmy taki rezultat, jakby Ole był z nami przez cały czas.

Kiedyś trzeba było z jakimś guru bardzo długo mieszkać, by otrzymać nauki. Teraz Lama Ole podróżuje przez cały czas. Jak to działa? Czy możesz wytłumaczyć różnicę w stylu?

Tomek: Wielokrotnie już zadawano mi to pytanie. Istnieją ludzie posiadający niezwykle mistyczny pomysł, że prawdziwa ścieżka to oni i lama, że powinni żyć razem z nauczycielem, który po 40 latach uderzy ich w końcu sandałem w głowę i zobaczą światło. Tymczasem nawet w Tybecie była to bardzo rzadka sytuacja. Istnieją podobne przykłady ojców Kagyu, ale w większości przypadków uczniowie przychodzili do nauczyciela, a on wykonywał swoje zadanie, to znaczy pokazał im ich naturę Buddy. Nastepnie uczniowie wracali do siebie, medytowali, sprawdzali to, co otrzymali, po czym ponownie po jakimś czasie wracali do nauczyciela. W niektórych przypadkach nawet nie wracali. Cały system przekazywania nauk bardzo się rozwinął, nie chcemy importować tego starego, tradycyjnego. Dawniej rinpocze dawał błogosławieństwo przez 10 minut, potem pakował się i wychodził. Nowym stylem jest to, że lamowie, rinpocze, dają błogosławieństwa przez wiele godzin. Niegdyś nauczyciele żyli w zamkniętych kręgach zazdrosnych ludzi odłączonych od rzeczywistości, którzy raz na jakiś czas pokazywali lamę tłumowi. Dzisiejsza otwarta sytuacja z Lamą Ole daje nam dużo więcej możliwości, jest dużo zdrowsza. Ole mówi czasami, że po śmierci życzyłby sobie, byśmy na jego płycie nagrobnej napisali: „Uczynił wielu ludzi niezależnymi”. Podróżuje z Ole od wielu lat i mogę powiedzieć, że wszyscy jesteśmy w polu mocy lamy, co nie zmienia faktu, że nadal musimy wykonywać naszą pracę. Gdyby w Diamentowej Drodze chodziło po prostu o bycie z lamą, nawet mały owad siedzący na ramieniu nauczyciela byłby oświecony. Praca oznacza medytację, docieranie do właściwych informacji, używanie odpowiednich metod rozwoju i umacnianie tego, co już osiągnęliśmy. Nie chodzi o to, by przywiązać się łańcuchem do nauczyciela. Chodzi o to, co robimy, jak wykonujemy swoją pracę.

Kiedy byliśmy w Rumteku, w 1992 roku, był tam również Sangdzie Niempa Rinpocze. Dał on niesamowite nauki dotyczące mahamudry. Po wykładzie powiedział: „Teraz zadawajcie pytania”. Ole siedział w pierwszym rzędzie i patrzył na niego wyjątkowym spojrzeniem, mówiącym: „Teraz usłyszysz pytania moich uczniów, zmiotą cię”. Cisza trwała jednak dwie minuty, potem przedłużyła się do trzech. Ole odwrócił się i powiedział: „No, nie wstydźcie się”. Cisza trwała nadal, aż w końcu jeden śmiałek podniósł rękę i zapytał: „Rinpocze, czy w Rumteku jest urząd pocztowy?”. Mogę wam przysiąc, że jeśli spojrzenia mogłyby zabijać. Sposób, w jaki Ole spojrzał na zadającego to pytanie nie pozostawiał żadnych złudze. Czasami, jeśli nie ma pytań, jest to zupełnie w porządku. Zapytałem Szamara Rinpocze, czy można osiągnąć oświecenie bez medytacji. Szamarpa spojrzał na mnie i powiedział: „Nie!”. W historii naszej linii była tylko jedna osoba, która osiągnęła oświecenie bez medytacji, ale to nie znaczy, że bez pracy. Naropa był wystawiony na 8 głównych i 16 pomniejszych niebezpieczeństw i katastrof, które zafundował mu Tilopa. Nie jestem pewien, co jest łatwiejsze, chyba raczej medytacja. Tak było w przypadku Tilopy i Naropy, ale nie była to główna, najczęściej używana droga do oświecenia w naszej szkole. Byłoby pięknie, gdyby każdy z nas otrzymywał jaskinię w pakiecie razem z nauczycielem. Niestety jest to praktycznie niemożliwe. Gdy przychodzimy do lamy, zostajemy skonfrontowani z naszą oświeconą naturą. Następnie używamy metod, praktykujemy i wracamy do naszego codziennego życia – używamy w nim tego, co osiągnęliśmy. Ole chce, byśmy tworzyli światową sangę zbudowaną na przyjaźni. Wtedy, gdy nauczyciela już nie będzie, przejmie ona jego aktywność. Kiedy nie będzie lamy, jeszcze trudniej będzie nam wywołać w swoich oczach łzy na samą myśl o oświeceniu. Wkładajmy wysiłek w budowanie przyjaźni na całym świecie, bo to będzie aktywność nauczyciela po jego śmierci – chciałbym to wyraźnie podkreślić. Podróżując poznacie wielu wspaniałych ludzi w Londynie, Władywostoku, Sydney i innych miejscach. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy rzucić pracę, sprzedać dobytek i wyruszyć w trasę z Lamą Ole. Czasami na pytanie'„Co tak naprawdę robisz w życiu?”, zdarzają się odpowiedzi: „Jestem buddystą”. „OK, ale gdzie pracujesz, studiujesz?”. Odpowiedź brzmi: „Nie, jestem buddystą”. To jest wielkie nieporozumienie! Lama Ole mówi, że najwyższy poziom spotkania ucznia i nauczyciela to identyfikacja umysłu z umysłem. Guru joga jest wspaniała, już samo czytanie jej tekstu przynosi błogosławieństwo, powinniśmy jednak pamiętać, że lama pojawiający się w tej medytacji nie jest różny od naszej prawdziwej esencji.

Jak wykorzystać ten cenny czas, kiedy jesteśmy blisko nauczyciela, w jego polu mocy?

Tomek: Może powinieneś schować się pod łóżkiem lamy podczas jego wizyty (śmiech)? Najlepszą rzeczą, którą możemy zrobić w tym życiu dla siebie i innych jest guru joga, identyfikacja z ciałem, mową, umysłem, właściwościami i aktywnościami nauczyciela. Jest to najszybsza, najbliższa i najskuteczniejsza droga ukierunkowana bezpośrednio na naturę umysłu. Lepsza ścieżka nie istnieje, jest to najszlachetniejszy klejnot w buddyzmie tybetańskim. XVII Karmapa powie wam to samo – mnie powiedział to podczas wywiadu, który z nim przeprowadziłem. Możemy przywiązać się łańcuchem do nauczyciela, schować się za jego łóżkiem lub w torbie podróżnej, zwanej „wielorybem”, lecz nie przyniesie nam to żadnego pożytku, jeśli nie będziemy identyfikować się z nim na najwyższym poziomie. Można by zadać w tym miejscu pytanie, dlaczego istoty siedzące ciągle wokół Karmapy, nie są oświecone? Nauczyciel nie wykona za nas naszej pracy, to nie jest możliwe. Pamiętajmy, że wygrywają ci, którzy wykonują medytację guru jogi przez przynajmniej 10 minut dziennie. Mamy jednego bardzo silnego przyjaciela, który poprosił o wyjaśnienia do pokłonów. Zaproponowaliśmy mu żeby na początek zrobił 15. On jednak wyśmiał nas, mówiąc: „15? O nie, poczekajcie, ja wam pokażę, jak to się robi”. Zrobił 950 pokłonów podczas pierwszej sesji, następnego dnia ambulans zabrał go do szpitala – musiał tam stać, bo nie był w stanie się położyć. Spędził trzy tygodnie w szpitalu. I przez kolejny rok na sam dźwięk słowa medytacja dostawał gęsiej skórki. Praktyka pokłonów jest pewnego rodzaju wyścigiem z czasem, ale nie są to zawody. Medytacja produkuje dobre wrażenia w umyśle, a my potrzebujemy pewnej ilości dobrych wrażeń, by w ogóle praktykować Diamentową Drogę. Kolejną metodą na wytwarzanie dobrych wrażeń są dziesięciominutówki. Te krótkie wyjaśnienia mogą trwać 5, 7 lub więcej minut. Nie chodzi o to, by stać nad przemawiającym ze stoperem. Ta inicjatywa Olego przynosi naprawdę dobre rezultaty. Zachęcajmy do tego wszystkich. Nie pouczam tu nikogo, mówię to zarówno do was, jak i do siebie.

Zanim zacząłem podróżować z Ole, mieszkałem w ośrodku w Kopenhadze. Teraz mamy tam trzy domy. Zdobyliśmy je w naprawdę niesamowity sposób. Następnym z kolei domem jest ambasada Iraku, więc chyba raczej nieprędko przybędzie nam czwarty budynek. Nie ma szybszej drogi rozwoju niż praca dla ośrodka i nie ma szybszego sposobu uczenia się, niż nauczanie innych. Każdy, kto był w takiej sytuacji, na pewno zgodzi się ze mną. Mówienie do innych jest bardzo dobre, bo słuchacze patrzą na rzeczy z różnych stron i punktów widzenia, z poziomu różnych doswiadczeń. Nagle rzeczy, które budziły nasze wątpliwości, stają się jasne. Teraz pojawiało się przed nami nowe wyzwanie – piękne miejsce u podnóża Alp, położone na wysokości 700 m n.p.m, z naprawdę czystym powietrzem. Kupujemy teren pod Ośrodek Europejski właśnie w Niemczech, ponieważ większość naszej pracy dla dharmy wydarza się właśnie tam i ponieważ jest to centralna lokalizacja dla całej Europy. Nie będzie to jednak ośrodek niemiecki – będzie należał do was, do mnie, do nas wszystkich. Być może jako Polacy mamy zakorzeniony w umyśle stary, socjalistyczny sposób myślenia, typu: „Jeśli to należy do wszystkich to znaczy, że jest niczyje”. Wyobrażacie sobie sześciotysięczny kurs – sześć tysięcy ludzi na jednym kursie? Kupimy to miejsce, jak tylko lokalne władze nas zaakceptują. Wszyscy wiemy jacy są rolnicy – są nieufni, nawet w stosunku do ludzi z sąsiedniej miejscowości. Myślą, że mieszkańcy sąsiedniego miasteczka to banda leniuchów i że jedynym sposobem na przetrwanie mieszczuchów jest ciężka praca ich, rolników. Rolnicy na całym świecie są tacy sami, nie chcą niczego z zewnątrz, kultywują tradycję. Musimy więc przekonać ich, że pojawienie się europejskiego centrum buddyzmu Diamentowej Drogi, w ich najbliższym sąsiedztwie, to dobry pomysł. Nad tym teraz pracujemy. Kiedy tylko dostaniemy zielone światło, kupimy to miejsce. Do realizacji tego celu potrzebujemy jeszcze 2,5 miliona euro. Nie mamy bogatych wujków, ale każdy może dołożyć swój grosz. Kiedy przed laty zapraszaliśmy Hannah i Olego do Polski, musieliśmy zapłacić za ich wizy 40 dolarów i nie mieliśmy takiej kasy. Przejrzałem wtedy swoje domowe oszczędności i znalazłem pięć dolarow. Inni też coś skombinowali i dzięki temu mogliśmy gościć lamę. Każda, nawet niewielka kwota, ma duże znaczenie. Wtedy każdy z nas dał dolara albo pół i dzięki temu Ole był z nami przez dwa dni. Było to dla nas znacznie zdrowsze, niż pozwolenie, żeby Hannah i Ole płacili za siebie. Dzięki temu naprawdę doceniliśmy to, co się wydarzyło. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że sami za wszystko zapłaciliśmy. Możecie o to zapytać Miśka i innych przyjaciół, którzy pamiętają tamte czasy. Kiedy dzień X nastąpi, będziemy mogli pokazać, na co nas stać. Dobrze, że nie mamy osoby, która zapłaci połowę lub całość tej kwoty, bo chodzi nam przecież o wspólną pracę. Traktujcie ośrodek europejski tak jak lokalny ośrodek, który wspieracie.

Jak sobie radzisz ze stresem podczas podróży, z rozkładami jazdy, terminami odlotów, zapominaniem o rzeczach? Czy obecność lamy pomaga, czy też chodzi o coś innego?

Tomek: Kiedy Olego ktoś o to pyta, jego odpowiedź brzmi: „Większość ludzi przemieszcza swój umysł, podczas gdy ich ciało pozostaje w jednym miejscu, ja natomiast pozwalam memu ciału poruszać się wszędzie dookoła, ale umysł utrzymuję w jednym miejscu.” Najwyższą medytacją jest spoczywanie w tym, co się właśnie dzieje. Cokolwiek się wydarza, gdziekolwiek Ole się znajduje, spoczywa on w samym środku sytuacji, w centrum swego umysłu. Dlatego może tak wiele zdziałać i nie miał jeszcze ataku serca. Ta skuteczność to rezultat jego realizacji, zdrowych genów jego rodziców oraz doskonała socjalna baza w Danii. Jeśli natomiast chodzi o mnie, to po tej trasie jeszcze bardziej doceniam to, co robi Ole. Jedynym sposobem na tak intensywne funkcjonowanie przez wiele lat, jest głębokie „osadzenie” we własnym umyśle i rzeczywiste stosowanie metod Buddy. Nie byłym dobrym przykładem, gdybym był neurotyczny i biegał dookoła jak kurczak bez głowy. Jest taka polska historyjka: koleś na budowie jeździ z taczką tam i z powrotem. Inny robol zatrzymuje go i pyta: „Dlaczego jeździsz z pustą taczką?”. Tamten odpowiada: „Jestem tak zajęty, że nie mam czasu jej napełnić”. Działanie dla samego działania jest bezsensowne, podobnie jak podróżowanie dla samego podróżowania. Ja chcę podróżować z Ole ze względu na inspirację, która od niego płynie. W 1984 roku, w Katmandu, niedaleko stupy Swajambu, gdzie mieszkał Lobpyn Tseczu Rinpocze, a Hannah i Ole spotkali Karmapę po raz pierwszy, Ole dostał słynnej „biegunki Katmandu”. Poszedł więc do toalety na 10 minut. Nagle w okolicy pojawił się prawdziwy encyklopedyczny umysł – Tenga Rinpocze – mistrz medytacji, specjalista od medycyny tybetańskiej oraz malowania tanek. Wszyscy poszli się z nim zobaczyć. Ole został w toalecie sam, a ja postanowiłem na niego poczekać. To było dla mnie bardzo symboliczne, choć Ole na pewno już tego nie pamięta. Wreszcie Ole wyszedł i zapytał gdzie się podziała reszta grupy. Odpowiedziałem, że przyjechał Tenga Rinpocze. Powiedziałem też: „Ole, ja zawsze z tobą zostanę, bez względu na wszystko”. Brzmi może głupio, ale to miało dla mnie głębokie znaczenie. Ole jest wielką inspiracją, która sprawia, że mogę nie spać przez trzy dni, pracować non stop. Najszybszą drogą rozwoju naprawdę jest droga oddania. Powinniśmy jednak dokładnie sprawdzić obiekt, któremu chcemy zaufać. Po tym jak spotkałem buddyzm, wszystko stało się w moim życiu jaśniejsze, pełne znaczenia, wszędzie widziałem znaki. Kiedy byłem w Rumteku po raz pierwszy, wszystko było tam święte i wspaniałe. Czasy się zmieniły. Niektórzy wysocy nauczyciele skompromitowali się. To nasi dzisiejsi podróżujący nauczyciele dają nam rzeczywistą siłę.

Kochani, muszę przestać mówić, bo zagadam was całkowicie. Dziękuję wam za inspirację. Wspaniale spędzam tu czas. Jestem szczęśliwy. Cieszę się, że mamy tak wielu wspaniałych ludzi. To prawdziwe bogactwo różnorodności, wielka rodzina przyciągająca rozmaite właściwości. Dobrze, że są inne grupy przyciągające... innych ludzi. Gelugpowie przyciągają cnotliwych, sami siebie też tak nazywają i są z tego dumni. Kiedy my słyszymy słowo cnotliwy, od razu pojawia się na naszych twarzach ironiczny uśmieszek. Dobrze, ze są różne szkoły dla różnych ludzi. Nauczanie to naprawdę ciężka praca. Podróżując doceniam to, co robi Ole przez ponad 30 lat. Zrozumiałem to ostatecznie dopiero teraz, podczas swojej trasy. Chociaż podróżowanie wygląda na świetny sposób na lekkie życie, w trasie trzeba dać z siebie wszystko. Bywa się kompletnie wyczerpanym. Lama Ole oczywiście ma świetne życie, ale ma je z powodu swego urzeczywistnienia. Podróżując widzę, że się rozwijamy, wzrastamy, wszędzie coś budujemy – to jest zupełnie niesamowite.

Opracowanie: Mira Starobrzańska

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

O Medytacji Karmapy - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Wszyscy pragną pokoju - XVII Karmapa Taje Dordże | Prawda absolutna i relatywna - Wywiad z Lamą Ole | Pieśń Wadżry - XVI Karmapa Rangdziung Rigpi Dordże | Karma nie jest żadną wielką sprawą - Dzigme Rinpocze | Ponadosobiste właściwości umysłu - Lama Ole Nydahl | Tsema - Postrzeganie zmysłowe - Gyatrul Rinpocze | Medytacja - Karola Schneider | Cytat - Gendyn Rinpocze | 8 linii przekazu w Tybecie - Detlev Göbel | Faza budowania i spełniająca w praktyce jidama - Szangpa Rinpocze | To jest zupełnie niesamowite - Tomek Lehnert | Zrodzony z lotosu - Ulla Unger | Buddyzm i moje myślenie zlały się w jedno - Żwirek rozmawia z Marcinkiem Barańskim | Cywilizacja buddyjska w starożytnej Azji - Rafal Kowalczyk | Rumtek się zbliża - Michael Den Hoet | Szamar Rinpocze w sprawie komentarzy Dalajlamy | Umysł jako nieograniczona przestrzeń - Sergiej Novozhilov | Buddyzm i gospodarka rynkowa - Sabine König | Gafa-kagyu i inne straszliwe historie ze wschodu - Artur Przybysławski | Projekt Hala Stupa House | Ośrodek Europejski na finiszu | 10 lat buddyzmu Diamentowej Drogi w Czechach - Mira Starobrzańska | Glasgow - Ewelina Hebda, Jarek Gajdamowicz | Jasna Góra zdobyta - Antoni Gralak | Bieszczady - BuddGroupBieszczady | International Institute for Buddhist Studies - Buddyjska uczelnia w Karma Guen - Maria "Bundesmarija" Przyjemska |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: