DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 35 -> Wywiad z Pedro Gomezem założycielem ośrodka w Karma Guen

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Wywiad z Pedro Gomezem założycielem ośrodka w Karma Guen

Przeprowadzony przez redakcję DD


Dziękujemy, że znalazłeś czas na kilka pytań. Zacznijmy od historii Karma Guen. Jak doszło do tego, że mamy tutaj ośrodek?

Pedro: Pomysł, aby powstał, zawdzięczamy Lamie Ole. Ole, Hannah, Doritt i ja jechaliśmy kiedyś do Portugalii i wtedy narodziła się taka idea. Ole zauważył, że w tej części Europy nie ma miejsca, gdzie ludzie mogliby się spotykać i medytować. Powiedzieliśmy: „dobrze”, zaczęliśmy się rozglądać i wreszcie kupiliśmy wraz z Doritt Karma Guen. Myśleliśmy już wcześniej o tym miejscu, chcieliśmy spędzać tutaj wakacje, nasz wolny czas.

A więc to było jakoś uwarunkowane karmicznie...

Pedro: Tak, właściwie o wiele wcześniej o kupnie tej ziemi zadecydował nasz syn, Peter. Wtedy miał 6 lat. Bardzo mu się tu spodobało i nalegał, żebyśmy ją wzięli. No więc nie mieliśmy wyjścia.

To był rok 1981?

Pedro: Tak. A do Portugalii z Olem jechaliśmy w 1987 roku.

Możesz powiedzieć kilka słów o przyszłości tego miejsca? Jaka jest twoja wizja Karma Guen?

Pedro: Zaczęła już się rodzić, kiedy Ole postanowił założyć ośrodek w Hiszpanii. Wtedy na miejscu dzisiejszego Karma Guen stało kilka zrujnowanych domów. Było jednak jasne, że mamy tu wielkie możliwości. Kiedy odbywaliśmy z Olem i Hannah tajemną podróż po Tybecie, zapytałem ją w pewnym momencie, jakie jest znaczenie stupy, którą tam zobaczyłem. Hannah powiedziała, że to stupa Kalaczakry. Ole wyjaśnił, że chroni ona przed zagrożeniami ze strony islamu. Wtedy pomyślałem o tym, że Karma Guen znajduje tak blisko świata arabskiego i zacząłem snuć plany budowy takiej stupy u nas.

Brzmi to jak cała, wypracowana strategia...

Pedro: Bo tak właśnie było. Później obejrzałem sobie stupę w Bułgarii. W końcu w klasztorze Beru Czientse Rinpocze poprosiłem o plany budowy i dostałem oryginalne szkice, które narysowali Tenga Rinpocze i Kalu Rinpocze na potrzeby stupy w Karma Guen w Tybecie. Właściwie nazwę naszemu ośrodkowi nadał Lama Ole. Po powrocie z tajemnej podróży dyskutowaliśmy w Kopenhadze, jakie miejsca zrobiły na nas największe wrażenie. Dla Olego było to Tsurphu, a dla mnie Karma Guen. Ole powiedział wtedy: „Nadamy waszemu centrum nazwę Karma Guen”. Ma ono też pewien związek z XVI Karmapą. Kiedyś we Francji ktoś powiedział mu, że można zdobyć ziemię w Pirenejach i Karmapa nadał temu miejscu także nazwę Karma Guen. Jednak inni wysocy lamowie nie chcieli go kupić. W końcu jednak Karmapa znalazł kogoś, kto załatwił wszystkie potrzebne papiery. Później zostały one przekazane dalej, prawdopodobnie uczniom Kalu Rinpocze, nigdy jednak nie dotarły z powrotem do Karmapy i z czasem ziemia została sprzedana. Kiedy człowiek odpowiedzialny za wszystkie dokumenty zapytał Karmapę, czy je otrzymał, Karmapa zaprzeczył. Wtedy uczeń ten bardzo się zasmucił, ale Karmapa powiedział mu: „Nie martw się, w przyszłości Karma Guen znowu się pojawi, tym razem na dole”. Opowiedział mi o tym pewien znajomy z Francji, dwa lata temu. Być może „na dole” znaczyło „trochę bardziej na południe”.

Czemu dokładnie ma służyć nowa gompa Karmapy?

Pedro: Chcemy organizować w niej wielkie kursy. Potrzebowaliśmy dla naszej linii, dla Diamentowej Drogi, takiego miejsca, chroniącego tybetańską tradycję i reprezentującego ją zarazem. Zapytałem Wojtka Kossowskiego, czy zechciałby opracować odpowiedni projekt. Na początku przedstawił mi bardziej skomplikowany szkic, na który nie było by nas stać, więc poprosiłem o coś prostszego. I wyszło bardzo dobrze, a nowa gompa daje wiele możliwości.

Jak wyglądają nasze stosunki z lokalnymi władzami? Jesteśmy lubiani, tolerowani czy... jest jeszcze inaczej?

Pedro: Mamy dobre stosunki z tutejszym rządem. Ale jestem bardzo ostrożny. Wiem, jak myślą ludzie na południu Hiszpanii. To kraj zupełnie katolicki, w stu procentach. Dlatego pojawiliśmy się tutaj nie jako buddyści, ale jako organizacja chroniąca spuściznę kulturalną Tybetu. Opowiadałem wszędzie o tybetańskiej astrologii, matematyce itd. Sam zresztą byłem kiedyś katolickim zakonnikiem. Dzięki temu wiem, jak o tych sprawach rozmawiać i łatwiej mi porozumieć się z władzami. Na przykład, kiedy chcieliśmy budować gompę, nie prosiłem o pozwolenie na budowę domu medytacyjnego, tylko biblioteki. Trzeba po prostu wiedzieć, jak przedstawiać tutaj te rzeczy. Ale ludzie lubią nas bardzo i szanują. Kiedy załatwiam różne oficjalne sprawy dla ośrodka, dają mi to odczuć. Budzimy ich zaufanie tym, że robimy coś dla innych.

Wspomniałeś, że byłeś katolickim duchownym. To ciekawe, czy możesz coś o tym opowiedzieć? Dlaczego odszedłeś?

Pedro: Żyłem nawet w klasztorze. Był to Eskorial – hiszpański królewski klasztor. Jedna z najlepszych bibliotek na świecie znajduje się właśnie tam. Mają niesamowicie bogatą kolekcję starych tekstów, pochodzących z wielu egzotycznych miejsc – z Aleksandrii, z krajów arabskich. Mnisi w Eskorialu bardzo dużo studiują. Ja również się tam uczyłem, studiowałem też filozofię w Salamance. Otrzymałem więc dobre wykształcenie. Ale to długa historia, nie wiem, czy warto o tym opowiadać. Krótko powiem, że edukacja jaką wyniosłem była bardzo tradycyjna. Szczerze mówiąc – totalne średniowiecze. Należałem do jednej z ostatnich grup zakonników, która praktykowała i uczyła się na dawny sposób. Potem zostało to zabronione. My naprawdę robiliśmy te wszystkie straszne rzeczy, które można zobaczyć w „Imieniu róży”. Z drugiej strony, to nie był zmarnowany czas. Dzięki niemu stałem się bardziej odporny na różne życiowe sytuacje. Być może jestem bardziej świadomy tego, co się dookoła mnie dzieje. Miałem jednak szczęście – niektórzy moi koledzy mieli go mniej. Nabawili się różnych psychicznych problemów, niektórzy wylądowali nawet w szpitalu. W pewnym momencie zdecydowałem, że opuszczam Eskorial. Cała ta sytuacja nie miała żadnego związku z rzeczywistością – wszystko pełne było dogmatów, sztywnej tradycji. Poprosiłem o możliwość oddania ślubów. Musiałem w tym celu wybrać się do samego Watykanu.

Słyszeliśmy, że znasz jakieś ciekawe historie dotyczące XVI Karmapy...

Pedro: Jest rzeczywiście coś, co słyszałem podczas intronizacji XVII Karmapy. Pewnego razu, kiedy XVI Karmapa podróżował po Indiach, na jednej ze stacji do jego pociągu wsiadł Hindus. Kiedy zobaczył Karmapę, nagle bez powodu poczuł się niewiarygodnie szczęśliwy – śmiał się, przepełniała go wewnętrzna radość. Nie potrafił tego zrozumieć, więc postanowił, że zapyta, co się z nim właściwie dzieje. Podszedł do Karmapy i powiedział: „Nie wiem dlaczego, ale gdy cię widzę, natychmiast czuję ogromne szczęście. Co mam o tym myśleć?”. Karmapa odpowiedział: „To ma związek z naszą karmą. Kiedy byłem Karma Pakszi i podróżowałem po Tybecie, w pewnym momencie przechodziłem obok twojego domu. Chociaż byłeś bardzo biedny, oddałeś mi swoje ostatnie jedzenie. Powiedziałem ci wtedy, że już nigdy nie upadniesz niżej w kole egzystencji. Dlatego jesteś taki szczęśliwy. A teraz powiem jeszcze, że w przyszłości będzie ci się również bardzo dobrze powodziło i że w końcu osiągniesz oświecenie”. W owym czasie człowiek ten miał bardzo małą firmę oraz dwóch, trzech pracowników. Teraz stał się jednym z najbogatszych ludzi w Indiach. Chociaż jest Hindusem, został członkiem Karmapa Charitable Trust – organizacji opiekującej się mieniem Karmapy. Ta historia pokazuje, jak działa mandala nauczyciela.

To może teraz coś o XVII Karmapie?

Pedro: XVII Karmapa opuścił Tybet w bardzo zabawny sposób, w 1994 roku, wraz ze swoją rodziną. Nie czas, żeby rozwodzić się o szczegółach. Jak nadejdzie odpowiedni moment, Karmapa sam opowie tę historię. Wiem jednak, że w owym czasie wiedział dokładnie, kiedy nastąpi jego ucieczka i że to on zadecydował, kiedy wyruszyć. W owym czasie rodzina Karmapy miała poważne trudności, znajdowali się pod obserwacją Chińczyków. Ojciec był już ciężko chory. Właściwie to cud, że wszystko się udało. Potajemne opuszczenie kraju w takich warunkach było prawie niemożliwe.

Jak udało Ci się doprowadzić do tego, że rodzice Karmapy znaleźli się tutaj, na Zachodzie?

Pedro: Dwa lata temu Karmapa zapytał mnie, czy da się sprowadzić jego rodzinę do Karma Guen. Oczywiście zaraz zająłem się realizacją tego planu. Stanowiło to wielki problem. Po pierwsze, z powodu choroby ojca Karmapy. Także wuj Karmapy, który jest teraz z nami – właściwie nie jest jego wujkiem, ale my go tak nazywamy – przebywał wtedy w szpitalu. Lekarze dawali mu dwa miesiące życia. Trudno też było zdobyć dla wszystkich wizy. Kiedy pojechałem do nich do Indii, okazało się, że nie mają paszportów. Załatwienie ubezpieczenia było praktycznie niemożliwe. Choremu nikt nie chciał go przyznać. W końcu poszedłem na spotkanie do ambasady w Dehli. Pretekstem była inauguracja gompy, więc zacząłem wszystko wyjaśniać, miałem potrzebne listy. Zobaczyłem się też z Dzigmelą. Zadbał o papiery i w końcu udało nam się to tak zorganizować, że nikt z rodziny Karmapy nie musiał pojawiać się w ambasadzie. Dostaliśmy wszystkie wizy na podstawie kart tybetańskich uchodźców; nawet bez paszportów, których rodzice Karmapy na początku nie mieli i które załatwiliśmy dopiero później. Dostaliśmy też wizę dla wujka, który w tak złym stanie zdrowia właściwie nie powinien podróżować. Wziąłem na siebie tę odpowiedzialność, bo cała rodzina była ze sobą bardzo zżyta – wszyscy razem opuścili Tybet, nie chcieliśmy więc ich rozdzielać, chociaż on mógł nie przeżyć podróży. Nikomu nic nie mówiąc, przewieźliśmy go po prostu ze szpitala na lotnisko. Potem „business class” dolecieliśmy do Europy. Baliśmy się jednak ogromnie, bo wszystko to było bardzo ryzykowne. Schudłem wtedy chyba z sześć kilo. No więc, cud się znowu wydarzył. Teraz cała rodzina czuje się znacznie lepiej się. Odpoczęli już i jest im tutaj bardzo dobrze. Mają czas na praktykę i mogą zadbać bardziej o zdrowie. W końcu odnaleźli spokój po tym całym szaleństwie, jaki towarzyszył podróży.

Czy możesz powiedzieć coś o projekcie tłumaczenia Kandziuru i Tendziuru – wszystkich nauk Buddy wraz z komentarzami?

Pedro: Właściwie wszystko, co tutaj robimy, jest jakby podstawą dla tego projektu. Będę o niego walczyć tak długo, aż dojdzie do skutku. Trwa to już od 1991 roku; wtedy pomysł się narodził. Staram się zabezpieczyć wszystko od strony finansowej. To przedsięwzięcie, które może zająć od 25 do 30 lat, przyjmując, że będzie nad nim pracowało codziennie dwadzieścia osób. Jesteśmy blisko celu, ale wygląda na to, że istnieją jakieś karmiczne przeszkody. Dzieją się naprawdę bardzo dziwne rzeczy. Na przykład osoby, które miały podpisać projekt, zmarły. Także ludzie, posiadający wszystkie potrzebne papiery, zginęli w wypadku samochodowym. Nie wiem, co się jeszcze wydarzy, ale będę forsować to dalej. Kiedy skończymy gompę, w zajmę się tylko tym.

Kto poprowadzi tłumaczenia?

Pedro: Aby zrealizować taki projekt, potrzebni są naprawdę najlepsi specjaliści, a nie ma ich na świecie aż tak wielu. Muszą być to ludzie, którzy naprawdę znają tybetański, posługują się nim swobodnie oraz posiadają doświadczenie związane z medytacją. Cały zespół będzie składał się z takich właśnie osób – zarówno Tybetańczyków, jak i Europejczyków. Wszystko powoli już rusza z miejsca – na razie pracują nad tym Hannah, Manfred Seegers oraz różni tybetańscy kempo. Takie tłumaczenie wymaga dużego nakładu pracy oraz pieniędzy. Musimy być praktyczni. Potrzebujemy najlepszych ludzi z całego świata i trzeba będzie im za ich pracę zapłacić. Dostaną normalną pensję. Jeśli zaczniemy już pracować nad tym projektem oficjalnie i na szeroką skalę, na pewno wszystko dojdzie do skutku. Na razie nie jesteśmy jeszcze gotowi. Manfred i nasi kempo mają wszystko przygotować do tego czasu. Kupują potrzebne książki, zaczynają tłumaczyć, budują system komunikowania się. Staramy się o poparcie UNESCO, ale jednocześnie cały projekt musi pozostać w pełni niezależny, żeby nikt nam nie zaglądał przez ramię, nie kontrolował nas. Na realizację wszystkiego potrzebujemy mniej więcej 25 mln euro. Być może mniej. Kiedy tłumaczenia będą gotowe, pozostanie do rozwiązania jeszcze sprawa publikacji.

Słyszeliśmy, że w Karma Guen przechowujesz pokaźny zbiór różnych relikwii?

Pedro: Tak, mamy ich bardzo dużo. Nie wiem dlaczego, ale zawsze jakimś cudem trafiają do moich rąk. Teraz robimy tysiąc posążków Mahakali, do których wypełnienie dostałem od XVII Karmapy Taje Dordże. Mamy również krew XVI Karmapy, w formie sproszkowanej. Niedługo wybieram się na Wschód, aby odebrać pewne relikwie pochodzące od Asioki (buddyjskiego władcy Indii z III w p.n.e. – przyp. red.). Mamy również takie, które pochodzą od poprzedniego Buddy – właściwie jest ich dwie. Jedna z nich zamanifestowała się u nas spontanicznie. Są to doskonale białe pigułki. Mamy również czarne perełki XVI Karmapy – naprawdę dużo, bo ciągle pojawiają się nowe.

Masz na myśli pigułki, które powstawały na jego dłoniach, kiedy medytował?

Pedro: Tak. Mamy również odłamek jego kości, strzęp szaty, kawałek buta Karma Pakszi, skrawek czapki trzeciego i ubrań XIV i XV Karmapy, fragment nakrycia głowy Guru Rinpocze. Posiadamy tutaj naprawdę wiele skarbów. Relikwie cesarza Asioki dostaniemy ze Sri Lanki, z tamtejszego królewskiego klasztoru. Mamy też ułamek cegły z pałacu Buddy w Kapilawastu i ze stupy Swajambu.

Powiedz, jak spotkałeś buddyzm i Lamę Olego?

Pedro: To było w Kopenhadze. Właściwie Doritt zawsze poszukiwała jakiejś drogi. Dla mnie po Eskorialu religia była skończona. Kiedyś jednak przeczytałem książkę o Tybetańczykach i natychmiast zacząłem się z tymi historiami identyfikować. Miałem różne, silne sny. Potem również Doritt przeczytała tę książkę. Zacząłem medytować według zawartych w niej wskazówek i miałem mocne przeżycia. Potem Doritt wypożyczyła z biblioteki książkę Olego i zaczęliśmy ją czytać. Była to „Moja droga do Lamów”. Znaleźliśmy w niej adres ośrodka w Kopenhadze, poszliśmy tam i mieliśmy szczęście, bo okazało się, że wkrótce przybędzie pewien lama z Tybetu oraz Lama Ole. Wzięliśmy udział w tym spotkaniu, ale zrobiło na mnie ono dość dziwne wrażenie. Ci wszyscy hipisi... Nie było to szczególnie inspirujące. Już prawie miałem wychodzić, jednak coś trzymało mnie na miejscu. Pomyślałem sobie, że jeżeli ten lama, który zaraz będzie mnie mijał, spojrzy mi w oczy, zostanę. No i tak się stało, Lamą tym był Beru Czientse Rinpocze. Nauki, które wtedy dał, były dobre. Kiedy spotkanie się skończyło, chciałem iść do Rinpocze, aby zapytać go o medytację. Mieszkał wtedy na drugim piętrze ośrodka. Kiedy szliśmy na górę, zatrzymała nas Hannah, pytając, gdzie się wybieramy. Powiedziałem, że idę do lamy po wskazówki dotyczące medytacji. Hannah powiedziała wtedy „Nie, nie” i zawołała: „Ole, tutaj jest ktoś do ciebie”. Pamiętam, że Ole zszedł, ale otaczała go jak zwykle masa ludzi, był dosłownie „obwieszony” dziewczynami. Wtedy znowu pomyślałem, że chyba tracę czas. W chwilę później Ole podszedł do nas i powiedział: „Hello”. Zaprosił nas na następny dzień. Była tylko Hannah, Dorittt, ja i jeszcze jedna osoba. Ole tłumaczył nam, jak działa medytacja, potem medytowaliśmy razem i to wszystko zmieniło. Następnego dnia Ole dał nam Schronienie. Oboje z Doritt mieliśmy dawniej wiele różnych doświadczeń, ale nic konkretnego z tego nie wynikało, dopóki nie spotkaliśmy Olego. A stało się to w 1984 roku. Zrozumieliśmy, że za tym właśnie powinniśmy podążać. I tak jest do dziś.

Opracowanie: Kasia Biała

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Relacje z innymi - XVII Karmapa Taje Dordże | Szczęście - Lama Ole Nydahl | Cytat - Tilopa | Lagtong - Hannah Nydahl | Dzięki mocy dakiń - Lama Ole Nydahl | Dharma na Zachodzie - Dzigme Rinpocze | Esencja nauk Wielkiej Pieczęci - Maitripa | Natura Buddy - Gerd Boll | Przyszedłem, przyjąłem, rozpocząłem - Wywiad z Karolem Ślęczkiem | Cytat - Dilgo Czientse Rinpocze | Partnerstwo I miłość w buddyzmie - Klaudia Żerebiec | Stupa Kalaczakry, Grecja - Wywiad z Patrycją Schaffrick i Alexem Press | Cytat - Lama Ole Nydahl | Cywilizacja buddyjska w starożytnych Indiach - Rafał Kowalczyk | Wywiad z Pedro Gomezem założycielem ośrodka w Karma Guen | Triangle project w akcji - Triangle Team PL | Dziesięć niemożliwych minut - Dirk Zimmer i Artur Przybysławski | Madryt - Joanna Ilczyk | Olsztyn - Piotr Wierchowicz | The Stupa House Courier - Jaś Wójcik |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: