DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 35 -> Stupa Kalaczakry, Grecja

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Stupa Kalaczakry, Grecja

Wywiad z Patrycją Schaffrick i Alexem Press
_________

Przeprowadził Anton Orlov podczas rodzinnego grilla przy pełni księżyca na górze Mahakali.


Zacznijmy od historii...

Alex: Historia Berchen Ling sięga dalej niż nasza tutaj obecność. Wszystko zaczęło się w 1988 roku, gdy greccy uczniowie Lamy Ole rozpoczęli poszukiwania ziemi na ośrodek odosobnieniowy. Znaleźli ją dzięki koneksjom rodzinnym, dzięki czyjemuś wujkowi. Części sangi bardzo się tutaj spodobało, ale inni narzekali na odległość i trudny dojazd. Kiedy Lama Ole przyjechał do Grecji i jego uczniowie pokazali mu to miejsce, miał bardzo silne doświadczenia, między innymi wizję Mahakali. Powiedział więc, że jednak chciałby je kupić. Uczniowie, którzy mieli do niego zaufanie, zebrali pieniądze. Wtedy nie była to wielka kwota, w sumie wystarczyło, że złożyło się sześć osób. Reszta sangi, która nie miała tyle oddania dla Olego i była bardziej związana z Gendynem Rinpocze, zdecydowała się na zakup ziemi w północnej Grecji – w Chalkkidiki. To wydarzyło się mniej więcej dwadzieścia lat temu. Niedługo potem w Berchen Ling rozpoczęto budowę domu, znaleziono wodę. Zbudowano wszystko, z czego korzystaliśmy po przyjeździe. Jednak związki Greków z Tengą Rinpocze były bardzo silne i często odwiedzali go w Nepalu. Podczas „wojny Kagyu”, kiedy wrzało wokół sprawy kandydata na XVII Karmapę, stanęli po stronie chińskiej. Na początku próbowali przejąć Berchen Ling. Nasz związek buddyjski w Grecji zajmował się wówczas oficjalnie ochroną środowiska; był jednak w dalszym ciągu organizacją, która miała za zadanie robić kursy, odosobnienia itd. Jej przewodniczącym pozostawał Lama Ole. W pewnym momencie starzy członkowie związku postanowili zmienić zarząd i ogłosili, że tylko oni mają prawa do gruntu. W 1994 roku przyjechaliśmy wraz z Ole do Berchen Ling i zorganizowaliśmy tam kurs. Rozpoczął się on od razu; w minutę wszystko było gotowe. Potem Lama Ole spędził mnóstwo czasu w sądach i na policji, pisząc przy pomocy prawników różne podania. Wszystko poszło pomyślnie. Udało mu się wykazać, że nowo wyłoniony związek nie ma podstaw prawnych i że liczy się tylko ten, który pierwotnie złożony był z jego uczniów. Wtedy Ole zaproponował nam obojgu, abyśmy tu zostali i kontynuowali budowę ośrodka. Rok 1994 był trudny, ponieważ policja nas nie polubiła. Od pierwszego spotkania nazywali nas „the Germans”. Ludzie z wioski na dole również za nami nie przepadali. Głównie zawdzięczaliśmy to grupie, która przeszła na chińską stronę. Grecy opowiedzieli nam później, że rozsiewano na nasz temat plotki i źle mówiono o Ole. Był tam jeden ksiądz, Papas Lefteri z Koryntu, który wypisywał o nas różne bajki w gazetach – że jesteśmy satanistami itd. W telewizji podawano wiadomości o „satanistach-buddystach” z gór i oskarżano o wszystko, z wyjątkiem jedzenia dzieci. Kiedy przyjechaliśmy tutaj, sytuacja nie była sprzyjająca.

Patricia: Kiedy pierwszy raz zeszliśmy na dół, ludzie odwracali się do nas plecami, spluwali na ziemię, nie chcieli nam niczego sprzedać. To się stawało nie do zniesienia. Byliśmy zmęczeni i nie wiedzieliśmy, co można tu jeszcze zrobić. Jednak Ole prosił nas, żebyśmy zostali, więc pomyśleliśmy, że damy miejscowym szansę.

Alex: W 1995 roku przyjechaliśmy do Berchen Ling z kilkoma przyjaciółmi. Było nas około dziesięciu osób. Chcieliśmy na początek skończyć to, co inni zaczęli. Na naszej ziemi stały domy wybudowane w połowie, ale i takie, które wymagały tylko wykończenia. Zaczęliśmy również stawiać nowy budynek; teraz już gotowy dom główny. Wyjechaliśmy znowu w listopadzie, po pół roku. Do tego czasu zrobiliśmy tu kurs poła, kontynuowaliśmy budowę i rozpoczęliśmy wiele innych rzeczy. Gdy wróciliśmy do Niemiec, wielu ludzi pytało nas, co robimy w Grecji. Byliśmy więc gotowi, żeby pojechać tam w następnym roku z większą grupą i z większą gotówką. Mieliśmy mnóstwo energii. W lutym 1996 roku zadzwonił do nas nasz grecki przyjaciel i powiedział, że domy zostały spalone. Nie wiedzieliśmy, co dalej robić. Dwa tygodnie później dostaliśmy kolejny telefon i okazało się, że nastąpił drugi atak. Wszystko zostało zniszczone: drewniana konstrukcja pod gompę, prysznice, nawet drzewa. Wtedy Ole powiedział: „Okay, nie możemy tego dłużej ciągnąć”. W 1996 roku byliśmy w Berchen Ling tylko przez trzy dni, po drodze do Bułgarii.

Patricia: To było dokładnie tak, że Lama Ole przysłał nam pocztówkę z wiadomością, że nie możemy zostać w Grecji, za to powinniśmy pojechać do Warny. W tym czasie nawet nie wiedziałam, gdzie jest Warna. Wzięliśmy mapę i stwierdziliśmy: „O, Warna! Morze Czarne! Aha, to jest Bułgaria... Okay”. Nikt z nas nigdy nie był w Bułgarii, a widok na Morze Czarne był niesamowity. Po drodze jednak chcieliśmy zobaczyć, co się stało w Grecji. To było straszne! Naprawdę niewiarygodne! Domy były całkowicie spalone, brama pocięta piłą, wszystko było kompletnie zniszczone, nie dało się wykorzystać nawet jednego kamienia. Zaleźliśmy okulary Olego, całkowicie stopione. Wyjęliśmy szkła i nadal je mamy. Od czasu do czasu je wyjmuję i patrzę przez nie, usiłując utrzymać czysty pogląd (śmiech).

Alex: Tak naprawdę to Tomek znalazł te okulary. To było w 1997 roku, wtedy Ole przyjechał tu po raz pierwszy po pożarze. Do tego czasu po prostu zostawiliśmy wszystko tak, jak zastaliśmy. Lama przyjechał, popatrzył na pogorzelisko... Ciekawe, że spaliły się wszystkie stare domy, ale budynek, który sami zaczęliśmy stawiać, pozostał nietknięty. To właśnie dom, w którym mieszkamy teraz. Ole powiedział, że to musi być powiązane z karmą. I dodał: „W latach sześćdziesiątych robiliśmy imprezy, po których pokoje wyglądały dokładnie tak samo, jak to pobojowisko”.

Patricia: Kiedy oglądaliśmy zgliszcza, ktoś przyszedł i powiedział: „Jeżeli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o pożarze, powinniście pojechać do Koryntu. Mieszka tam pewien ksiądz, który pisze artykuły go gazet, prowadzi program w telewizji i przez cały czas was oskarża. Zapytajcie o Papasa Lefteri”. Pojechaliśmy więc do Koryntu. To znaczy, najpierw do przyjaciela, który mieszkał w pobliżu. Tam napisaliśmy do księdza list, w którym wyjaśnialiśmy, że nie jesteśmy żadną sektą ani satanistami. Że buddyzm to religia, która liczy sobie 2250 lat, a jeden ze sławnych nauczycieli buddyzmu tybetańskiego – Dalaj Lama – otrzymał nagrodę Nobla. Że jako wykształcony duchowny cerkwi ortodoksyjnej powinien wiedzieć, czym jest buddyzm i że nie może nas w ten sposób oczerniać. Napisaliśmy też, że jeżeli nie przestanie wypisywać kłamstw, postawimy go przed sądem i zwrócimy się ze skargą do wszystkich gazet. Po napisaniu listu udaliśmy się do Koryntu. Poszliśmy do pierwszej cerkwi w centrum miasta i spytaliśmy: „Który to Papas Lefteri? Gdzie możemy go znaleźć?”. Pokazano nam drogę do kolejnej cerkwi i tak było jeszcze w następnych trzech czy czterech. W końcu wylądowaliśmy w jednym pokoju ze starym mężczyzną, który miał długą brodę, żółte zęby, czarny kapelusz i palił jednego papierosa za drugim. Spytaliśmy go: „Czy ty jesteś Papas Lefteri? ”. Odpowiedział: „Tak”. Potem dodaliśmy: „Czy jesteś tym, który zawsze oczernia buddystów? ”. Odpowiedź znowu była twierdząca. Powiedzieliśmy więc: „OK. To my jesteśmy tymi buddystami i chcemy z tobą porozmawiać”. Wywiązała się całkiem interesująca dyskusja. My nie pozostawiliśmy wątpliwości, że nie damy mu więcej wypisywać tych bredni, bo nie chcemy, żeby nasze domy były palone. On oczywiście twierdził, że nie ma z tym nic wspólnego. Że wielu sprzedawców narkotyków w tych okolicach przedstawiało się jako buddyści i chciał tylko walczyć z kryminalistami. Wtedy powiedzieliśmy: „Aha, wiec jesteś strażnikiem. My także nie chcemy tu kryminalistów i dealerów”. Na koniec Papas Lefteri obiecał nam, że w następnym programie telewizyjnym powie, że nie ma nic przeciwko buddystom. Nie wiemy, czy tak się rzeczywiście stało, ponieważ wyjechaliśmy do Bułgarii.

Alex: W 1997 roku zadecydowaliśmy się na usunięcie ruin. Nasz grecki przyjaciel pomógł nam sprowadzić wielki buldożer i sprzątnęliśmy pozostałości po spalonych budynkach. W 1998 roku Lama Ole powiedział, że chce znowu spróbować włożyć trochę energii w Grecję i że będziemy organizować tutaj kursy poła. W 1998 roku, w lipcu, przyjechaliśmy do Berchen Ling wraz z Isoldą z Wiednia, żeby wszystko przygotować. Na górze zastaliśmy płonący las. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego. Paliło się i paliło przez całe tygodnie. Przez pierwszych parę dni nie mogliśmy nawet tam podjechać, bo było gorąco jak w piekle. Kiedy pożar przygasł, zaczęliśmy przygotowania do kursu. To nie było łatwe, a wsparcie ze strony greckich przyjaciół mieliśmy wtedy niewielkie. Zostaliśmy tylko Isolda, Patricia i ja. W nocy wiatr rozniecał ogień na nowo. Musiałem więc chodzić po ciemku ze szpadlem i wiadrem i gasić małe skupiska ognia, by pożar się nie powtórzył.

Patricia: Interesujące, że paliły się wszystkie drzewa dookoła naszego miejsca, ale ogień nie przekraczał jego granicy. Drzewa, które rosły na skraju, spaliły się tylko do połowy i to od zewnętrznej strony! Pozostała część jest zielona do dzisiaj. Jakby ogień zatrzymał się, kiedy dotarł do naszej ziemi.

Alex: Wreszcie jakoś ukończyliśmy przygotowania do kursu poła – był bardzo kameralny. Przyjechało nie więcej niż 100 osób – mniej niż podczas tegorocznego kursu (2003 rok – przyp. tł) „Praca i Medytacja”. Noce były bardzo zimne i wszyscy siedzieli opatuleni w koce, kurtki, swetry i śpiwory. Tymczasem Ole miał na sobie tylko slipki, zdjął nawet koszulkę. Kiedy go o to zapytaliśmy, powiedział: „Mam teraz szansę poćwiczyć swoje tumo”.

Patricia: Ole mógł pozwolić sobie na większą niż zwykle swobodę. Jadł ze wszystkimi, siedział ze wszystkimi, budził się też ze wszystkimi. W przerwach, w środku dnia, w największy upał, wbiegał pod górę Dordże Pamo. A wszyscy oczywiście za nim. Pewnego dnia otworzył swój gau i pokazał nam relikwie od Karmapy, które znajdują się w środku. Potem wyczyścił go i złożył z powrotem.

Alex: Przez jakiś czas skupiliśmy się na Bułgarii, gdzie wszystko zresztą świetnie się rozwijało. Powstawały tam nowe grupy i ośrodki, w 2000 roku zorganizowaliśmy też kurs poła. Nie pamiętam, co działo się w 2001. Byliśmy gdzieś na Bałkanach i nie pojechaliśmy do Grecji. Rok 2002 był przełomowy. Dowiedzieliśmy się, że istnieje możliwość, żebyśmy zostali w Grecji uznani za oficjalną religię. Pozostawała ona jedynym krajem w Europie, gdzie bycie buddystą było zabronione. Tylko dwa miejsca na ziemi mają podobne prawo, ze względu na powiązania pomiędzy religia i polityką – Iran i właśnie Grecja. Już kilka osób zostało skazanych na karę przynajmniej 20 tysięcy euro i trzech miesięcy więzienia za wspieranie nieortodoksyjnych grup religijnych.

Patricia: Pamiętam, że w domu pewnej aktorki odbywały się kursy medytacyjne i wykłady. Skazano ją za to na trzy miesiące więzienia. I zdarzyło się to w 2001 roku, a nie w XVI wieku!

Alex: Wiedzieliśmy, że aby zarejestrować buddyzm w Grecji jako oficjalną religię, potrzebne jest tylko pięć osób i adres, pod którym będą odbywać się spotkania i praktyki religijne. W 2002 roku znaleźliśmy wreszcie pięciu greckich przyjaciół chętnych, aby ogłosić publicznie, że są buddystami. Tak staliśmy się jedyną oficjalną grecką religią obok ortodoksyjnego chrześcijaństwa. Wyjaśniła się także sprawa samego Berchen Ling. Z sześciu uczniów Olego, którzy za nie zapłacili, dwóch przeszło na chińską stronę. Nie było do końca wiadomo, jak sprawa własności ziemi rozwiąże się w przyszłości, na razie nie chcieliśmy więc wkładać zbyt wiele wysiłku w jej zabudowę. Ostatecznie te dwie osoby zgodziły się sprzedać nam swoje udziały. Kupiliśmy je i wszystko stało się własnością niemieckiej fundacji Diamentowej Drogi. Berchen Ling, nie posiadając już charakteru prywatnego, pod względem prawnym jest całkowicie bezpieczne. To, co tu wybudujemy, będzie zawsze przynosiło pożytek wszystkim praktykującym. W pewnym momencie Ole zadecydował, że należy postawić tu stupę.

Patricia: Zawsze myśleliśmy o stupie Kalaczakry. Kiedy w 1994 roku zaczynaliśmy pracę, w Hiszpanii odbyła się inauguracja stupy Kalaczakry i Ole powiedział: „Zbudujemy taką stupę w Grecji”. Przebywaliśmy tam wtedy przez około trzy tygodnie, podczas prac konstrukcyjnych i inauguracji stupy. Przedstawiciele wszystkich krajów, które uczestniczyły w budowie, odebrali dyplomy z podpisem i medale, co miało pokazywać, jak bardzo szczególne, przynoszące pożytek było to przedsięwzięcie. Narody, które były obecne, połączyło jedno doświadczenie. Kiedy przyszła kolej na Grecję, okazało się, że nie ma nikogo, kto mógłby ją reprezentować. W końcu poszłam ja, trochę później, podczas inicjacji. Było to dla mnie bardzo silne doświadczenie. Kiedy stałam przy Pedro Gomezie, odpowiedzialnym za budowę stupy w Hiszpanii, podszedł do mnie Lama Ole i przyłożył swoje czoło do mojego. Nic nie mówiliśmy. Nagle ukazała mi się mapa z wieloma światłami – małymi i kilkoma większymi. Wiedziałam, że w tym momencie widzę stupę Kalaczakry w Grecji. Później opowiedziałam o tym Olemu, a on stwierdził: „Weszłaś do mojego umysłu i zobaczyłaś świat tak, jak ja go widzę – jako mapę, gdzie małe światła to ośrodki, a duże to stupy”. Więc już w 1994 roku miałam wizję, że zbudujemy tu kiedyś stupę. Ale rozpoczęcie całego przedsiewzięcia zajęło nam jeszcze wiele lat. Ciągle nie mamy pozwolenia na budowę; jest nadzieja, że dostaniemy je w przyszłym roku. Tseczu Rinpocze był tu wiele razy i naprawdę kochał Berchen Ling. Powiedział kiedyś, że to jest najlepsze miejsce do medytacji w całej Europie. Mamy tu jaskinie i bardzo szczególne zjawiska naturalne. Spójrz na przykład na chmury. To niesamowite, co się z nimi dzieje w tej chwili. Te zawirowania wiatru, małe huragany – przemieszczają się po całym terenie i bawią się wszystkim, co napotkają. Wywracają krzesła, ostatnio zabrały karimatę i zawiesiły ją wysoko w powietrzu.

Każdego roku przyjeżdżacie tu na dość długo. Jak to wpływa na wasze życie?

Alex: Od prawie dziesięciu lat udaje nam się pracować przez pół roku dla dharmy i przez pół roku zarobkowo. Funkcjonujemy całkiem nieźle. Oczywiście ma to duży wpływ na nasze życie. Nigdy na przykład nie udało mi się pójść na siłownię, bo nie mam wystarczająco dużo czasu w tygodniu.

Patricia: Alex, proszę, skończ już z tą siłownią (śmiech).

Alex: Tak samo jest z Patricią. Kiedy podpisuje kontrakt na pracę, pół roku później musi go rozwiązać. Nigdy nie mieliśmy szansy na ustatkowanie się, ponieważ zawsze chcieliśmy spędzać pół roku podróżując, ucząc, pracując dla dharmy i przygotowując kursy. Grecja jest jednym z projektów, w jakie jesteśmy zaangażowani. W 1995 roku spędziliśmy tu pół roku. Teraz też przebywamy tu od pięciu miesięcy. Układamy swoje życie biorąc zawsze pod uwagę to, co dla nas najważniejsze. Zwykłe rzeczy, takie jak zarabianie pieniędzy, posiadanie rodziny, domu, dobrego samochodu, nigdy nie były dla nas ważne. Najistotniejsze pozostaje dla nas wspieranie dharmy. Z drugiej strony, nie czujemy się biedni: mamy komputer, samochód. Kiedy jesteśmy w Niemczech wynajmujemy normalne mieszkanie. To kwestia umiejętności zorganizowania wszystkiego we właściwy sposób. Posiadamy taką możliwość i naprawdę chcemy z niej korzystać.

Patricia: Im bardziej pragniesz żyć w ten sposób, tym bardziej staje się to możliwe. To nie jest tak, że tylko my wszystko robimy – mnóstwo ludzi nam pomaga. Przynoszą narzędzia albo dają pieniądze, po prostu przyłączają się. Mamy dużo wsparcia ze strony sangi z całego świata. Byłam bardzo poruszona, gdy rozpoczęliśmy pracę nad projektem stupy w Grecji. Kiedy w zeszłym roku, w Belgradzie, na spotkaniu z Ole, zapadła decyzja o jej budowie, chociaż nie zostało to jeszcze podane oficjalnie do wiadomości, już w tydzień później dostałam pieniądze od przyjaciela z Irkucka. Pierwsze tysiąc euro przyszło z Syberii! Powiedziałam: „To niesamowite! To będzie projekt, w którym Wschód i Zachód połączą się”. Ci wszyscy ludzie, ich ogromne zaangażowanie, stanowią razem jedną twórczą całość.

W tym roku odbył się kurs „Praca i Medytacja”. Jak teraz widzicie przyszłość tego miejsca?

Alex: Tak naprawdę Berchen Ling jest ośrodkiem odosobnieniowym. Ma za zadanie dać ludziom poczucie wolności. Kiedy rozejrzysz się dookoła, na przykład teraz, zobaczysz, że znajdujesz się pośrodku ogromnej przestrzeni. Trudno powiedzieć, czy jesteś na wysokości 1200 czy 10 000 metrów; nie robi to większej różnicy. Myślę, że udostępnienie tego miejsca do medytacji pozostaje naszym głównym celem. Oczywiście dopóki trwa budowa, udział w pracach jest także bardzo ważny. To jedno z tych rzadkich miejsc w Europie, gdzie można przyjechać i dokonać niesamowitych rzeczy. Jeżeli chcesz, możesz wziąć siekierę, pójść do lasu i po prostu rąbać drzewo. Możesz też pójść na dół i dźwigać wielkie kamienie. To bardzo proste życie, ale sięga naszych korzeni – czegoś, czego brakuje naszym zmechanizowanym społeczeństwom. Mężczyzna może się czuć jak mężczyzna, kobieta jak kobieta. Powracamy do naszych podstaw – to bardzo pionierskie. Mam nadzieję, że pewnego dnia w przyszłości wszystko się tu ustabilizuje. Na razie jednak w Berchen Ling panuje dzika, surowa energia. Patrząc na skały i naturę wokół wiem, że posiadamy coś bardzo rzadkiego w Europie. Nawet Karma Guen jest bardziej cywilizowanym, publicznym miejscem. Na okoliczną przyrodę składają się tam posadzone ludzką ręką drzewka oliwne i migdałowce. Tutaj wszystko pozostaje bardziej dzikie i... spalone. Mamy tu węże, skorpiony i pająki. Mamy też bardzo niebezpieczne, dzikie zwierzęta: króliki i żółwie (śmiech).

Patricia: To nie jest przyjazne miejsce. Nie można chodzić boso, nawet trawa jest kłująca. Nie można nawet usiąść sobie wygodnie, ponieważ tutaj w ogóle nie jest wygodnie: wieje, kurzy się, pali słońce (śmiech).

Alex: Odosobnienia, tak właśnie widzę przyszłość tego miejsca. Teraz mamy gotowy jeden główny dom. Są tam trzy pokoje, bardzo miła, piękna kuchnia i trochę miejsca, żeby ludzie mogli usiąść i coś zjeść. W tej chwili budujemy domek Lamy, który pozostanie drugim centralnym budynkiem, kiedy nie będziemy go gościć. Planujemy tam dwa pomieszczenia i pokój dzienny. Następnie powstanie miejsce z prysznicami, toaletami i pralnią dla tych, którzy przyjeżdżają pod namioty – to one pozostaną tutaj prawdopodobnie najczęstszą formą noclegu. Może nie w ciągu kilku następnych lat, ale w przyszłości zbudujemy kolejny dom i gompę – miejsce do medytacji. Potem postawimy też kilka domków odosobnieniowych lub przyczep campingowych do odosobnień. Myślę, że ostatecznie tak to będzie wyglądało: w centrum pomieści się dziesięć do dwudziestu osób, a reszta będzie spała w namiotach, domkach, przyczepach czy jaskiniach.

Patricia: Mamy piękne jaskinie w tej okolicy. Możemy przygotować je tak, żeby dało się w nich medytować. Tej wiosny poszliśmy z Alexem wysoko w góry i odkryliśmy kilka nowych. Mieliśmy wizję, że przyjadą tu wszyscy wielcy jogini z Europy, zasiądą w jaskiniach i będą patrzeć jak rozwija się nasz ośrodek.

Czy możecie powiedzieć coś więcej o kursie w przyszłym roku – o inauguracji stupy?

Alex: Nie znamy jeszcze szczegółów. Na razie staramy się o pozwolenie na budowę, co oznacza, że nic nie jest ostatecznie ustalone. Chcemy zostać tutaj od maja do września i mamy nadzieję, że uda nam się je w tym czasie uzyskać. Wtedy zaczniemy budowę stupy i dokończymy dwa domy, które zaczęliśmy w tym roku. Będzie bardzo dużo pracy. Zgodnie z planem podróży Olego, od piątego do ósmego września w Berchen Ling odbędzie się albo inauguracja stupy albo kurs poła. W każdym razie prace rozpoczną się w maju. W zimie z powodu śniegu i mrozu niewiele można tu zdziałać.

Czy macie jakieś rady dla tych, którzy chcą przyjechać do Berchen Ling na odosobnienie?

Alex: To zależy, kiedy planuje się przyjazd. Jeżeli wybierasz się na taką wycieczkę w zimie, która jest tu bardzo surowa, trzeba się dobrze przygotować. Jak dotychczas nikt tu nie robił odosobnienia o tej porze roku, my spróbujemy tego po raz pierwszy. Przyjedziemy z Patricią w styczniu lub w lutym, żeby sprawdzić, jakie są warunki. Wiemy, że zawsze leży tu dużo śniegu, w tym roku podobno spadło go dwa metry. Istnieje więc możliwość, że ktoś, kto zaplanuje sobie trzydniowe odosobnienie, będzie musiał zostać przez miesiąc, bo nie da się zejść na dół. Z drugiej strony, nawet latem bywają tu bardzo chłodne dni. Koniecznie trzeba się zaopatrzyć w dobry śpiwór, ciepłe rzeczy, porządną kurtkę i płaszcz przeciwdeszczowy. Namiot też musi być odpowiednio mocny, aby mógł przertwać burze. Wieją tu bardzo silne wiatry. Zdarzały się huragany, które niszczyły nasz dach i wyrywały drzewa z korzeniami.

Patricia: Najważniejsza rzecz, o której powinniście pamiętać, to że cokolwiek kryje się w waszym umyśle, uzewnętrzni się tutaj bardzo szybko. To wspólna cecha tego miejsca z innymi magicznymi ośrodkami w Nepalu czy Bhutanie. Kiedyś medytowaliśmy na skale i za każdym razem, kiedy wypowiadaliśmy słowo „Karmapa”, padała błyskawica. To, co widzisz tu wokół, morze i góry, naprawdę daje poczucie przestrzeni.

Alex: Wszyscy, którzy chcą tu odbyć zamknięte odosobnienie lub odosobnienie w parze, powinni to sobie dobrze przemyśleć. Mieszkanie tu, jedzenie, kąpanie się nie jest łatwe, podobnie jak medytowanie. Jeżeli chcesz pracować z umysłem, powinieneś sprawić, aby zewnętrzne warunki były tak łatwe, jak to możliwe, ponieważ sama ta praca jest bardzo trudna. Jeżeli więc ktoś chce tu przyjechać, nie powinien planować chociażby głodówek. To jest miejsce dla doświadczonych medytujących. Nie polecałbym go początkującym.

Na całym świecie mamy ludzi, którzy budują ośrodki lub planują taką budowę. Co byście im doradzali?

Alex: Wyluzujcie się, zrelaksujcie i bądźcie szczęśliwi (śmiech). Nie przejmujcie się. Przez lata budujemy tutaj i widzieliśmy, jak często po wielogodzinnych dyskusjach o tym, jak powinny być wykonane prace, mnóstwo rzeczy się nie powiodło. Dom, który teraz stawiamy, jest przykładem, jeżeli chodzi o robienie rozmaitych błędów. Można zrobić zdjęcia i powiesić w szkole, żeby pokazać dzieciom, jak nie należy tego robić. Z drugiej strony nasza firma, Diamentowa Droga, nie zajmuje się budową domów – poprawianiem, wyprostowywaniem i upiększaniem rzeczy. Zajmujemy się ludzkim rozwojem. Pamiętajcie o tym. To, że stawiamy teraz świątynię, nie oznacza budowy jakiegoś domu; ta świątynia to nasz własny umysł. To wspólna praca, przebywanie razem, dzielenie się doświadczeniami, które pozostaje o wiele ważniejsze niż wyznaczenie kąta prostego. To odkryliśmy podczas wszystkich lat tutaj spędzonych. Teraz postrzegamy wszystko w szerszej perspektywie. W trudnych chwilach, w naszym umyśle pojawi się wspomnienie czasu, który dzieliliśmy z innymi, kiedy naprawdę myśleliśmy: „To niesamowite, jak wiele można zrobić razem”. Myślę, że kiedy cierpimy, czy umieramy, to czy byliśmy perfekcjonistami, czy też nie, nie ma większego znaczenia. Kiedy naprawdę musimy wejrzeć w nasze umysły, jak w chwili śmierci, zawsze pojawiają się nagromadzone w nich wrażenia. Pojawi się więc także dzisiejszy wieczór, kiedy siedzimy z przyjaciółmi przy ognisku, po trzech stekach, połówce kurczaka i połowie jagnięcia (śmiech). Po ciężkim dniu pracy, przy pełni księżyca, patrząc na tańczące chmury. Myślę, że to właśnie w takich momentach powraca.

Patricia: Od ośmiu lat wkładamy w rozwój tego ośrodka taki sam wysiłek i entuzjazm. I wiemy, że w przyszłym roku możemy liczyć na większą ilość osób i intensywniejszy rozwój. Może się również zdarzyć, że domy znowu spłoną, że spotka nas trzęsienie ziemi. Nie ma to większego znaczenia, ponieważ nie jest ważne to, co tworzymy na zewnątrz. Liczy się sam proces. Myślę, że to, co stało się naszym udziałem w tym roku – przyjaźń, wzajemna bliskość, to że lepiej się poznaliśmy, będzie czymś, co rzeczywiście pozostanie. A domy... Cieszyłabym się, gdyby przetrwały. Tak czy inaczej rozpadną się za powiedzmy dwieście, trzysta lat. A buddyzm Diamentowej Drogi nadal będzie funkcjonował. To, co dzieliliśmy, wszystkie dobre wrażenia wyniesione z przebywania razem, pozostaną odciśnięte w naszym umyśle. Oto najważniejsza rzecz, która sprawia, że zaczyna on spoczywać w sobie. Traktujemy wszystko jak zabawę. Szczególnie w miesiącach, w których było bardzo ciężko, mogłam przekonać się, że to tylko gra umysłu. Zjawiska pojawiały się, grały ze sobą w przestrzeni i rozpuszczały się dzięki własnej sile. Na tym polega ich pusta natura. Muszą zniknąć. Nawet największe trudności zostana pokonane. Tego się tutaj nauczyliśmy.

Opracowanie: Paulina Czaja

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Relacje z innymi - XVII Karmapa Taje Dordże | Szczęście - Lama Ole Nydahl | Cytat - Tilopa | Lagtong - Hannah Nydahl | Dzięki mocy dakiń - Lama Ole Nydahl | Dharma na Zachodzie - Dzigme Rinpocze | Esencja nauk Wielkiej Pieczęci - Maitripa | Natura Buddy - Gerd Boll | Przyszedłem, przyjąłem, rozpocząłem - Wywiad z Karolem Ślęczkiem | Cytat - Dilgo Czientse Rinpocze | Partnerstwo I miłość w buddyzmie - Klaudia Żerebiec | Stupa Kalaczakry, Grecja - Wywiad z Patrycją Schaffrick i Alexem Press | Cytat - Lama Ole Nydahl | Cywilizacja buddyjska w starożytnych Indiach - Rafał Kowalczyk | Wywiad z Pedro Gomezem założycielem ośrodka w Karma Guen | Triangle project w akcji - Triangle Team PL | Dziesięć niemożliwych minut - Dirk Zimmer i Artur Przybysławski | Madryt - Joanna Ilczyk | Olsztyn - Piotr Wierchowicz | The Stupa House Courier - Jaś Wójcik |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: