DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 35 -> Natura Buddy

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Natura Buddy

Gerd Boll
_________

Część I

Kuchary 20.08.2003

Spróbuję dzisiaj krótko wytłumaczyć, co jest podstawą medytacji – powiem kilka słów o naturze buddy. Dzięki praktyce powinniśmy zrozumieć, że naprawdę jesteśmy buddami, niezależnie od tego, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy też nie. Oczywiście, kiedy słyszymy tę naukę po raz pierwszy, trudno w nią uwierzyć.


Zazwyczaj funkcjonujemy w takim pomieszaniu, jesteśmy tak „zakręceni”, że nie potrafimy sobie wyobrazić, że moglibyśmy być buddą. Jednak sam Budda Siakjamuni był tego zupełnie pewien. W jego naukach można znaleźć właśnie takie stwierdzenie – że umysł każdej istoty jest w swej esencji oświecony. Teoretycznie mógłby więc siedzieć pomiędzy nami ktoś oświecony. Od osoby, która urzeczywistniła prawdziwą naturę umysłu, niekoniecznie musi emanować tęczowe światło i spontanicznie płynąć muzyka. Budda może przyjść incognito. Każdy dobrze praktykujący, polski buddysta mógł wczoraj osiągnąć stan absolutnego wglądu i mimo wszystko pojawić się dzisiaj na wykładzie.

Jeżeli już spróbujemy porównać się do Buddy, co mamy z nim wspólnego? Niewątpliwie dwie rzeczy. Po pierwsze dzielimy z nim zdolność postrzegania – to co patrzy przez nasze oczy i słyszy przez nasze uszy jest dokładnie takie samo w nim i w nas. Po drugie, zawsze postrzegamy jakieś przedmioty. Widzimy więc ten namiot, głośniki, drzewa na zewnątrz i ludzi w środku. Kiedy nasze koncepcje spotykają sie z wrażeniami zmysłowymi pochodzącymi z zewnątrz, zaczynamy formować swój obraz świata. Patrzymy na namiot, drzewa i ludzi i w końcu pojawia się myśl: „Chyba jestem w Kucharach! ” Tak działa jasność umysłu.

Dzielimy z Buddą właśnie te dwie rzeczy – umiejętność postrzegania i jasność umysłu. Moglibyśmy dzisiaj porozmawiać z kimś oświeconym o śniadaniu albo o pogodzie, ponieważ on także znałby te doświadczenia. Jednak my robimy coś więcej niż on. Zbieramy te wszystkie właściwości postrzegania razem i nazywamy je „ego”, czego Budda nie robił, z tej prostej przyczyny, że podobne działanie ma wyraźne wady. W zasadzie takie pragnienie skupienia całej przestrzeni w jednym miejscu, nadania jej sztucznego środka, jest czymś dziwnym i niepotrzebnym. Na pewno znacie pojawiające się czasami uczucie, że nie jesteśmy przez innych szanowani, że pozostajemy od wszystkich odcięci. Pojawia się ono na przykład wtedy, gdy wracamy późno z pracy do domu i nikogo tam nie ma. Nie czekają na nas ani żadne wiadomości na automatycznej sekretarce, ani listy w skrzynce, ani e-maile – najwyżej same rachunki. Nikt do nas nie dzwoni, nie składa nam wizyt, więc prawdopodobnie nikt nas nie kocha. Czujemy się samotni, niekompletni. Dlatego próbujemy szukać szczęścia na zewnątrz. Kontaktujemy się z przyjaciółmi, umawiamy się z nimi, dzwonimy do nich, ale w końcu i tak wracamy z kina czy baru do domu i wszystko zaczyna się od początku. Przychodzi poczucie odcięcia od „urody świata”.

Kiedy tego doświadczamy, w końcu narzuca nam się myśl: „Czy to już na pewno wszystko? ” Jesteśmy rozczarowani z powodu tego, co wydarzyło się w naszym życiu, lub co się w nim nie wydarzyło. Tymczasem jedyną przyczyną naszego nieszczęścia jest lgnięcie do „ego”. Tak się składa, że identyfikujemy się z mniej niż pięćdziesięcioma procentami potencjału, jakim dysponuje nasz umysł. Podczas gdy naszą prawdziwą naturę stanowi przestrzeń i radość, które są od siebie nieoddzielne, nasza koncepcja „ja” powoduje, że je od siebie oddalamy. Radość uważamy za coś, co istnieje na zewnątrz, w świecie, który w tej chwili pozostaje dla nas niedostępny, a przestrzeń sklejamy w jedną małą kluchę, z którą chcemy się utożsamiać. Nic dziwnego, że w tej sytuacji nie czujemy się zadowoleni.

Budda nie identyfikuje się z „ego” także z tego powodu, iż przynosi to wiele problemów. Kiedy poczujemy się oddzieleni od wspomnianej wyżej „urody świata”, zawsze będziemy starali się pochwycić to, co według nas jest godne posiadania i co nam umyka – zapragniemy podpisać wiele umów z różnymi przyjemnymi zjawiskami, że zostaną z nami na zawsze. Kontynuując takie podejście będziemy bez przerwy zajęci pogonią za tak zwanym „zewnętrznym światem”. Równie wiele czasu zajmuje nam też obrona przed zjawiskami, których nie lubimy, a których i tak nie możemy uniknąć. Ta sytuacja – owo nieustanne bieganie w kółko, pogoń za jednymi rzeczami i ucieczka przed innymi – to właśnie esencja czegoś, co w buddyzmie nazywamy „samsarą”, kręgiem uwarunkowanej egzystencji.

Budda nie identyfikowałby się z „ego” także z tego prostego powodu, że „ja” nie istnieje. Ciężko jest nam to zrozumieć, bo ciągle patrzymy na samych siebie i na świat przez jego pryzmat: „Siedzę tutaj, to ja siedzę tutaj i to ja słucham tego wykładu”. Każda nasza myśl zaczyna się od tej koncepcji, iluzja ta jest nam tak bliska, że wierzymy w nią. Jeżeli więc „ja” wciąż w naszych myślach powraca, to może gdzieś w końcu istnieje? Jeżeli spróbujemy jednak uczciwie je znaleźć, okaże się to trudne. Mówimy sobie: „No jak to? Przecież tu siedzę. To ja jestem! ” Ale co tak naprawdę wskazujemy palcem, kiedy kierujemy go na „siebie”? Czy chodzi nam o ciało? Mówimy z całym przekonaniem: „Mam ciało. Oto moje ciało”. Znaczenie tych stwierdzeń nie jest wcale takie oczywiste i jednoznaczne. Czy mamy na myśli kości i mięśnie? Tak samo jak „mam ciało”, mówimy przecież „mam komórkę” albo „mam buty”. Dlaczego utożsamiamy się więc właśnie z ciałem, a nie na przykład z butami czy z komórką? Gdzie się nasze „ja” kończy i gdzie się zaczyna? Trudno tu się doszukać jakiejś przekonującej logiki.

Niedawno po Niemczech krążyła fascynująca wystawa pod tytułem „Światy ciała”. Nie wiem, czy dotarła do Warszawy. Pokazywano na niej prace naukowca, lekarza, który preparował zwłoki. Wynalazł technikę usztywniania tkanek silikonem i zamieniał ludzkie ciała i ich części w dzieła sztuki. To było dość niesamowite. Ciała zostały całkowicie podzielone – każdy mięsień, każdy nerw, który dało się tylko wyodrębnić, wszystko to zawieszono w przestrzeni na żyłkach wędkarskich. Uszy, oczy, cały system krwionośny, paznokcie, kości – wszystkie części ciała opisane były po niemiecku i po łacinie. Studenci anatomii musieli odwiedzić tę wystawę obowiązkowo. Skorzystałem z okazji, szukałem i patrzyłem, ale nie mogłem znaleźć „ego” – nie było karteczki z takim napisem, ponieważ na poziomie fizycznym „ego” nie istnieje. Więc o co nam tak naprawdę chodzi, gdy mówimy: „To ja”. Niektórzy naukowcy, którzy zajmują się badaniami nad układem nerwowym, uważają, że to mózg produkuje „ego”. Zaobserwowali, że podczas badań aktywności mózgu, kiedy koncentrujemy się na sobie, można ten proces powstawania „ja” nawet zmierzyć, obserwując stopień pobudzenia pewnych partii mózgu. Takie podejście przypomina pewną mocno uproszczoną „logikę”. Pamiętam, że moi rodzice mieli radio na lampy – wielkie stare radio. Kiedy było ono włączone, te lampy grzały – z tyłu za ścianką, w której znajdowały się dziurki, pozwalające uwolnić ciepło. Czasami stałem za tym radiem, kiedy ojciec go słuchał, patrzyłem w te dziurki i wydawało mi się, że w środku żyje małe miasto, widziałem je nawet, jak z lotu ptaka. Byliśmy całkowicie pewni, że ludzie z audycji radiowej mieszkają w tym mieście i w nim śpiewają swoje piosenki, tańczą i rozmawiają. Można powiedzieć, iż na tej samej zasadzie naukowcy czasami uważają, że jeżeli mózg działa, czyli „lampki” się świecą, to jest to wystarczający dowód, że świadomość powstaje w nim, że mózg produkuje „ego”. Niedawno, kiedy już dorosłem, dowiedziałem się, że w przypadku radia w rzeczywistości jest inaczej. Audycje radiowe są nagrywane gdzieś w Warszawie, w jakimś dużym budynku, stamtąd dopiero nadawane są fale, które docierają do odbiornika. Radio nie działa samo z siebie, lecz dlatego, że przetwarza fale radiowe na fale dźwiękowe. Tak samo nasz mózg, który oczywiście działa i którego pracę można mierzyć, nie produkuje „ego”. Przetwarza on jedynie myśli i koncepcje chociażby na pot na czole, różne zachowania itd.

Jeżeli już się zgodzimy z poglądem, że „ego” nie istnieje na poziomie fizycznym, możemy sądzić, że na pewno „ukrywa się” właśnie w koncepcjach – w myślach, marzeniach itd. I tutaj znowu dajemy się złapać w pułapkę braku logiki. Kiedy mówimy: „W moich myślach, w moich chęciach”, to w dalszym ciągu formułujemy przekonanie: „Ja mam myśl, ja mam chęć”, a siebie stawiamy jakby z boku tych wszystkich idei. Jeżeli jesteśmy naszymi myślami lub uczuciami – na przykład gniewem – to czym pozostajemy, kiedy gniew odchodzi? Dzięki takiej analizie możemy zrozumieć, że „ego” nie ma również w tego typu zjawiskach. W końcu się poddajemy i pytamy Buddę, czym lub kim w takim razie jesteśmy? Budda odpowiada, że „ja” to po prostu pewien nawyk naszego umysłu i jeśli pozwolimy mu się rozpuścić, „ego” zniknie wraz z tym przyzwyczajeniem. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że łatwo to zrobić, jednak mamy tu do czynienia z bardzo starym nawykiem – lgnięcie do naszej „osoby” czy też „duszy” towarzyszy nam od tysięcy żywotów. Palacze wiedzą coś o tym, jak silne potrafią być przyzwyczajenia. Każdy wie, że papierosy nie są zdrowe, że powodują wiele przeszkód na poziomie kanałów energetycznych. Jednak rzucenie palenia to bardzo trudna sprawa, nawet jeżeli paliliśmy tylko przez 10 lat. Z lgnięciem do „ego” jest o wiele gorzej – proces ten trwa od tak długiego czasu, że ciężko pozbyć się „ja” w czasie jednego weekendowego kursu. Najpierw więc spróbujmy zrozumieć całą tę sytuację we właściwy sposób, inaczej pozbycie się tego nawyku będzie po prostu niemożliwe. „Ego” samo w sobie nie jest problemem. To dobre i praktyczne urządzenie, jeżeli wiemy jak sobie z nim poradzić. Buddom albo wysokim nauczycielom wychodzi to całkiem nieźle. Nie wiem gdzie znajduje się teraz Karmapa, ale na pewno czymś się zajmuje, robi jakieś plany... Mówi na przykład: „Pojadę niedługo do Warszawy”, ale nie dodaje zaraz: „O kurczę! Powiedziałem „ja”, w pierwszej osobie”! Dla bodhisattwy „ego” pozostaje zręcznym środkiem, za pomocą którego może on coś zdziałać w uwarunkowanym świecie. Ponieważ wszystkie istoty pozostają uwięzione przez koncepcję „ja”, nauczyciele muszą poprzez nią wyjaśniać świat. Więc znowu, „ego” samo w sobie jest raczej czymś neutralnym. Może stać się dobre albo złe, w zależności od tego, jak go będziemy używać.
Nasz problem jednak nadal polega na tym, że całkowicie identyfikujemy się z naszym wyimaginowanym „ja”. Parę lat temu Lama Ole odwoływał się do takiego śmiesznego przykładu – mówił, że sposób działania „ego” przypomina zamach stanu w afrykańskiej republice bananowej. Kraj ten ma pewną ilość żołnierzy – posiadanie ich to dobra rzecz, bo nigdy nie wiadomo, co zrobią sąsiedzi – jednak zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że ci żołnierze sięgną po rządy. Potem wsiadają do czołgów, mordują swojego prezydenta i starają się sami rządzić państwem, chociaż nie wiedzą, jak to się robi. Nie mają pojęcia, na czym polega demokracja, zaczynają więc uciskać i torturować ludzi. Nie rozumieją, na czym polega dyplomacja, powodują więc ciągle konflikty z sąsiadami. Nie znają się na ekonomii i korupcja szybko niszczy gospodarkę, kwitnie czarny rynek... W końcu w kraju szaleje bieda i wszystko idzie źle… My znajdujemy się w podobnej sytuacji – pewne z naszych właściwości próbują przejąć kontrolę nad pozostałymi. „Ego” tak naprawdę jest pożytecznym narzędziem; potrzebujemy go żeby się porozumiewać, żeby przeżyć. Na przykład nie kładziemy się na szosie, kiedy jedzie ciężarówka, bo w porę przychodzi refleksja: „Nie mogę dzisiaj umrzeć, bo mam w planach wykład”. Jednak kiedy „ja” przejmie ster naszego postrzegania zjawisk, pojawią się problemy. To, co w swojej esencji jest przestrzenią i radością, które są nieoddzielne od siebie – nieustraszoność umysłu, jego nierozróżniająca miłość i radość – to wszystko zamienia się w jedno „ja”, które wprowadza dystans pomiędzy siebie i to, co nazywamy, zewnętrznym światem. Powiedzmy, że „ego” to dobra skrzynka z narzędziami. Każdy, kto ma samochód, wie jak ważna jest taka skrzynka. Nie postawimy jednak tej skrzynki na karoserii, przed przednią szybą samochodu, bo wtedy nie będziemy widzieli nic oprócz „ego” – wielkiej porządnej skrzynki pełnej narzędzi, z której jesteśmy tacy dumni. Nigdzie nie dojedziemy, bo nie znajdziemy drogi, nie zobaczymy wielu pięknych krajobrazów, a w końcu spowodujemy wypadek albo... prawdziwy karambol.

Całkowite pozbycie się „ego” nie jest zbyt praktyczne; może się ono nam jeszcze kiedyś przydać. Na drodze do stanu buddy musimy po prostu wziąć tę skrzynkę z narzędziami i wsadzić do bagażnika. Chociaż to także wydaje się łatwe, w praktyce jest znacznie trudniejsze. Wszystkie sutry, tantry, poła, nyndro i inicjacje mają tylko pomóc nam w usunięciu tej głupiej skrzynki z narzędziami sprzed przedniej szyby. Budda wynalazł w tym celu tak wiele zręcznych środków, ponieważ jesteśmy dosyć skomplikowanymi przypadkami – nie chcemy nawet na chwilę stracić naszej skrzynki z oczu. Oświecenie polega więc w gruncie rzeczy nie na tym, że coś zyskujemy, lecz na tym, że coś tracimy – coś, co nas blokuje i utrudnia nam bycie szczęśliwymi. Myślimy więc: „Niedługo stanę się buddą. Pojadę na ten kurs, może na kilka innych, skończę nyndro i w końcu pojawi się oświecenie. Wtedy wszyscy będą widzieli, jaki jestem oświecony i wreszcie zostanę prezesem miejscowego ośrodka”. Niestety nic z tego. Osiągając oświecenie będziemy musieli raczej coś odrzucić: zwykły praktykujący minus lgnięcie do „ego” równa się budda. Już teraz dysponujemy wszystkim, co posiada każdy budda. Mamy zdolność postrzegania, czyli otwartość umysłu. W nim, już tutaj i teraz, istnieje pewnego rodzaju przejrzystość, jasność – możemy postrzegać różne rzeczy, koncepcje i myśli. Kiedy tak tutaj siedzimy, już jesteśmy buddami – nie możemy dodać niczego nowego do naszej natury buddy. Mamy tylko o jedną rzecz za dużo – jest nią nawyk myślenia, że to, co patrzy przez nasze oczy i słyszy przez nasze uszy, co doświadcza dotyku przez naszą skórę, jest naszym „ego”. Ten pomysł musimy po prostu porzucić, wtedy staniemy się przestrzenią i radością nierozdzielnymi od siebie. Wtedy „ego” przemieni się w dobrego przyjaciela, który będzie dla nas robił różne rzeczy – komunikował się z ludźmi, budował domy, wykonywał jakieś prace. Szefem pozostanie na zawsze jedność przestrzeni i radości – natura buddy.

Opracowanie: Marek Soroka

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Relacje z innymi - XVII Karmapa Taje Dordże | Szczęście - Lama Ole Nydahl | Cytat - Tilopa | Lagtong - Hannah Nydahl | Dzięki mocy dakiń - Lama Ole Nydahl | Dharma na Zachodzie - Dzigme Rinpocze | Esencja nauk Wielkiej Pieczęci - Maitripa | Natura Buddy - Gerd Boll | Przyszedłem, przyjąłem, rozpocząłem - Wywiad z Karolem Ślęczkiem | Cytat - Dilgo Czientse Rinpocze | Partnerstwo I miłość w buddyzmie - Klaudia Żerebiec | Stupa Kalaczakry, Grecja - Wywiad z Patrycją Schaffrick i Alexem Press | Cytat - Lama Ole Nydahl | Cywilizacja buddyjska w starożytnych Indiach - Rafał Kowalczyk | Wywiad z Pedro Gomezem założycielem ośrodka w Karma Guen | Triangle project w akcji - Triangle Team PL | Dziesięć niemożliwych minut - Dirk Zimmer i Artur Przybysławski | Madryt - Joanna Ilczyk | Olsztyn - Piotr Wierchowicz | The Stupa House Courier - Jaś Wójcik |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: