Diamentowa Droga jest wewnętrznym czasopismem Związku Buddyjskiego Karma Kagyu

Współczujące działanie


Autor: 16 Karmapa
Tlumaczenie, opracowanie: Kim Sa­xton, Ma­ria Przy­jem­ska

Tybe­tań­skie na­uki dhar­my opie­ra­ją się na bud­dy­zmie ma­ha­ja­ny. W Ty­be­cie ma­my do czy­nie­nia ze szcze­gól­ną je­go tra­dy­cją. Wie­le wie­ków te­mu in­dyj­scy ma­ha­sid­dho­wie ze­bra­li sa­mą esen­cję na­uk Bud­dy, któ­ra póź­niej zo­sta­ła prze­nie­sio­na do Ty­be­tu. Aż do dziś stu­diu­je się je na uni­wer­sy­te­tach. Przy­no­szą też one praw­dzi­we skut­ki dzię­ki prak­ty­ce. To pew­ne, że wszy­scy mo­że­cie skosz­to­wać owo­cu, ja­kim jest stan bud­dy.
Ser­cem na­uk ma­ha­ja­ny po­zo­sta­je me­dy­ta­cja po­zwa­la­ją­ca na do­świad­cze­nie bo­dhi­czit­ty, oświe­co­nej po­sta­wy umy­słu. Po­ję­cie to moż­na ro­zu­mieć na dwa spo­so­by: ja­ko pra­gnie­nie przy­nie­sie­nia po­żyt­ku so­bie i in­nym oraz ja­ko stan umy­słu po­ja­wia­ją­cy się w cza­sie do­brej prak­ty­ki, kie­dy sie­bie i wszyst­kie isto­ty po­strze­ga­my ja­ko nie­od­dziel­ne. Je­śli bę­dzie­cie me­dy­to­wać z wła­ści­wą mo­ty­wa­cją i zro­zu­mie­niem pra­wa przy­czy­ny i skut­ku, wzbu­dzi­cie w lu­dziach za­ufa­nie. Bę­dą oni mo­gli po­le­gać na was i na tym, co ro­bi­cie.
Zręcz­ne środ­ki bo­dhi­czit­ty umoż­li­wia­ją wam sku­tecz­ne po­ma­ga­nie in­nym. Dzia­ła­nia bo­dhi­sat­twy moż­na po­dzie­lić na czte­ry gru­py:
- szczo­drość,
- ła­god­na mo­wa,
- po­ży­tecz­ne dzia­ła­nie,
- -spój­ność mię­dzy sło­wa­mi i dzia­ła­nia­mi.
Gdy bo­dhi­sat­twa, prak­ty­ku­ją­cy szczo­drość, zo­ba­czy ko­goś, kto jest bied­ny, spon­ta­nicz­nie ofia­ru­je mu je­dze­nie, ubra­nie, wszyst­ko, cze­go bę­dzie on po­trze­bo­wał. Bo­dhi­sat­two­wie wie­dzą rów­nież, że lu­dzie nie słu­cha­ją słów wy­po­wie­dzia­nych w gnie­wie. Po­tra­fią wczuć się w ich po­ło­że­nie. Ma­jąc dla nich zro­zu­mie­nie, mó­wią ła­god­nie i spo­koj­nie, tak aby in­ni czu­li się przy nich do­brze. Ta­kie po­stę­po­wa­nie bo­dhi­sat­twy po­zwa­la na wy­ko­rzy­sta­nie dhar­my w wie­lu róż­nych sy­tu­acjach.
Je­śli przyj­rzy­my się re­li­giom Wscho­du i Za­cho­du, zo­ba­czy­my, że po­ję­cie o wie­rze po­zo­sta­je w nich jed­na­ko­we, na­wet je­śli one sa­me są od­mien­ne. Je­śli jed­nak weź­mie­my pod uwa­gę fi­lo­zo­fie, wi­dać zna­czą­ce róż­ni­ce. Dla­te­go też w kra­jach za­chod­nich wy­po­wie­dzi na­uczy­cie­li bud­dyj­skich powin­ny zga­dzać się z za­chod­ni­mi wzor­ca­mi my­śle­nia, tak aby na­sio­na dhar­my w peł­ni prze­nik­nę­ły do doświad­cze­nia lu­dzi. Tak też do nich prze­ma­wia­ją la­mo­wie.
Po­nie­waż ży­je­my w szczę­śli­wym cza­sie, świa­tło współ­czu­cia Bud­dy do­cie­ra do Ame­ry­ki, Ka­na­dy, Eu­ro­py - roz­prze­strze­nia się po ca­łym świe­cie. Wie­le osób chce me­dy­to­wać i da­je im to wie­le ra­do­ści. Z dru­giej stro­ny, aby móc to ro­bić, trze­ba tra­fić na wła­ści­wy splot oko­licz­no­ści. Sa­mo spo­tka­nie się na ty­le do­god­nych wa­run­ków jest nad­zwy­czaj­nym, wspa­nia­łym bło­go­sła­wień­stwem dhar­my. Z chwi­lą otrzy­ma­nia go na prak­ty­ku­ją­cym spo­czy­wa od­po­wie­dzial­ność za dal­sze prze­ka­zy­wa­nie na­uk - tym, któ­rzy są na nie go­to­wi.
Jak po­wie­dzia­łem na po­cząt­ku, ko­rze­niem dhar­my jest cen­na bo­dhi­czit­ta, ozna­cza­ją­ca współ­czu­cie dla in­nych. Po­zo­sta­je ona isto­tą wszyst­kie­go, o czym dziś mó­wi­łem.
Nie­któ­rzy lu­dzie my­ślą, że bar­dzo trud­no jest otrzy­mać na­uki. W koń­cu jed­nak je do­sta­ją. Wów­czas z ko­lei uwa­ża­ją, że na­wet je­śli je otrzy­ma­li, to są one nie­zwy­kle trud­ne, a urze­czy­wist­nie­nie ich za­bie­ra wie­le cza­su. Za­pew­ne tak jest. Tak, jak w tym świe­cie trud­no jest zre­ali­zo­wać to, do cze­go się dą­ży, tak też nie jest ła­two do­trzeć do głę­bo­kich, ta­jem­nych na­uk ma­ha­ja­ny, a już prak­ty­ku­jąc ją, nie jest ła­two osią­gnąć stan ra­do­ści lub oświe­ce­nia. Wszyst­ko to jed­nak za­le­ży od was. Po­win­ni­ście na­praw­dę po­dą­żać za dhar­mą, me­dy­to­wać i utrzy­my­wać świa­do­mość przy­czy­ny i skut­ku. Je­śli bę­dzie­cie ro­bić to wy­trwa­le i z za­ufa­niem, urze­czy­wist­nie­nie nie za­bie­rze tak dłu­gie­go cza­su, mo­że też nie oka­że się tak trud­ne. Ta­jem­ne na­uki ma­ha­ja­ny mó­wią: „Na­gle dzie­je się coś szcze­gól­ne­go, na­gle oświe­ce­nie zo­sta­ło już osią­gnię­te”.
Choć tak wie­lu dziś me­dy­tu­je, na­sze cza­sy nie są spo­koj­ne i peł­no w nich roz­pro­sze­nia. Ja­ką mo­ty­wa­cją po­win­ni­śmy się wo­bec te­go kie­ro­wać? Zno­wu: pra­gnie­niem przy­no­sze­nia po­żyt­ku in­nym. Do­sko­na­łą pod­po­wie­dzią tu­taj mo­gą stać się na­sze wła­sne po­trze­by: cze­go­kol­wiek my chce­my, in­nych pew­nie też uszczę­śli­wi. Ta­ka mo­ty­wa­cja jest rze­czy­wi­ście rdze­niem prak­ty­ki dhar­my. Je­śli uświa­do­mi­my so­bie, jak dzia­ła pra­wo przy­czy­ny i skut­ku, bę­dzie­my pew­ni, że na­sza po­sta­wa przy­nie­sie do­sko­na­łe re­zul­ta­ty. W tym świe­cie przy­wy­kli­śmy mó­wić: „moi ro­dzi­ce, mój kraj, mo­ja wła­sność”. Z punk­tu wi­dze­nia dhar­my pa­trzy­my na wszyst­kich ja­ko nie­od­dziel­nych od nas i głę­bo­ko ży­czy­my im, by wy­zwo­li­li się od cier­pie­nia i jak naj­szyb­ciej osią­gnę­li stan bud­dy. W ten spo­sób prak­ty­ku­je­my bo­dhi­czit­tę.
Je­śli bę­dzie­my umac­niać w so­bie ży­cze­nie przy­no­sze­nia po­żyt­ku in­nym i choć­by raz dzien­nie re­cy­to­wać man­trę OM MA­NI PE­ME HUNG, po­mo­że to w wy­zwo­le­niu istot z cier­pie­nia i wy­nie­sie je na po­ziom bud­dy. Do­łą­czam swe my­śli i bło­go­sła­wień­stwo do wszel­kich wa­szych po­czy­nań i bar­dzo wam ży­czę dłu­gie­go ży­cia.
Tłu­ma­czył Ar­tur Przy­by­sław­ski

SZINE
Hannah Nydahl

Cho­ciaż szi­ne (uspo­ko­je­nie umy­słu) po raz pierw­szy sta­ło się prze­wod­nim te­ma­tem jed­ne­go z na­szych kur­sów, nie jest ono dla nas ni­czym no­wym. Nie bę­dzie tu żad­nej me­dy­ta­cji, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie ro­bi­li­śmy i nie bę­dzie­my uczyć się cze­goś, cze­go nie zna­my. Cho­dzi o to, że­by po­roz­ma­wiać o jed­nym z naj­prost­szych ro­dza­jów szi­ne, któ­re­mu nie po­świę­ca­li­śmy do­tych­czas wie­le uwa­gi, a któ­ry już sto­su­je­my w prak­ty­ce. Po­nie­waż jest dzi­siaj z na­mi wie­le no­wych osób, chcia­ła­bym naj­pierw ogól­nie wy­ja­śnić, co tak na­praw­dę ozna­cza uspo­ko­je­nie umy­słu i ja­kie jest je­go miej­sce w róż­nych sys­te­mach me­dy­ta­cji.
Po­dą­ża­jąc za wska­zów­ka­mi Bud­dy roz­wi­ja­my się stop­nio­wo. Zdo­by­wa­my wie­dzę na te­mat na­uk bud­dyj­skich, sta­ra­my się je zro­zu­mieć, za­da­je­my py­ta­nia i w ten spo­sób po­zby­wa­my się wąt­pli­wo­ści. Wi­dzi­my tak­że, że z upły­wem cza­su po­ja­wia się co­raz wię­cej py­tań i wy­ja­śnia się co­raz wię­cej kwe­stii. Tym jed­nak, co na na­szej ścież­ce jest naj­waż­niej­sze, po­zo­sta­je me­dy­ta­cja, po­nie­waż bez niej nie osią­gnę­li­by­śmy re­zul­ta­tów, nasz umysł nie zmie­niał­by się. Oczy­wi­ście mu­si­my wie­dzieć, dla­cze­go w ogó­le prak­ty­ku­je­my, ale bez sa­mej prak­ty­ki nie bę­dzie­my w sta­nie osią­gnąć wy­zwo­le­nia i oświe­ce­nia dla do­bra nas sa­mych i in­nych.
Dla­cze­go po­win­ni­śmy pra­co­wać z umy­słem wła­śnie za po­mo­cą me­dy­ta­cji? Na­sza świa­do­mość nie jest przy­zwy­cza­jo­na do funk­cjo­no­wa­nia w spraw­ny spo­sób. Rzą­dzi nią wie­le trud­nych do wy­ko­rze­nia­nia na­wy­ków i to one oka­zu­ją się do­mi­nu­ją­ce, kie­dy wcho­dzi­my w róż­ne sy­tu­acje. Dla­te­go wła­śnie od­ru­cho­wo lgnie­my do po­ja­wia­ją­cych się w umy­śle my­śli i uczuć. Dzię­ki me­dy­ta­cji uczy­my się zdo­by­wać dy­stans do nich i zmie­niać na­sze na­wy­ki.
Bud­da prze­ka­zał wie­le me­dy­ta­cyj­nych tech­nik, mo­gą one jed­nak zo­stać spro­wa­dzo­ne do dwóch pod­sta­wo­wych: „szi­ne”, o któ­rym wła­śnie mo­wa; dzię­ki nie­mu na­by­wa­my umie­jęt­no­ści kon­cen­tra­cji i uspo­ko­je­nia umy­słu oraz „lag­tong”, wgląd (san­skr. vi­pas­sa­na), po­przez któ­ry osią­ga­my zro­zu­mie­nie na­tu­ry umy­słu. W bud­dy­zmie idą one ze so­bą w pa­rze; w rów­nym stop­niu ich po­trze­bu­je­my. Funk­cjo­nu­ją jed­nak do­brze tyl­ko w od­po­wied­niej ko­lej­no­ści. Cho­ciaż zro­zu­mia­łe jest, że chce­my od ra­zu urze­czy­wist­nić na­szą praw­dzi­wą na­tu­rę, po­win­ni­śmy zdać so­bie spra­wę z te­go, że aby w ogó­le do­świad­czyć wglą­du, mu­si­my pa­no­wać nad swo­im umy­słem. Dla­te­go naj­pierw sku­pia­my się na prak­ty­ce szi­ne.
Je­że­li wcze­śniej nie prak­ty­ko­wa­li­śmy, czę­sto nie ro­zu­mie­my na­wet, co to zna­czy, że po­sia­da­my umysł. Wie­lu lu­dzi nie po­dej­mu­je żad­nej du­cho­wej ścież­ki i nie za­sta­na­wia się, czym on jest. Do­świad­cza­ją po pro­stu te­go, co wy­da­rza się w świa­do­mo­ści, nie po­sia­da­jąc zbyt wie­lu kon­cep­cji; nie pró­bu­ją się tak­że zdy­stan­so­wać wo­bec jej prze­ja­wów. Po pierw­sze więc po­win­ni­śmy zwró­cić uwa­gę na to, jak wie­le dzie­je się w na­szym umy­śle. Kie­dy za­cznie­my się mu przy­glą­dać, stwier­dzi­my, że nie ma­my na to spe­cjal­nie wpły­wu; krą­ży w nim mnó­stwo uczuć i my­śli, nad któ­ry­mi nie je­ste­śmy w sta­nie za­pa­no­wać. Naj­pierw za­czy­na­my więc do­strze­gać wszyst­ko, co po­ja­wia się w po­lu na­szej świa­do­mo­ści, a po­tem uzy­sku­je­my nad tym kon­tro­lę. Tak dzia­ła me­dy­ta­cja - uczy­my się tu, jak nie po­zwo­lić umy­sło­wi na bez­ład­ne błą­dze­nie i tak stop­nio­wo roz­wi­ja­my zro­zu­mie­nie te­go, czym on jest.
Jak prze­bie­ga ten pro­ces? Głów­nym na­szym pro­ble­mem jest, że nie mo­że­my utrzy­mać kon­cen­tra­cji przez dłuż­szy czas. Spró­buj­my usiąść na kil­ka mi­nut, a zo­bacz­my, na ile tak na­praw­dę je­ste­śmy w sta­nie się sku­pić. Prze­waż­nie róż­ne­go ro­dza­ju my­śli po­wo­du­ją, że umysł po­dą­ża za utrwa­lo­nym wzor­cem i sta­le się roz­pra­sza. Mo­że­my to zmie­nić ucząc się kon­cen­tro­wać na jed­nej rze­czy. Je­śli nam się to uda, za­cznie­my na­gle do­strze­gać, jak czę­sto i jak bar­dzo się roz­pra­sza­my. Ta­ka pra­ca z umy­słem to wła­śnie szi­ne. Ist­nie­je wie­le je­go ro­dza­jów, któ­re do­brze zna­my z na­szej zwy­kłej prak­ty­ki. Więk­szość z nas ro­bi me­dy­ta­cję schro­nie­nia, póź­niej nyn­dro, czy­li po­kło­ny, me­dy­ta­cję oczysz­cze­nia, po­da­ro­wa­nie man­da­li i gu­ru jo­gę. Tu tak­że ma­my do czy­nie­nia z szi­ne; kon­cen­tru­je­my uwa­gę na róż­nych obiek­tach me­dy­ta­cji, na schro­nie­niu, ćwi­czy­my na­szą mo­ty­wa­cję, sta­ra­my się utrzy­mać do­sko­na­łą po­sta­wę.
Z ro­dza­jem ma­ło ak­tyw­ne­go szi­ne ma­my do czy­nie­nia, kie­dy nie sku­pia­my się na for­mach bud­dów, ale ob­ser­wu­je­my po pro­stu swój od­dech. Wła­śnie te­mu miał być po­świę­co­ny nasz kurs. Ob­ser­wa­cja od­de­chu po­le­ga na kie­ro­wa­niu uwa­gi na pro­ces wdy­cha­nia i wy­dy­cha­nia po­wie­trza. Nie pró­bu­je­my tu­taj ni­cze­go na so­bie wy­mu­szać; nie za­trzy­mu­je­my od­de­chu, nie sto­su­je­my żad­nych do­dat­ko­wych wy­obra­żeń, jak nada­wa­nie mu ko­lo­ru itd. Sku­pia­my się po pro­stu na tym, jak po­wie­trze wcho­dzi i wy­cho­dzi przez czu­bek na­sze­go no­sa. Sta­ra­my się utrzy­my­wać uważ­ność nie­za­leż­nie od te­go, co po­ja­wi się w umy­śle. Mo­że­my prak­ty­ko­wać szi­ne jak do­tych­czas, po­świę­ca­jąc na kon­cen­tra­cję na od­de­chu chwi­lę przed me­dy­ta­cją. Po skoń­cze­niu prak­tyk pod­sta­wo­wych je­ste­śmy go­to­wi, aby po­waż­niej ćwi­czyć z od­de­chem. Cza­sem szi­ne za­le­ca się lu­dziom, któ­rzy skoń­czy­li nyn­dro. Do­brze też łą­czyć je z in­ny­mi me­dy­ta­cja­mi; w ten spo­sób sta­ną się bar­dziej sta­bil­ne i głę­bo­kie.
Kie­dy prak­ty­ku­je­my, cza­sem zda­rza się, że nasz umysł jest po­bu­dzo­ny, roz­bie­ga­ny, ale czę­sto do­świad­cza­my też je­go nie­przej­rzy­sto­ści; nu­dzi­my się, sta­je­my się sen­ni lub wręcz za­sy­pia­my. Wszyst­kie te zja­wi­ska są nor­mal­ne, po­nie­waż nie je­ste­śmy przy­zwy­cza­je­ni do me­dy­ta­cyj­nej dys­cy­pli­ny. Kon­cen­tra­cja to no­wy na­wyk, któ­ry mu­si­my so­bie wy­pra­co­wać. Na po­cząt­ku mo­że nam się wy­da­wać, że prak­ty­ka to coś dziw­ne­go, sztucz­ne­go; po­trzeb­na nam więc bę­dzie cier­pli­wość. Że­by unik­nąć apa­tycz­no­ści i nie­przej­rzy­sto­ści, do­brze jest in­spi­ro­wać umysł, pra­co­wać z mo­ty­wa­cją. Cza­sem lu­dzie, któ­rzy nie wie­dzą, na czym tak na­praw­dę po­le­ga me­dy­ta­cja sia­da­ją, za­my­ka­ją oczy i po­zo­sta­ją tak przez dłuż­szy czas. Sie­dząc nie do­świad­cza­ją żad­nych ze­wnętrz­nych bodź­ców i w koń­cu od­prę­ża­ją się. Wpa­da­ją w przy­jem­ny, sen­ny na­strój i wy­da­je im się, że się kon­cen­tru­ją. Tak na­praw­dę jest to „sa­ma­dhi bia­łej ścia­ny”, przed któ­rym tak czę­sto ostrze­ga Ole; umysł sta­je się tu otę­pia­ły i ocię­ża­ły. Że­by go unik­nąć moż­na przy­zwy­cza­ić się do „zmien­ne­go utrzy­my­wa­nia kon­cen­tra­cji” i ro­bić krót­kie prze­rwy w trak­cie me­dy­ta­cji. To spra­wi, że na­sza świa­do­mość bę­dzie w sta­nie utrzy­my­wać świe­żość. Kie­dy sto­su­je­my tech­ni­kę szi­ne przed każ­dą me­dy­ta­cją, sta­raj­my się przez chwi­lę utrzy­mać cał­ko­wi­tą przej­rzy­stość. Cho­dzi o to, że­by w krót­kim czasie wejść w stan zu­peł­nej kon­cen­tra­cji. Za­zwy­czaj, kie­dy ob­ser­wu­je­my od­dech, nasz umysł za­czy­na błą­dzić. Wróć­my wów­czas do obiek­tu na­sze­go sku­pie­nia i znów pró­buj­my utrzy­mać na nim uwa­gę. Mo­że­my też ćwi­czyć ina­czej - za­miast po­zwa­lać, aby nasz umysł sam się roz­pro­szył, naj­pierw krót­ko, lecz in­ten­syw­nie sku­pia­my się, po­tem ro­bi­my kró­ciut­ką prze­rwę i zno­wu się kon­cen­tru­je­my. Li­czy­my wte­dy od­de­chy i na­wet je­że­li uda nam się po­li­czyć tyl­ko do sied­miu al­bo do dwu­dzie­stu je­den, jest to świet­ne ćwi­cze­nie. W me­dy­ta­cji Dia­men­to­we­go Umy­słu przy­no­si to do­sko­na­łe re­zul­ta­ty. Kon­cen­tru­je­my się w in­ten­syw­ny spo­sób i roz­luź­nia­my, bo nie spo­sób jest utrzy­mać na­tę­żo­ną uwa­gę przez ca­ły czas. Tak sta­ra­my się od­na­leźć rów­no­wa­gę po­mię­dzy sku­pie­niem a od­prę­że­niem; utrzy­mu­je­my w na­szym umy­śle otwar­tość i nie po­ja­wia się w nim zbyt wie­le na­pię­cia. Z dru­giej stro­ny jed­nak pa­mię­tać na­le­ży, że je­że­li za bar­dzo się roz­luź­ni­my, nie bę­dzie­my mo­gli do­brze się skon­cen­tro­wać. Ćwi­cze­nie uważ­no­ści po­mo­że nam do­strzec nad­cho­dzą­ce roz­pro­sze­nie. Zwy­kle nie wi­dzi­my go, bo wła­śnie nim je­ste­śmy po­chło­nię­ci. Im wię­cej ćwi­czy­my się w kon­cen­tra­cji, tym wcze­śniej uda­je nam się za­uwa­żyć nad­cią­ga­ją­ce prze­szko­dy.
Koń­cząc me­dy­ta­cję pra­cu­je­my nad tak zwa­ną fa­zą sto­pie­nia; sta­ra­my się rozpu­ścić wszyst­ko, na czym wcze­śniej się sku­pia­li­śmy. Tu jest miej­sce na wi­pas­sa­nę, czy­li me­dy­ta­cję wglą­du. Obie tech­ni­ki - uspo­ko­je­nia umy­słu i roz­wi­ja­nia wglą­du - są nam jed­na­ko­wo po­trzeb­ne. Je­śli na po­cząt­ku nie skon­cen­tro­wa­li­śmy się od­po­wied­nio, dru­ga część me­dy­ta­cji w ogó­le nie do­cho­dzi do skut­ku. Aby roz­pu­ścić się w pu­stość, nasz umysł po­wi­nien być na­praw­dę sta­bil­ny. Ma­my jed­nak szczę­ście, po­nie­waż obie fa­zy są ze so­bą po­łą­czo­ne i dla­te­go mo­że­my je ćwi­czyć, na­wet je­śli na po­cząt­ku ma­my z ni­mi trud­no­ści.
Do­pó­ki ży­je­my i dzia­ła­my po­przez na­sze cia­ła, po­mię­dzy cia­łem a umy­słem ist­nie­je sil­ny zwią­zek. Dla­te­go w przy­pad­ku prak­ty­ki szi­ne, w jej prost­szej czy też bar­dziej zło­żo­nej po­sta­ci, a tak­że w każ­dej in­nej me­dy­ta­cji, zwłasz­cza wglą­du, cia­ła moż­na uży­wać ja­ko pod­po­ry dla kon­cen­tra­cji. Po­przez cia­ło wy­wie­ra­my wpływ na umysł, po­wo­du­jąc, że sta­je się on co­raz bar­dziej sta­bil­ny. Sku­piaj­my się więc na od­de­chu, jak co­raz częściej ra­dzi Sza­mar Rin­po­cze. Waż­na jest też po­sta­wa pod­czas me­dy­ta­cji. W cie­le pły­nie wie­le róż­nych ener­gii, wie­le się wy­da­rza, a ona po­ma­ga te ener­gie zhar­mo­ni­zo­wać. Naj­waż­niej­sze są tu oczy­wi­ście pro­ste ple­cy. No­gi krzy­żu­je­my w ta­kim stop­niu, jak to moż­li­we; pe­łen lo­tos wspo­ma­ga do­brą po­sta­wę. Je­że­li nie po­tra­fi­my usiąść w ten spo­sób, po­zo­sta­je pół­lo­tos, kie­dy prze­kła­da­my do gó­ry tyl­ko jed­ną no­gę. Uwa­żaj­my też, że­by nie prze­chy­lać się w żad­ną stro­nę, do przo­du czy do ty­łu. Szy­ja po­win­na być wy­pro­sto­wa­na, a pod­bró­dek lek­ko cof­nię­ty. Za­my­ka­my usta i od­dy­cha­my przez nos, ale mię­śnie wo­kół ust po­win­ny po­zo­stać roz­luź­nio­ne. Nie za­ci­ska­my zę­bów, a ję­zyk do­ty­ka pod­nie­bie­nia i umiej­sco­wio­ny jest tuż za zę­ba­mi. Oczy są wpół­przy­mknię­te, wzrok w na­tu­ral­ny spo­sób lek­ko ob­ni­ża się i za­trzy­mu­je się na punk­cie przed na­mi.
Oczy­wi­ście, wszyst­ko to wy­da­je się bar­dzo pro­ste. Z jed­nej stro­ny to praw­da; więk­szość na­szych me­dy­ta­cji to nic trud­ne­go. Z dru­giej, z pew­no­ścią wie­cie sa­mi, ile wy­sił­ku nas to kosz­tu­je. Po­trzeb­ne jest du­żo cier­pli­wo­ści, a me­dy­ta­cja nie za­wsze po­zo­sta­je czymś fa­scy­nu­ją­cym i prze­po­jo­nym ra­do­ścią. Od­po­wia­da jed­nak za kształ­to­wa­nie no­wych na­wy­ków i ćwi­cze­nie umy­słu. Nie ocze­kuj­my więc na­tych­mia­sto­wych re­zul­ta­tów, ale me­dy­tuj­my peł­ni za­ufa­nia, że rezultaty prę­dzej czy póź­niej się po­ja­wią. Kie­dy uzy­sku­je­my pew­ne efek­ty, zno­wu po­win­ni­śmy uwa­żać, że­by nie wpaść w pu­łap­kę lgnię­cia do nich. Na­le­ży trak­to­wać je do­kład­nie tak sa­mo, jak na­sze po­mie­sza­nie, my­śli czy uczu­cia i nie przy­wią­zy­wać się do nich. Na tym eta­pie sta­je się to trud­niej­sze niż do­tych­czas. Po pew­nym cza­sie wy­ko­ny­wa­nia szi­ne po­ja­wia się bar­dzo spo­koj­ny, wy­ci­szo­ny, mi­ły stan umy­słu, któ­ry nie jest nie­przej­rzy­sty. Ła­two się do nie­go przy­zwy­cza­ić i po­paść w pew­ną od nie­go za­leż­ność. W każ­dej sy­tu­acji szu­ka­my przy­jem­nych do­znań - to mo­tor na­pę­dza­ją­cy więk­szość na­szych dzia­łań. Jed­nak kie­dy sia­da­my do prak­ty­ki i li­czy­my na to, że pe­wien ocze­ki­wa­ny stan umy­słu zno­wu się po­ja­wi, on oczy­wi­ście nie przy­cho­dzi - wła­śnie z te­go po­wo­du, że tak go wy­cze­ku­je­my. Jest to lo­gicz­ne - wcze­śniej po­ja­wił się tyl­ko dla­te­go, że uczy­li­śmy się nie lgnąć do prze­żyć wy­ła­nia­ją­cych się z umy­słu. Ocze­ku­jąc cze­goś, po­wra­ca­my do sta­rych na­wy­ków. Nie po­win­ni­śmy więc oce­niać na­wet naj­przy­jem­niej­szych do­znań, ani czy­nić wzglę­dem nich żad­nych za­bie­gów. Je­że­li przy­cho­dzą, to do­brze, a je­śli od­cho­dzą, to też do­brze. Nasz umysł po­wi­nien po­zo­stać wo­bec nich cał­ko­wi­cie neu­tral­ny.
Cza­sem mo­że­my do­świad­czyć wiel­kiej przej­rzy­sto­ści, świe­tli­sto­ści i wów­czas wy­da­wać się nam bę­dzie, że osią­gnę­li­śmy pe­wien wgląd w pu­stość umy­słu. To tak­że efek­ty ubocz­ne szi­ne. Zno­wu nie na­le­ży po­dej­mo­wać wo­bec nich żad­nych dzia­łań. Trak­tuj­my je po pro­stu jak ko­lej­ne do­świad­cze­nia me­dy­ta­cyj­ne i od­no­śmy się do nich jak do wszyst­kie­go, co nor­mal­nie wy­da­rza się w na­szym umy­śle. Obo­jęt­nie czy to myśl, kon­cep­cja czy uczu­cie - zja­wi­ska te nie są od sie­bie róż­ne, ma­ją tę sa­mą na­tu­rę, bo wszyst­kie po­cho­dzą z umy­słu. Nie ma po­wo­du, by na­sza me­dy­ta­cja przy­po­mi­na­ła huś­taw­kę, na któ­rej po­ru­sza­my się w gó­rę i w dół, w za­leż­no­ści od te­go, ja­kie ma­my aku­rat my­śli czy ja­kich do­zna­je­my emo­cji. Wszyst­kie te sta­ny po­win­ni­śmy trak­to­wać tak sa­mo, sta­ra­jąc się nie cze­piać mi­łych my­śli i nie uni­ka złych.
Me­dy­ta­cja po­ma­ga nam roz­wi­jać uważ­ność i uspo­ka­ja umysł. Jed­nak w co­dzien­nych sy­tu­acjach nie­do­brze jest po­zo­sta­wać w prze­świad­cze­niu, że wszyst­ko jest jed­na­ko­we. Tu­taj na­sza prak­ty­ka po­le­ga na wzmac­nia­niu współ­czu­cia, dzia­ła­niu dla do­bra in­nych. To dwa róż­ne aspek­ty na­szej ścież­ki i na­le­ży pa­mię­tać, że spra­wy, któ­re w me­dy­ta­cji po­zo­sta­ją nie­waż­ne, ma­ją jed­nak zna­cze­nie w ży­ciu, pod­czas na­szych zwy­kłych ak­tyw­no­ści. Kie­dy urze­czy­wist­ni­my wgląd w na­tu­rę umy­słu, znik­nie róż­ni­ca po­mię­dzy me­dy­ta­cją i nie­­-m­e­dy­tacją. Wte­dy w sa­mo­ist­ny spo­sób, tak­że na uwa­run­ko­wa­nym po­zio­mie wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku, po­nie­waż nie bę­dzie­my po­peł­niać błę­dów. Jed­nak do­pó­ki tak nie jest, fa­za po­me­dy­ta­cyj­na po­zo­sta­je waż­na dla wzmoc­nie­nia współ­czu­cia i roz­wi­nię­cia uważ­ności.

Py­ta­nia

Co zro­bić, je­że­li przy ob­ser­wa­cji od­de­chu cięż­ko mi od­dy­chać al­bo też pod­no­si się tem­pe­ra­tu­ra mojego ciała?
Nie po­win­no tak być. Nie wstrzy­muj od­de­chu, nie ma­ni­pu­luj nim. Od­dy­chaj nor­mal­nie, że­by cia­ło mo­gło się roz­luź­nić. Ob­ser­wuj swój od­dech, ale bez nie­po­trzeb­ne­go na­pię­cia i nie­zbyt dłu­go, mi­nu­ta wy­star­czy. Rób krót­kie prze­rwy, pod­czas któ­rych twój umysł bę­dzie sta­wał się roz­le­gły jak prze­strzeń i po­wra­caj do kon­cen­tra­cji. To kwe­stia wy­ro­bie­nia w so­bie od­po­wied­nie­go na­wy­ku.

Czy szi­ne to prak­ty­ka wy­łącz­nie bud­dyj­ska?
Szi­ne wi­dzieć moż­na ja­ko pew­ną tech­ni­kę. Ist­nie­je wie­le ro­dza­jów nie­bud­dyj­skich szi­ne, na przy­kład hin­du­istycz­ne. Uspo­ko­je­nie umy­słu sta­je się me­to­dą bud­dyj­ską, kie­dy przyj­mu­je­my schro­nie­nie, roz­wi­ja­my oświe­co­ną po­sta­wę, a po skoń­czo­nej me­dy­ta­cji dzie­li­my się po­zy­tyw­ny­mi wra­że­nia­mi, któ­re na­gro­ma­dzi­li­śmy. Po­za tym, aby wzmoc­nić na­szą mo­ty­wa­cję, roz­wa­ża­my czte­ry pod­sta­wo­we praw­dy. Sa­mą tech­ni­kę jed­nak moż­na sto­so­wać nie­za­leż­nie od wy­zna­nia.

Trud­no jest mi utrzy­mać kon­cen­tra­cję, kie­dy mam otwar­te oczy. Wte­dy jest wię­cej oka­zji do roz­pro­sze­nia.
Tak, to praw­da - to jed­nak kwe­stia przy­zwy­cza­je­nia. Kie­dy me­dy­tu­je­my na bud­dów, za­zwy­czaj za­my­ka­my oczy, bo tak jest ła­twiej. Ist­nie­je jed­nak szi­ne na przed­mio­ty, ta­kie jak po­są­żek czy ka­mień. W prak­ty­ce z od­de­chem przed ocza­mi ma­my za­zwy­czaj prze­strzeń al­bo pod­ło­gę. Je­śli jed­nak wi­dzi­my coś kon­kret­ne­go, co­kol­wiek by to nie by­ło, nie po­win­ni­śmy się na tym kon­cen­tro­wać, snuć roz­wa­żań na te­mat tej rze­czy. Na­le­ży zro­zu­mieć, że wszyst­kie wra­że­nia wzro­ko­we są tej sa­mej na­tu­ry. Dla­te­go nie na­le­ży za ni­mi po­dą­żać i mieć na ich te­mat żad­nych kon­cep­cji.
Prak­ty­ko­wa­łam in­ten­syw­nie szi­ne przez pe­wien czas. Co praw­da wpły­nę­ło to na ja­sność mo­je­go umy­słu, ale nie czu­łam bło­go­sła­wień­stwa...
Prak­ty­ko­wa­nie szi­ne i bło­go­sła­wień­stwo nie wy­klu­cza­ją się wza­jem­nie, ma to jed­nak zwią­zek ze sta­nem umy­słu, w ja­kim się znaj­du­je­my pod­czas me­dy­ta­cji. Je­że­li szi­ne jest dla nas tyl­ko tech­ni­ką uspo­ko­je­nia umy­słu, to nie bę­dzie­my od­czu­wać bło­go­sła­wień­stwa. Je­śli na­to­miast je­ste­śmy otwar­ci na la­mę, bud­dów i bo­dhi­sat­twów, a na­sza mo­ty­wa­cja jest sil­na, to bę­dzie­my go do­świad­czać.

Mój ko­le­ga za­sy­pia w trak­cie me­dy­ta­cji na Dia­men­to­wy Umysł. Ma na swo­im kon­cie już wie­le mantr, ale cią­gle nie mo­że te­go zmie­nić.
Nie jest je­dy­ny, szcze­gól­nie je­śli cho­dzi o Dia­men­to­wy Umysł. Naj­le­piej jest wte­dy uciąć tę sy­tu­ację, nie cze­kać aż za­śnie­my. Je­że­li w trak­cie mantr czu­je­my, że nie bę­dzie­my po­tra­fi­li utrzy­mać kon­cen­tra­cji, zrób­my krót­ką prze­rwę i za­cznij­my od no­wa. Po­za tym nie po­win­no się me­dy­to­wać po je­dze­niu, ani w miej­scu, w któ­rym jest za cie­pło.

Jak pra­co­wać z my­śla­mi pod­czas me­dy­ta­cji?
Nie na­le­ży za ni­mi po­dą­żać, bu­do­wać cią­gów my­ślo­wych, któ­re od­wra­ca­ją na­szą uwa­gę od przed­mio­tu sku­pie­nia. Je­że­li po­tra­fi­my utrzy­mać uwa­gę na obiek­cie kon­cen­tra­cji, na­wet w przy­pad­ku po­ja­wia­nia się my­śli, ozna­cza to, że do nich nie lgnie­my. Po pew­nym cza­sie sa­me się uspo­ko­ją. Na po­cząt­ku, kie­dy za­czy­na­my wi­dzieć, jak pra­cu­je nasz umysł, są­dzi­my, że ma­my wię­cej my­śli niż zwy­kle. Są jak wo­do­spad, ka­ska­dy opa­da­ją­cej wo­dy. Nie jest jed­nak tak, że rze­czy­wi­ście po­ja­wia się ich wię­cej; ra­czej w tym mo­men­cie za­czy­na­my je do­strze­gać. Je­śli bę­dzie­my wy­trwa­le ćwi­czyć kon­cen­tra­cję, stop­nio­wo się uci­szą. Ca­ły ten pro­ces po­zo­sta­je cał­ko­wi­cie na­tu­ral­ny. Je­go prze­bieg przy­po­mi­na pły­ną­cą rze­kę, któ­rej nurt na nie­któ­rych od­cin­kach sta­je się bar­dziej rwą­cy. W koń­cu jed­nak wpa­da ona do oce­anu o spo­koj­nej po­wierzch­ni.

Wy­ko­ny­wa­łem kie­dyś szi­ne w ośrod­ku zen, gdzie po­sa­dzo­no mnie przed ścia­ną. Czy po­le­ca­ła­byś ta­ką me­dy­ta­cję?
Nie zmie­nia­ła­bym na­szych me­dy­ta­cji szi­ne. Spo­sób, w ja­ki prak­ty­ko­wa­li­śmy do tej po­ry, jest od­po­wied­ni. Je­że­li cho­dzi o dłuż­sze, bar­dziej in­ten­syw­ne ćwi­cze­nia szi­ne, to za­le­ca­ne są one po skoń­cze­niu nyn­dro. Wte­dy ma­my so­lid­ną pod­sta­wę, że­by głę­biej wejść w tę prak­ty­kę i przejść do me­dy­ta­cji wglą­du.

Kie­dy za­czy­na­my prak­ty­kę nyn­dro, nie ma­my jesz­cze do­świad­cze­nia w me­dy­ta­cji i czę­sto nie po­tra­fi­my utrzy­mać przej­rzy­sto­ści umy­słu. Czy po­sia­da­my ochro­nę, je­śli po­peł­nia­my tu błę­dy?
Tak. Me­dy­ta­cję moż­na na­zwać bud­dyj­ską, ze wzglę­du na ra­my wo­kół niej - przy­ję­cie schro­nie­nia, świa­do­me roz­wi­nię­cie oświe­co­nej po­sta­wy i dzie­le­nie się za­słu­gą. Oczy­wi­ście, cho­ciaż ro­bisz wszyst­ko, co mo­żesz, mu­sisz za­wsze ćwi­czyć. Do te­go słu­żą prak­ty­ki pod­sta­wo­we, rów­nież kie­dy prak­ty­ku­je­my z od­de­chem. Po­za tym po­ży­tecz­ne jest ro­bie­nie przerw w me­dy­ta­cji po­le­ga­ją­ce na od­prę­że­niu, nie­sku­pia­niu się przez chwi­lę na ni­czym i po­wro­cie do obiek­tu kon­cen­tra­cji. To jest tak, jak z ćwi­cze­niem mię­śni, ty­le że tu ćwi­czy­my umysł, aby był bar­dziej przej­rzy­sty.

Jak ra­dzić so­bie z na­tręt­ną my­ślą „Mu­szę się te­raz sku­pić”?
Za­miast o tym my­śleć, po pro­stu to ro­bisz - kie­ru­jesz swój umysł na od­dech. Zresz­tą umysł za­wsze dzia­ła w ten spo­sób, że kie­ru­je się w stro­nę cze­goś. Tu mo­wa tyl­ko o szi­ne, a nie o me­dy­ta­cji na na­tu­rę umy­słu; to zno­wu coś zu­peł­nie in­ne­go. Na ra­zie uczy­my się sku­piać umysł na jed­nej rze­czy, po­nie­waż za­zwy­czaj nie po­tra­fi­my te­go ro­bić.

Czy efek­tem me­dy­ta­cji jest kon­tro­la nad emo­cja­mi? Czy po­tra­fi­łaś utrzy­mać pa­no­wa­nie nad swo­imi uczu­cia­mi pod­czas wy­pad­ku, któ­ry przy­da­rzył się Ole­mu?
Nad swo­im umy­słem pa­nu­ję na pew­no le­piej niż nad swo­im cia­łem. My­ślę, że w ta­kiej skraj­nej sy­tu­acji na­tu­ral­nie przy­cho­dzą pew­ne re­ak­cje fi­zycz­ne, psy­chicz­ne. Za­czy­na­my się mar­twić, na pew­no przy­kro też pa­trzeć, jak ktoś cier­pi. My­ślę, że na­wet nie pró­bo­wa­ła­bym te­go zmie­nić. Ta­kie do­świad­cze­nie nie mu­si jed­nak za­bu­rzać na­sze­go spo­ko­ju we­wnętrz­ne­go. Tak dłu­go, jak fi­zycz­nie i umy­sło­wo zwią­za­ni je­ste­śmy ze świa­tem, w umy­śle wy­da­rza się mnó­stwo rze­czy. Me­dy­ta­cja uczy nas od­no­sić się do nich w in­ny spo­sób. Wte­dy mo­że­my wpły­wać na wy­da­rze­nia, ale tak­że na na­sze na nie re­ak­cje, na sta­ny umy­słu. W ten spo­sób nie je­ste­śmy już w to wszyst­ko tak bar­dzo uwi­kła­ni.

Ro­bi­łem kie­dyś pew­ną me­dy­ta­cję, o któ­rej prze­czy­ta­łem w książ­ce. Kon­cen­tro­wa­łem się tu­taj na trze­cim oku. Na chwi­lę prze­sta­łem od­czu­wać co­kol­wiek i zo­ba­czy­łem czer­wo­ne świa­tło. Czy to ma ja­kiś zwią­zek z szi­ne?
Kie­dy prak­ty­ku­je­my uspo­ko­je­nie umy­słu, w na­tu­ral­ny spo­sób po­ja­wia­ją się efek­ty ubocz­ne, na przy­kład cu­da. Ja­ko bud­dy­stów nie in­te­re­su­ją nas one jed­nak. Przy­cho­dzą i od­cho­dzą, a dla nas naj­waż­niej­sza po­zo­sta­je mo­ty­wa­cja. Me­dy­ta­cji tej mo­żesz uży­wać w kon­tek­ście bud­dyj­skim, sto­su­jąc me­to­dy, po­śród któ­rych bę­dzie tak­że szi­ne. Je­że­li chcesz kon­cen­tro­wać się na ja­kimś ośrod­ku ener­ge­tycz­nym w cie­le i sta­piać się z nim, być mo­że bę­dziesz mógł prak­ty­ko­wać ta­ką me­dy­ta­cję w ra­mach dia­men­to­wej dro­gi. Ale kie­dy bę­dą po­ja­wiać się róż­ne do­świad­cze­nia, nie przy­wią­zuj się do nich.

La­ma Ole mó­wi, że do roz­po­czę­cia prak­ty­ki szi­ne trze­ba skoń­czyć nyn­dro. Ale prze­cież Czo­gjam Trung­pa, po­dob­nie jak kil­ku in­nych na­uczy­cie­li, kła­dzie w swo­ich książ­kach du­ży na­cisk na tę me­dy­ta­cję...
Nam po­wie­dział o tym Ka­lu Rin­po­cze. Mó­wi tak też wie­lu in­nych na­uczy­cie­li, a na­uka ta po­ja­wia się w tek­stach ma­ha­mu­dry. To kwe­stia te­go, na ile za­le­ży nam, że­by uzy­skać pew­ne pod­sta­wy, za­nim przej­dzie­my do in­ten­syw­ne­go i za­awan­so­wa­ne­go szi­ne. Spo­czy­wa­nie w na­giej świa­do­mo­ści jest bez­piecz­niej­sze, kie­dy ma­my moc­ny fun­da­ment; kie­dy umysł zo­stał już oczysz­czo­ny z ne­ga­tyw­no­ści i na­gro­ma­dzi­li­śmy wie­le do­brych wra­żeń. Trze­ba mieć tak­że du­żą wpra­wę w kon­cen­tra­cji. Nie je­stem w sta­nie oce­nić, jak za­awan­so­wa­na jest two­ja me­dy­ta­cja, ale je­że­li czę­sto od­czu­wasz roz­pro­sze­nie al­bo sen­ność, le­piej bę­dzie, że­byś prak­ty­ko­wa­ła nyn­dro i przed se­sja­mi krót­ko ćwi­czy­ła kon­cen­tra­cję na od­de­chu.

Czy uwa­żasz, że wy­ko­ny­wa­nie co­dzien­nych czyn­no­ści, pod­czas któ­rych wy­ma­ga­ne jest sku­pie­nie, jak pra­ca przy kom­pu­te­rze al­bo jaz­da sa­mo­cho­dem, po­rów­ny­wal­ne jest z szi­ne?
Ogól­nie moż­na po­wie­dzieć, że kon­cen­tra­cja na zwy­kłych czyn­no­ściach po­ma­ga w prak­ty­ce. W nie­któ­rych me­dy­ta­cjach po­dob­nie za­głę­bia­my się w ja­kiś te­mat i sta­ra­my się go zro­zu­mieć. My­ślę jed­nak, że ten ro­dzaj sku­pie­nia, o ja­kim mó­wisz, po­zo­sta­je za bar­dzo po­wią­za­ny z kon­cep­cja­mi, aby móc po­rów­nać go z prak­ty­ką szi­ne. Nie jest to czy­sta kon­cen­tra­cja wy­kra­cza­ją­ca po­za wszel­kie po­ję­cia - mo­że z wy­jąt­kiem ta­kich pro­ce­sów, jak two­rze­nie mu­zy­ki; tu­taj ar­ty­sta jest w sta­nie utrzy­mać uważ­ność bez żad­nych kon­cep­cji.

Czy ćwi­cząc szi­ne, mo­że­my me­dy­to­wać na La­mę nad na­szą gło­wą pod­czas kil­ku wol­nych mi­nut, któ­re ma­my w cią­gu dnia?
Tak, mo­żesz tak ro­bić; cho­ciaż od­no­szę wra­że­nie, że my­ślisz, że szi­ne jest czymś in­nym niż to, co prak­ty­ku­je­my. My po pro­stu na­da­je­my ta­ką na­zwę ob­ser­wa­cji od­de­chu i fa­zie bu­do­wa­nia w me­dy­ta­cji. Do­ty­czy to tak­że gu­ru jo­gi.

Pra­cu­ję w biu­rze in­for­ma­tycz­nym, wszy­scy ko­le­dzy wie­dzą, że je­stem bud­dy­stą i są tym za­in­te­re­so­wa­ni. W prze­rwach w pra­cy ro­bię szi­ne. Co po­wi­nie­nem zro­bić, je­że­li bę­dą chcie­li się do mnie przy­łą­czyć?
Dla­cze­go chcesz za­stę­po­wać nor­mal­ną me­dy­ta­cję uspo­ko­je­niem umy­słu? Je­śli masz pół go­dzi­ny wol­ne­go i chcesz po­me­dy­to­wać, po­wi­nie­neś ro­bić swo­ją głów­ną prak­ty­kę. Je­że­li twoi ko­le­dzy in­te­re­su­ją się tech­ni­ka­mi me­dy­ta­cyj­nym, to jak naj­bar­dziej mo­żesz na­uczyć ich szi­ne. Po­wiedz im, że­by ob­ser­wo­wa­li swój od­dech, je­że­li to im od­po­wia­da. Je­że­li jed­nak in­te­re­su­je ich bud­dyzm, po­wi­nie­neś im wy­ja­śnić, na czym on po­le­ga.