Diamentowa Droga jest wewnętrznym czasopismem Związku Buddyjskiego Karma Kagyu

O medytacji

Jesteśmy linią medytacyjną. Dzierżawcy linii Kagyu i nasi najlepsi nauczyciele spędzili wiele czasu medytując. Powinniśmy zatem wiedzieć, czym jest medytacja.


Autor: Lama Ole Nydahl
Tlumaczenie, opracowanie: Ar­tur Przy­by­sław­ski

Na po­cząt­ku war­to na pew­no wspo­mnieć o dwóch me­to­dach kon­tro­lo­wa­nia my­śli, z któ­ry­mi bud­dyj­ska me­dy­ta­cja nie ma nic wspól­ne­go. Pierw­sza, chrze­ści­jań­ska, po­le­ga na od­rzu­ca­niu tych „złych” i lgnię­ciu do tych „do­brych”. Dru­ga na­to­miast, hin­du­istycz­na, spro­wa­dza się do nie my­śle­nia w ogó­le. Bud­dyj­ska me­dy­ta­cja jest czymś zu­peł­nie in­nym. Zda­rza­ło się, że na­praw­dę by­strzy i in­te­li­gent­ni lu­dzie przy­cho­dzi­li do Mi­la­re­py i mó­wi­li: „Nie­po­ko­ją mnie mo­je my­śli, nie mo­gę się od nich uwol­nić”. Ten zaś od­po­wia­dał: „Je­śli wi­dzisz gó­rę, dla­cze­go mar­twisz się po­ra­sta­ją­cy­mi ją krza­ka­mi? Je­śli je­steś świa­do­my głę­bi oce­anu, dla­cze­go zaj­mu­jesz się kil­ko­ma fa­la­mi na je­go po­wierzch­ni?”. To bar­dzo pod­sta­wo­wa i waż­na na­uka - ozna­cza ona po pro­stu, że my­śli nie są tak waż­ne.
Je­śli bę­dzie­cie co­raz wię­cej me­dy­to­wać, za­cznie­cie do­strze­gać to, co ist­nie­je po­mię­dzy my­śla­mi i za ni­mi; to, co jest świa­do­me my­śle­nia i co ro­zu­mie. Zo­ba­czy­cie, że po­strze­ga­ją­cy - umysł sam w so­bie - zu­peł­nie wam wy­star­cza, że jest czymś wspa­nia­łym. W me­dy­ta­cji po­szu­ku­je­my wła­śnie umy­słu - sta­ra­my się do­świad­czyć je­go do­sko­na­ło­ści, sa­mej esen­cji, nie­za­leż­nej od zmie­nia­ją­cych się my­śli, uczuć czy ja­kich­kol­wiek in­nych wa­run­ków. My­śli i uczu­cia są nie­trwa­łe - przy­cho­dzą, roz­gry­wa­ją się i zno­wu od­cho­dzą. Gdy za­cznie­my uzy­ski­wać kon­tro­lę nad umy­słem, na­sza si­ła nie bę­dzie się wy­ra­ża­ła ja­ko więk­sza ilość do­brych my­śli, czy też mniej­sza ilość złych - na­praw­dę zna­czą­cym osią­gnię­ciem bę­dzie świa­do­mość te­go, iż my­śli nie są tak istot­ne. Nie by­ło ich wcze­śniej, nie bę­dzie póź­niej i te­raz tak­że nie­ustan­nie się zmie­nia­ją. Dzię­ki me­dy­ta­cji co­raz bar­dziej in­te­re­su­ją­ca sta­nie się sa­ma prze­strzeń - jej otwar­tość umoż­li­wia­ją­ca po­ja­wia­nie się my­śli, przej­rzy­stość, któ­ra je po­strze­ga i ro­zu­mie, wresz­cie nie­ogra­ni­czo­ność, w któ­rej zno­wu zni­ka­ją. Stop­nio­wo sam fakt, że mo­że­my mieć my­śli, for­mu­ło­wać je czy też do­świad­czać naj­róż­niej­szych uczuć - sa­ma moc, bo­gac­two i po­ten­cjał umy­słu sta­ną się naj­waż­niej­sze. Sa­mo zwier­cia­dło bę­dzie bar­dziej istot­ne niż nie­przy­jem­ne bądź przy­jem­ne ob­ra­zy po­ja­wia­ją­ce się na je­go po­wierzch­ni.
Cho­ciaż czę­sto udzie­lam wam na­uk ab­so­lut­nych, nie wszyst­kie za­war­te w nich idee po­zo­sta­ją ak­tu­al­ne na po­zio­mie re­la­tyw­nym. Przez dłu­gi czas je­ste­śmy prze­ko­na­ni, że pro­jek­cje na­sze­go umy­słu są rze­czy­wi­ste. Tak dłu­go, jak nie do­świad­cza­my ja­sno­ści umy­słu po­mię­dzy na­szy­mi my­śla­mi i uczu­cia­mi, w nich i za ni­mi, ła­twiej jest nam prze­bu­dzić się z do­bre­go snu niż ze złe­go. Znacz­nie pro­ściej jest roz­po­znać je­go na­tu­rę, je­śli jest pe­łen psy­cho­lo­gicz­ne­go nad­mia­ru i do­brych uczuć, niż wte­dy, gdy wy­peł­nia­ją go głów­nie neu­ro­zy i lę­ki. Kie­dy tyl­ko za­czy­na­my być świa­do­mi te­go, kto wy­twa­rza my­śli i te­go, kto je po­strze­ga, sta­ją się one czymś fan­ta­stycz­nym. Wy­ra­ża­ją po­ten­cjał umy­słu. W ta­kiej sy­tu­acji nie je­ste­śmy już zwy­kłą oso­bą, któ­ra idzie do ki­na z na­dzie­ją, że film bę­dzie do­bry. Je­ste­śmy wła­ści­cie­lem ki­na, dla któ­re­go nie jest tak waż­ne, co wła­śnie gra­ją. Istot­ne jest, że w ekra­nie nie ma dziur, a pro­jek­tor dzia­ła. Za­tem z pew­ne­go punk­tu wi­dze­nia naj­waż­niej­sze jest to, że umysł po­zo­sta­je pro­mien­ny, po­sia­da moc i po­zwa­la rze­czom się wy­da­rzać. Wte­dy wszyst­ko, co się dzie­je, jest wspa­nia­łe. Ist­nie­je stan, w któ­rym sta­rość, cho­ro­ba i śmierć są rów­nie in­te­re­su­ją­ce, jak mło­dość, ra­dość i mi­łość. Pierw­sze uka­zu­ją wy­ła­nia­nie się rze­czy z prze­strze­ni umy­słu, dru­gie zaś po­now­ny ich po­wrót do niej. Je­śli na przy­kład za­cznie­cie po­dej­mo­wać dzia­ła­nia, któ­rych nie po­win­ni­ście, NA­TO za­cznie was bom­bar­do­wać i bom­by wy­lą­du­ją aku­rat tu­taj, z jed­nej stro­ny oczy­wi­ście bę­dzie to tra­ge­dia - ty­lu in­te­li­gent­nych, mło­dych lu­dzi... Z dru­giej zaś, prze­miesz­cza­nie się frag­men­tów me­ta­lu i czę­ści ciał, we wszyst­kich kie­run­kach, po­twier­dzi cał­ko­wi­cie pra­wa dy­na­mi­ki i ru­chu przed­mio­tów w prze­strze­ni. Jest to kwe­stia punk­tu od­nie­sie­nia, z którego pa­trzy się na rze­czy - pew­nej ilo­ści przy­wią­za­nia lub wol­no­ści od nie­go. Chcia­łem o tym krót­ko wspo­mnieć, po­nie­waż mo­gło­by nam to po dro­dze umknąć, a jest to istot­ny punkt.
Za­daj­my so­bie py­ta­nie, dla­cze­go lu­dzie me­dy­tu­ją? Je­śli do­ko­na­my od­kry­cia, że sa­mi two­rzy­my wła­sne szczę­ście i cier­pie­nie, że o tym, czy szklan­ka jest w po­ło­wie pu­sta czy w po­ło­wie peł­na de­cy­du­je nasz umysł w opar­ciu o tkwią­ce w nim głę­bo­ko na­wy­ki, wów­czas mo­że­my pod­jąć de­cy­zję o roz­po­czę­ciu z nim pra­cy. Jak się jed­nak do te­go za­brać? Po­rów­naj­my prze­strzeń umy­słu do ko­goś, kto nie­ustan­nie tań­czy - je­że­li spró­bu­je­my zro­bić mu ma­ki­jaż, wów­czas usta na­ma­lu­je­my za­pew­ne na po­licz­ku, a rzę­sy na czo­le, po­nie­waż ten ktoś jest wciąż w ru­chu. Je­śli na­to­miast uda nam się umysł „po­sa­dzić”, utrzy­mać go w jed­nym miej­scu, wte­dy bę­dzie­my mo­gli do­świad­czać ta­kich wra­żeń, ja­kich ze­chce­my, bę­dzie­my w sta­nie uma­lo­wać go tak, jak nam się bę­dzie po­do­ba­ło. Tak to wy­glą­da na po­zio­mie re­la­tyw­nym.
Na po­zio­mie ab­so­lut­nym na­to­miast nie ist­nie­je żad­ne od­dzie­le­nie po­mię­dzy prze­strze­nią i ener­gią w nas, a prze­strze­nią i ener­gią wszę­dzie. Oka­zu­je się, że prze­strzeń nie jest czar­ną dziu­rą lub od­dzie­le­niem po­mię­dzy na­mi. To ra­czej po­jem­nik, w któ­rym wszy­scy się znaj­du­je­my lub coś, co umoż­li­wia nam ko­mu­ni­ka­cję. Ozna­cza to, że dzię­ki prze­strze­ni je­ste­śmy na­praw­dę zjed­no­cze­ni i złą­cze­ni ze wszyst­kim, a oświe­ce­nie jest rze­czy­wi­ście na­szym na­tu­ral­nym sta­nem. Z po­zio­mu ab­so­lut­ne­go zo­ba­czy­my rów­nież, że je­śli po­tra­fi­my po­trak­to­wać umysł jak fi­li­żan­kę ka­wy, któ­rą prze­sta­ło się po­trzą­sać, czy po­zwo­li­my prze­szka­dza­ją­cym uczu­ciom opaść w umy­śle tak, jak ziar­na py­łu opa­da­ją na dno w szklan­ce męt­nej wo­dy, po­wierzch­nia ka­wy za­cznie sa­ma z sie­bie od­bi­jać rze­czy, a wo­da w szklan­ce sta­nie się przej­rzy­sta. Me­dy­ta­cja jest więc pro­ce­sem, któ­ry nas uszczę­śli­wia. Dla­te­go tak cen­ny jest czas, któ­ry na niej spę­dza­my - kie­dy spo­czy­wa­my w na­szej praw­dzi­wej esen­cji i czu­je­my się w niej jak w do­mu. Jed­no­cze­śnie bar­dzo waż­na jest mo­ty­wa­cja, z ja­ką me­dy­tu­je­my. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych, gdy jeź­dzi­li­śmy bar­dzo wol­ny­mi sa­mo­cho­da­mi, w Niem­czech, na ty­łach cię­ża­ró­wek z ce­men­tem za­uwa­ży­łem na­pi­sy: „Li­czy się kon­kret - to, co z tym zro­bisz”. Te­raz au­to­bu­sy jeż­dżą tak szyb­ko, że nie moż­na już prze­czy­tać po­dob­nych na­pi­sów - nie wiem na­wet, czy jesz­cze ist­nie­ją. Tak czy ina­czej, to sa­mo do­ty­czy me­dy­ta­cji - cho­dzi o to, co z niej zro­bi­my. Dla­te­go istot­ne jest, ja­ką ma­my mo­ty­wa­cję.
Dzię­ki me­dy­ta­cji sta­je­my się na przy­kład cier­pliw­si, bo uzy­sku­je­my w umy­śle wię­cej prze­strze­ni. Wcze­śniej po­tra­fi­li­śmy do­strzec tyl­ko jed­ną rzecz i by­li­śmy jak byk sto­ją­cy przed obo­rą, któ­ry wi­dzi, że jej wro­ta są za­mknię­te. Te­raz po­my­śli­my: „Mo­że są jesz­cze ja­kieś drzwi z ty­łu, a mo­że pój­dę zu­peł­nie gdzie in­dziej lub też roz­wa­lę tę głu­pią obo­rę”. Cier­pli­wość jed­nak cier­pli­wo­ści nie rów­na. Jest je­den bar­dzo do­bry jej ro­dzaj, któ­ry za­wsze nam się po­do­ba - kie­dy przy każ­dej na­szej prze­pro­wadz­ce, na­wet je­śli ko­lej­ne miesz­ka­nie jest na pią­tym pię­trze, kil­ku przy­ja­ciół przy­cho­dzi, by po­móc nam wnieść na gó­rę for­te­pian. Jest też cier­pli­wość in­ne­go ro­dza­ju - przy­po­mi­na ona wy­trwa­łość ko­ta, któ­ry sie­dzi nie­po­ru­szo­ny i cze­ka, aż mysz wy­su­nie swój no­sek z dziu­ry. Cze­ka­nie, aż ktoś po­peł­ni błąd, to nie­spe­cjal­nie po­zy­tyw­na po­sta­wa. Na­praw­dę waż­ne jest więc, co zro­bi­my z me­dy­ta­cją. Znam lu­dzi zaj­mu­ją­cych się me­dy­ta­cją trans­cen­den­tal­ną, któ­rzy mó­wią: „Nie waż­ne, co my­ślisz - po­wi­nie­neś tyl­ko uży­wać mantr”. Ja­ko bud­dy­ści nie zga­dza­my się z ta­kim po­dej­ściem. Dla nas dro­ga mu­si być bar­dzo ja­sna.
Na po­cząt­ku, co jest zgod­ne ze zdro­wym roz­sąd­kiem, po­trze­bu­je­my cze­goś, co bę­dzie pod­po­rą i za­bez­pie­cze­niem me­dy­ta­cji. Po­trze­bu­je­my po­glą­du. Mu­si­my do­kład­nie zdać so­bie spra­wę z te­go, do­kąd chce­my dojść i co się na­praw­dę z na­mi dzie­je na ścież­ce. Je­że­li bę­dzie­my spraw­dzać uzy­ska­ne in­for­ma­cje, nasz po­gląd stop­nio­wo się umoc­ni. Na­stęp­ny krok to prak­ty­ka, któ­ra spra­wia, że do­świad­cza­my rze­czy, któ­rych się na­uczy­li­śmy i któ­re zro­zu­mie­li­śmy. W koń­cu po­win­ni­śmy to wszyst­ko sca­lić przy po­mo­cy dzia­ła­nia. Po­le­ga ono na cią­głej we­ry­fi­ka­cji re­zul­ta­tów, po­ja­wia­ją­cych się dzię­ki po­glą­do­wi i me­dy­ta­cji - na przy­glą­da­niu się, ja­ki ma­ją one wpływ na świat. Moż­na to ro­bić na wie­le spo­so­bów. Nas in­te­re­su­ją głów­nie war­to­ści psy­cho­lo­gicz­ne. Po­nie­waż bud­dyzm jest zja­wi­skiem dość no­wym w na­szych kra­jach, do­pie­ro od­kry­wa­my, jak sto­so­wa­nie me­tod po­ma­ga le­piej żyć nam i tym, któ­rzy nas ota­cza­ją. Ist­nie­ją jed­nak rów­nież ta­kie kul­tu­ry, jak na przy­kład chiń­ska, któ­re uży­wa­ją ich w spo­sób cał­ko­wi­cie chłod­ny, bez żad­nych sen­ty­men­tów. Lu­dzie ci mó­wią pro­sto z mo­stu: „Bud­da jest naj­lep­szym ban­kiem” - wie­dzą, że wszel­kie pie­nią­dze ofia­ro­wa­ne na ośro­dek w krót­kim cza­sie wró­cą do nich zwie­lo­krot­nio­ne, po­nie­waż spraw­dza­li to przez po­nad pięt­na­ście stu­le­ci. Tak już tam jest. Oczy­wi­ście to mi­łe, że na Za­cho­dzie po­szu­ku­je­my szcze­gól­nie re­zul­ta­tów w sfe­rze psy­cho­lo­gicz­nej, ale po­ży­tecz­ne jest rów­nież to, że co­raz bar­dziej otwie­ra­my się na aspekt ma­te­rial­ny. Stop­nio­wo po­ja­wia­ją się bar­dzo mi­li lu­dzie, któ­rzy uwa­ża­ją za zu­peł­nie na­tu­ral­ne po­ma­ga­nie lo­kal­nym ośrod­kom, a tak­że od cza­su do cza­su mnie. Ni­gdy nie pro­si­li­śmy o pie­nią­dze, ni­gdy nie na­ci­ska­li­śmy i ni­gdy ni­ko­go do ni­cze­go nie zmu­sza­li­śmy. Dla­te­go po­ja­wia­ją­cą się na­tu­ral­nie otwar­tość, je­śli cho­dzi o spra­wy ma­te­rial­ne, uwa­żam za ozna­kę zdro­wo prze­bie­ga­ją­ce­go roz­wo­ju. Lu­dzie od­kry­wa­ją, że bud­dyzm dzia­ła i pra­gną go wspie­rać. Dla Duń­czy­ków proś­ba o pie­nią­dze jest kom­plet­nie nie do po­my­śle­nia - wpra­wia nas w za­kło­po­ta­nie; na­praw­dę czu­li­by­śmy się z tym źle. Do­brze więc, że od­by­wa się to spon­ta­nicz­nie.

Owe trzy rze­czy - in­for­ma­cja, me­dy­ta­cja i dzia­ła­nie czy też „utrzy­my­wa­nie po­zio­mu” - skła­da­ją się na na­rzę­dzia pra­cy nad na­szym we­wnętrz­nym ży­ciem. To one da­ją nam si­łę, by le­piej żyć, le­piej umie­rać i le­piej się od­ra­dzać - zmie­nia­ją na­szą eg­zy­sten­cję w coś na­praw­dę sen­sow­ne­go. Za­py­taj­my te­raz, od cze­go za­czy­na się roz­wój? Od­po­wiedź brzmi: od zro­zu­mie­nia przy­czy­ny i skut­ku. Moż­li­we, że obec­nie nie­zbyt nas to in­te­re­su­je, że bar­dziej in­spi­ru­ją nas na­uki o bo­ga­tym ży­ciu we­wnętrz­nym i naj­wyż­szym, wy­zwa­la­ją­cym po­glą­dzie. Aby jed­nak osią­gnąć spo­kój, któ­ry jest punk­tem wyj­ścia dla na­sze­go roz­wo­ju, mu­si­my za­cząć od po­mniej­sze­nia na­sze­go cier­pie­nia. Je­śli nie­ustan­nie ucie­ka­my przed nim, nie osią­ga­my spo­ko­ju po­trzeb­ne­go do roz­wi­ja­nia ży­cia we­wnętrz­ne­go. W któ­rymś z ży­wo­tów, aby uzy­skać nad­miar po­zwa­la­ją­cy nam na wzrost, mu­sie­li­śmy od­kryć, że pew­ne my­śli, sło­wa i dzia­ła­nia przy­no­szą nie­przy­jem­ne skut­ki. To wła­śnie jest zwrot, od któ­re­go wszy­scy wcze­śniej czy póź­niej za­czy­na­my. Rów­nież w obec­nym ży­ciu, na­wet je­śli nasz umysł osią­gnął szcze­gól­nie wy­so­ki wgląd, po­win­ni­śmy kon­tro­lo­wać się od cza­su do cza­su - mu­si­my spraw­dzać, czy na­praw­dę po­tra­fi­my uni­kać kło­po­tów i czy nasz roz­wój jest zdro­wy. Jest to za­tem waż­niej­sza kwe­stia, niż nam się wy­da­je. Bud­dyzm za­czy­na się od przy­ję­cia od­po­wie­dzial­no­ści za sie­bie. Nie­czę­sto o tym sły­szy­my. Zwy­kle mó­wi się nam, że za na­sze kło­po­ty od­po­wia­da spo­łe­czeń­stwo, ro­dzi­ce, ka­pi­ta­lizm, ko­mu­nizm lub ja­kiś czło­wiek. Zwłasz­cza do­pó­ki je­ste­śmy dzieć­mi lub je­ste­śmy bar­dzo mło­dzi, a przy tym nie mo­że­my so­bie wy­obra­zić po­przed­nich ży­wo­tów, nie je­ste­śmy w sta­nie zna­leźć żad­nej przy­czy­ny cier­pie­nia. W spo­sób na­tu­ral­ny my­śli­my, że mu­si ono być błę­dem ko­goś in­ne­go. Nigdy nie po­zwa­laj­my so­bie na ta­kie po­glą­dy, po­nie­waż sta­nie­my się zu­peł­nie nie­zdol­ni do ja­kie­go­kol­wiek kon­struk­tyw­ne­go dzia­ła­nia i cał­ko­wi­cie znie­wo­le­ni.
Po­ten­cjal­nych przy­czyn cier­pie­nia na świe­cie nie jest aż tak wie­le. Nie­któ­rzy twier­dzą, że nie ma przy­czy­ny i skut­ku - nie jest to jed­nak prze­ko­nu­ją­ce. Spró­buj­cie na­lać wo­dy do ba­ku wa­sze­go sa­mo­cho­du i po­je­chać nim do do­mu. In­ny uwa­ża­ją, że ist­nie­je ja­kiś bóg o kiep­skim po­czu­ciu hu­mo­ru, któ­ry jest od­po­wie­dzial­ny za wszyst­kie cier­pie­nia, któ­re nas spo­ty­ka­ją. To dość dra­ma­tycz­ny po­gląd. Bez wzglę­du na to, czy lu­bi­cie bo­gów, czy też nie - sam ra­czej za ni­mi nie prze­pa­dam - trud­no wy­obra­zić so­bie, że na­praw­dę wy­rzą­dza­ją świa­tu ca­łe to zło, któ­re wi­dzi­my - to raczej wy­klu­czo­ne. W rze­czy­wi­sto­ści je­dy­ną szan­są, ja­ką ma­my na roz­wój, pra­cę nad na­szym ży­ciem i uzy­ska­nie wła­ści­wych re­zul­ta­tów, jest prze­świad­cze­nie, że wszyst­ko, co nam się przy­tra­fia, ma zwią­zek z na­mi, że jest po­łą­czo­ne z tym, co zro­bi­li­śmy, po­my­śle­li­śmy i po­wie­dzie­li­śmy - je­śli nie w tym ży­ciu, to w jed­nym z po­przed­nich ży­wo­tów. Kie­dy roz­wi­nie­my ta­ki po­gląd, rze­czy bę­dą przed­sta­wiać się ina­czej, a my będzie­my w sta­nie coś z ni­mi zro­bić, zmie­nić je. Za­chod­nie prze­ko­na­nia, re­li­gia opar­ta na wie­rze w stwa­rza­ją­ce­go, są­dzą­ce­go i ka­rzą­ce­go bo­ga - wszyst­ko to nie brzmi dla bud­dy­sty prze­ko­nu­ją­co. Przyj­mu­jąc je, mu­sie­li­by­śmy uznać, że je­ste­śmy po pro­stu źli. Nie są­dzę, by ko­muś na­praw­dę to od­po­wia­da­ło. Bud­dyzm po­sia­da zu­peł­nie od­mien­ne po­dej­ście do na­szych błę­dów. Uwa­ża­my, że po­peł­nia­my je nie dla­te­go, że je­ste­śmy źli, ale z po­wo­du nie­zna­jo­mo­ści praw­dy o przy­czy­nie i skut­ku. Po­zwa­la to nam pra­co­wać z trud­ny­mi sy­tu­acja­mi. Nie­wie­dzę moż­na usu­nąć. Je­śli już przyj­mie­my, że je­ste­śmy od­po­wie­dzial­ni sa­mi za sie­bie, że wszyst­ko, co się nam przy­da­rza, ma ja­kiś zwią­zek z dzia­ła­nia­mi któ­re wy­ko­nu­je­my, na­szym na­stęp­nym kro­kiem bę­dzie zi­den­ty­fi­ko­wa­nie tych słów, my­śli i czy­nów, któ­re spra­wia­ją nam nie­chcia­ne kło­po­ty. Bud­da da­je w związ­ku z tym roz­ma­ite ra­dy. Nie są niczym szcze­gól­nym, spro­wa­dza­ją się do zwy­kłej psy­cho­lo­gii. Od­naj­dzie­cie je w chrze­ści­jań­stwie, a tak­że w in­nych re­li­giach i świa­to­po­glą­dach. W przy­pad­ku bud­dy­zmu szcze­gól­ną ce­chą jest jed­nak to, że na­uczy­cie­le trak­tu­ją tu uczniów jak lu­dzi do­ro­słych. Bez gro­że­nia pal­cem i mo­ra­li­zo­wa­nia stwier­dza­ją po pro­stu: „Je­śli zro­bisz to, ocze­kuj ta­kie­go re­zul­ta­tu, je­śli tam­to, in­ne­go. Wy­bór na­le­ży do cie­bie”.

Wy­ja­śnie­nia do­ty­czą­ce przy­czy­ny i skut­ku - te­go, ja­kie efek­ty mo­gą spo­wo­do­wać na­sze my­śli, sło­wa i dzia­ła­nia - są rze­czy­wi­ście bar­dzo uży­tecz­ne. Gdy raz zro­zu­mie­my, że za­bi­ja­nie, kra­dzież i ra­nią­ce za­cho­wa­nia sek­su­al­ne przy­no­szą kło­po­ty, że kłam­stwo, oszczer­stwo, plot­kar­stwo i bu­dze­nie lę­ku, po­przez ostre sło­wa, rów­nież nie pro­wa­dzą do do­brych skut­ków, a nie­na­wiść, gniew i po­mie­sza­nie są uczu­cia­mi po­wo­du­ją­cy­mi wie­le pro­ble­mów, nie bę­dzie­my chcie­li mieć z ni­mi nic wspól­ne­go. To wła­śnie ro­bi­my na pierw­szym po­zio­mie prak­ty­ki, zwa­nym me­dy­ta­cją uspo­ko­je­nia. W san­skry­cie zna­na jest ona ja­ko sia­ma­tha, a po ty­be­tań­sku ja­ko szi­ne. Kie­dy po­wstrzy­mu­je­my i uspo­ka­ja­my nasz umysł, za­czy­na­my do­strze­gać, jak uczu­cia po­ja­wia­ją się w nim, roz­gry­wa­ją, pró­bu­ją spro­wo­ko­wać nas do dzia­ła­nia, a po­tem z po­wro­tem w tym sa­mym umy­śle zni­ka­ją. Ten ro­dzaj me­dy­ta­cji po­wo­du­je, że na­sza uwa­ga zo­sta­je skie­ro­wa­na na ak­tyw­ność na­sze­go cia­ła, mo­wy i umy­słu. Jej ce­lem jest stwo­rze­nie od­po­wied­nie­go dy­stan­su, by­śmy mo­gli uzy­skać ta­kie re­zul­ta­ty, któ­rych chce­my i unik­nąć tych, któ­re są nie­po­żą­da­ne. Ten ro­dzaj prak­ty­ki mo­że oka­zać się jed­nak nie­wy­star­cza­ją­cy, by nie­któ­rzy lu­dzie na­uczy­li się uni­kać skraj­ne­go try­bu ży­cia i zwią­za­nych z nim przy­szłych kło­po­tów. Ci wła­śnie bę­dą chcie­li ogra­ni­czyć swą wol­ność w spo­sób bar­dziej dra­stycz­ny - zo­sta­ną mni­cha­mi lub mnisz­ka­mi. Wią­że się z tym brak ży­cia noc­ne­go i wie­le in­nych wy­rze­czeń.
Je­śli jed­nak lu­dzie po­tra­fią w ta­ki, czy in­ny spo­sób, od­na­leźć spo­kój, nie mu­szą po­su­wać się do rów­nie osta­tecz­nych kro­ków. Wy­star­czy uni­kać za­bi­ja­nia, szko­dzą­ce­go in­nym kłam­stwa lub kra­dzie­ży, a tak­że ła­ma­nia serc, je­śli nie jest to ko­niecz­ne; moż­na też nie upi­jać się, nie brać nar­ko­ty­ków, nie za­cho­wy­wać się głu­pio, nie tra­cić nad so­bą kon­tro­li. Te pięć za­sad, na­wet je­śli sto­su­je­my się tyl­ko do nie­któ­rych z nich, to aż nad­to dla więk­szo­ści lu­dzi. Tak czy owak, sta­no­wią one pod­sta­wę roz­wo­ju - je­śli w pod­ło­dze nie ma wie­lu dziur, nie wpad­nie­my do piw­ni­cy. Do­brze pa­mię­tać na przy­kład, że lu­dzie czy­nią i mó­wią więk­szość głupstw pod wpły­wem środ­ków odu­rza­ją­cych. Je­śli się je od­sta­wi lub uży­wa się ich w stop­niu, któ­ry umoż­li­wia i kon­tro­lę, i za­ba­wę, to usu­wa się wiel­kie źró­dło cier­pie­nia. Na pew­nym po­zio­mie ta­kie po­stę­po­wa­nie jest po pro­stu in­te­li­gent­ne.
Nad­miar, któ­ry po­wsta­je, roz­wój, któ­ry na­stę­pu­je, gdy nie prze­by­wa­my już ra­zem w jed­nym wiel­kim przed­szko­lu, cią­gnąc się na­wza­jem za wło­sy i wrzesz­cząc, lecz za­czy­na­my za­cho­wy­wać się jak do­ro­śli, jest po­cząt­kiem bo­ga­te­go ży­cia we­wnętrz­ne­go. Weź­my na przy­kład grę w ka­sy­nie. Je­śli po pro­stu uni­ka­my dzia­łań ry­zy­kow­nych - ra­nią­cych i szko­dli­wych - wy­ko­rzy­stu­je­my tyl­ko cząst­kę ca­łe­go na­sze­go po­ten­cja­łu. W swój roz­wój wkła­da­my tyl­ko nie­wiel­ką ilość ener­gii, jak ktoś, kto gra­jąc w ru­let­kę, sta­wia dzie­sięć lub pięt­na­ście zło­tych. Wów­czas wy­gry­wa­my kil­ka­set zło­tych - nie jest to nic osza­ła­mia­ją­ce­go i wzbo­ga­ce­nie się w ten spo­sób za­bie­rze nam spo­ro cza­su. Z dru­giej stro­ny, je­śli po­sta­wi­my ca­łe na­sze ży­cie we­wnętrz­ne, na­sze współ­czu­cie, na­szą mą­drość, ży­cze­nia, wszyst­kie ma­rze­nia o szczę­ściu, wte­dy gra wy­glą­da ina­czej. Ko­ło się ob­ra­ca, kul­ka się to­czy, my ma­my du­żo pie­nię­dzy i du­żo mo­że­my wy­grać. Kie­dy wię­cej in­we­stu­je­my, wię­cej też zy­sku­je­my. Je­śli nas na to stać, mo­że­my za­cząć ro­bić, my­śleć i mó­wić rze­czy, któ­re po­win­ny przy­nieść po­ży­tek in­nym. Mo­że­my za­cząć do­strze­gać, iż świat jest jak wiel­ki zbio­ro­wy sen, za­wie­ra­ją­cy wie­le pry­wat­nych snów. Wi­dzi­my, iż na ów świat, któ­re­go do­świad­cza­my ja­ko rze­czy­wi­ste­go, nie skła­da się ani jed­na trwa­ła cząst­ka, z któ­rej coś praw­dzi­we­go mo­gło­by po­wstać. Przy­po­mi­na to wło­ską eko­no­mię. Je­że­li nie ma­cie jed­ne­go li­ra, nie mo­że­cie też mieć mi­lio­na. Wszyst­ko jest ilu­zją. W tym zbio­ro­wym śnie wszel­kie, wy­ła­nia­ją­ce się z na­sze­go umy­słu, zja­wi­ska po­zba­wio­ne są ja­kie­go­kol­wiek trwa­łe­go ist­nie­nia. Isto­ty pra­gną oczy­wi­ście szczę­ścia i chcą unik­nąć cier­pie­nia, a my pró­bu­je­my im w tym po­ma­gać. Wszyst­ko, nad czym pra­cu­je­my, zmie­nia się nie­ustan­nie i prze­mi­ja, jed­nak po­przez wy­star­cza­ją­co in­te­li­gent­ne dzia­ła­nia ma­my szan­sę prze­bu­dzić lu­dzi - spra­wić, by sta­li się świa­do­mi te­go, kto śni, do­świad­cza i wie.
Tu­taj po­ja­wia się dru­gi po­ziom prak­ty­ki, na któ­rym my­śli­my o wszyst­kich isto­tach, a nie tyl­ko pró­bu­je­my uni­kać wła­snych pro­ble­mów. Rów­nież me­dy­ta­cja dzia­ła tu ina­czej. Nie sta­ra­my się już tyl­ko wy­two­rzyć do­sta­tecz­nej ilo­ści prze­strze­ni, by ra­dzić so­bie z rze­cza­mi - sta­ra­my się ra­czej do­brze ukie­run­ko­wać moc, któ­rą uzy­ska­li­śmy. Dla­te­go po­win­ni­śmy roz­po­czy­nać me­dy­ta­cję ży­cze­niem osią­gnię­cia oświe­ce­nia po to, by przy­no­sić po­ży­tek wszyst­kim. Wi­dzi­my, że do­pó­ki sa­mi je­ste­śmy po­mie­sza­ni i sła­bi, nie je­ste­śmy w sta­nie po­móc in­nym. Aby móc to ro­bić, sa­mi mu­si­my naj­pierw się wzmoc­nić. Na tym po­zio­mie tak­że koń­czy­my me­dy­ta­cję przy po­mo­cy sil­nych ży­czeń - dzie­li­my się z in­ny­mi ca­łym do­brem, wszyst­ki­mi po­zy­tyw­ny­mi wra­że­nia­mi, któ­re wła­śnie po­wsta­ły. W Wiel­kiej Dro­dze jest to bar­dzo waż­ne. Opa­ko­wa­nie jest więc tu­taj waż­niej­sze od za­war­to­ści - za­czy­na­my prak­ty­kę od ży­czeń, by­śmy by­li w sta­nie przy­no­sić po­ży­tek in­nym i koń­czy­my ją dzie­ląc się z ni­mi za­słu­gą.
Jak utrzy­my­wać ów po­ziom, nie­za­leż­nie od te­go, czy me­dy­ta­cja, któ­rą wy­ko­nu­je­my jest kon­cep­tu­al­na, czy bar­dziej emo­cjo­nal­na? Na po­zio­mie, na ja­kim usi­ło­wa­li­śmy unik­nąć kło­po­tów w wy­mia­rze prak­tycz­nym, uwa­ża­li­śmy na to, co my­śli­my, mó­wi­my i ro­bi­my. Na dru­gim po­zio­mie, na któ­rym sta­ra­my się pod­trzy­mać uczu­cie cie­pła, współ­czu­cia, waż­ną rze­czą jest uni­ka­nie gnie­wu. Gniew to dla na­sze­go we­wnętrz­ne­go bo­gac­twa coś naj­gor­sze­go. Kie­dy to mó­wię, nie­któ­rzy z was mo­gą po­my­śleć: „Ole nie wy­glą­da na wy­pło­szo­ne­go. Nie miał­bym nic prze­ciw­ko te­mu, by stał w wal­ce obok mnie”. Ro­zu­miem to. Na­wet w tym wy­pad­ku jed­nak nie był­bym gniew­ny. Lu­dzie, któ­rzy ata­ku­ją i ra­nią, są ra­czej po­mie­sza­ni niż źli. Oczy­wi­ście trze­ba ich po­wstrzy­my­wać - da­wa­nie ko­muś li­ny, by się po­wie­sił, nie ma nic wspól­ne­go ze współ­czu­ciem. Po­win­ni­śmy do nich tak­że pod­cho­dzić bez nad­mier­nych emo­cji, po­nie­waż nie zda­ją so­bie spra­wy, w ja­kie kło­po­ty sa­mi się pa­ku­ją. Tu­taj my, Duń­czy­cy, zna­my pa­rę do­brych środ­ków. Je­śli na­wet nie­po­ko­ili­śmy spo­rą część cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta ty­siąc lat te­mu, od tam­tej po­ry zdą­ży­li­śmy pew­ne spra­wy prze­my­śleć. Jed­no z na­szych przy­słów gło­si: „Ma­łe psy szcze­ka­ją, du­że nie mu­szą”. Każ­dy prze­cież wie, że są du­że. Ma­my też po­wie­dze­nie: „Mów ła­god­nie i trzy­maj du­ży kij”. W na­szej kul­tu­rze wy­ra­ża­nie gnie­wu po­strze­ga­ne jest ja­ko ozna­ka sła­bo­ści. Czło­wiek sil­ny nie mu­si wpa­dać w gniew - po pro­stu ro­bi to, co chce. Uni­ka­nie agre­sji - nie moc­nych, zde­cy­do­wa­nych i przej­rzy­stych dzia­łań, lecz de­struk­tyw­ne­go, prze­szka­dza­ją­ce­go uczu­cia - to spo­sób na utrzy­ma­nie dru­gie­go po­zio­mu. Gniew nie jest na­szym przy­ja­cie­lem i trzy­ma­nie się od nie­go z da­le­ka jest czymś bar­dzo po­ży­tecz­nym. Mo­że­cie roz­bi­jać lu­dziom no­sy, je­że­li nie ma in­ne­go wyj­ścia, ale nie rób­cie te­go, dla­te­go że ich nie lu­bi­cie. Po­win­ni­ście za­cho­wy­wać się ra­czej jak dok­tor chcą­cy unik­nąć więk­szych pro­ble­mów w przy­szło­ści. Je­że­li ma­cie ta­ką mo­ty­wa­cję, wa­sze zde­cy­do­wa­ne po­stę­po­wa­nie nie bę­dzie złe.
Ca­ły nasz po­ten­cjał an­ga­żu­je­my jed­nak w ru­let­ce do­pie­ro wte­dy, gdy włą­czy­my do gry po­ziom ta­jem­ny. Tyl­ko wte­dy, gdy za­in­we­stu­je­my na­szą fan­ta­zję, na­sze ma­rze­nia, ide­alizm, głę­bo­kie ży­cze­nia, staw­ka bę­dzie rze­czy­wi­ście wy­so­ka. A wte­dy, w przy­pad­ku wy­gra­nej, pię­ciu wiel­kich lu­dzi bę­dzie tacz­ka­mi wy­wo­zić za na­mi z ka­sy­na zło­te do­la­ry, aż w koń­cu na drzwiach umiesz­czo­ny zo­sta­nie na­pis: „Bank roz­bi­ty”! Je­śli rze­czy­wi­ście na­uczy­cie się do­strze­gać coś sen­sow­ne­go, czy­ste­go i do­bre­go w każ­dej isto­cie i w każ­dej sy­tu­acji, wów­czas uzy­ska­cie ogrom­ną si­łę, a wa­sze ży­cie bę­dzie co­raz lep­sze. Mu­si­cie tyl­ko spra­wić, że­by okres po­mię­dzy me­dy­ta­cja­mi był co­raz bliż­szy sa­mej me­dy­ta­cji. Na po­cząt­ku oczy­wi­ście, kie­dy za­czy­na­cie prak­ty­ko­wać, czu­je­cie się dość do­brze. Po­tem po­ja­wia się efekt jo­jo - wzlo­ty, upad­ki, mi­łość, nie­na­wiść... Zmu­sza­cie się do me­dy­ta­cji, ale po okre­sie spo­ko­ju zno­wu na­stę­pu­ją wzlo­ty i upad­ki... Znów uzy­sku­je­cie tro­chę spo­ko­ju, lecz w pew­nym mo­men­cie na­gle prze­sta­je­cie me­dy­to­wać i po raz ko­lej­ny tra­ci­cie grunt pod no­ga­mi. Stop­nio­wo in­ten­sy­fi­ku­ją się sta­ny wchło­nię­cia i bło­go­ści, ale nie jest to rzecz naj­waż­niej­sza. Naj­waż­niej­sze jest to, że czas po­mię­dzy me­dy­ta­cja­mi za­czy­na co­raz bar­dziej przy­po­mi­nać sa­mą me­dy­ta­cję. Do­świad­cze­nie prze­strze­ni umy­słu prze­pły­wa po­mię­dzy jed­ną se­sją a dru­gą, stru­mień prze­żyć sta­je się co­raz bar­dziej po­dob­ny do me­dy­ta­cji. Na­praw­dę lu­bię wy­czy­ty­wać to z wa­szych li­stów. Naj­pierw je­dzie­cie do Nie­miec, pra­cu­je­cie na czar­no, pró­bu­je­cie za­ro­bić tro­chę pie­nię­dzy ry­zy­ku­jąc, że w każ­dej chwi­li mo­gą was zła­pać. Po­tem wra­ca­cie do do­mu, od­naj­du­je­cie swo­je ko­rze­nie, za­czy­na­cie się or­ga­ni­zo­wać. Na­dal prze­ży­wa­cie wzlo­ty i upad­ki, po­nie­waż na­dal je­ste­ście za­leż­ni od te­go, co ze­wnętrz­ne. Ale wresz­cie stop­nio­wo po­ja­wia się w wa­szym umy­śle co­raz wię­cej spo­ko­ju i nad­mia­ru ra­do­ści, po­nie­waż ro­zu­mie­cie, że schro­nie­niem jest wasz wła­sny umysł, że na zewnątrz nie ma ni­cze­go, na czym moż­na by się oprzeć. Przez ca­łe la­ta mo­że­cie mieć do­bre­go part­ne­ra, do­sko­na­le wy­cho­wy­wać dzie­ci, lecz gdy od­cho­dzi­cie, od­cho­dzi­cie sa­mi. Je­dy­nym schro­nie­niem jest po­nad­cza­so­wy aspekt umy­słu.
Kie­dy prze­sta­je­my już być za­leż­ni od ze­wnętrz­nych zja­wisk - mło­do­ści, pie­nię­dzy, part­ne­rów itd. - i za­in­te­re­su­je­my się tym, co świa­do­me, wte­dy prze­cho­dzi­my ze sta­nu, w któ­rym by­li­śmy rze­czy­wi­ście po­krzyw­dze­ni, za­leż­ni i nie­za­spo­ko­je­ni, do sta­nu, w któ­rym je­ste­śmy bo­ga­ci i mo­że­my za­cząć da­wać. Wów­czas spo­ty­ka­jąc part­ne­ra, nie my­śli­my już: „Czy na­dal bę­dziesz mnie ko­chać, gdy bę­dę miał 64 la­ta”, ale: „Czy na­dal bę­dę mógł spra­wić, że bę­dziesz szczę­śli­wa, gdy bę­dę miał 64 la­ta” lub „jak bę­dę mógł przy­czy­nić się do te­go, że bę­dziesz szczę­śli­wa, kie­dy bę­dzie­my mie­li 64 la­ta”. Ze sta­nu, w któ­rym je­ste­śmy za­leż­ni i pró­bu­je­my za­wsze zna­leźć dla sie­bie ze­wnętrz­ne gwa­ran­cje, w któ­rym je­ste­śmy jak księ­życ po­zba­wio­ny wła­sne­go świa­tła, prze­cho­dzi­my do ta­kie­go, w któ­rym sta­je­my się jak słoń­ce, dzię­ki wła­snej mo­cy pro­mie­niu­ją­ce na wszyst­kich. Od­na­le­zie­nie mo­cy, któ­rą ma­my wszy­scy, od­na­le­zie­nie esen­cji i prze­ka­zy­wa­nie jej - to jest wła­śnie waż­ne. Dzie­je się tak, gdy w ka­sy­nie na­sze­go umy­słu wy­gry­wa­my każ­dą zło­tów­kę, gdy zgar­nia­my po pro­stu wszyst­ko. Tak po­win­na wy­glą­dać na­sza dro­ga. Wi­dzi­my w so­bie si­łę, ro­zu­mie­my, że wszyst­kie te wspa­nia­łe rze­czy mo­że­my do­strzec w in­nych, po­nie­waż sa­mi ma­my je w swo­im wnę­trzu. W na­szych związ­kach je­ste­śmy więc na­sta­wie­ni co­raz bar­dziej na dzie­le­nie się, dawa­nie. Pra­gnie­my spra­wiać, by­śmy dzię­ki so­bie na­wza­jem sta­wa­li się co­raz to wspa­nial­si, sil­niej­si i po­tęż­niej­si. Nie pró­bu­je­my na­to­miast się za­bez­pie­czać, nie ma­my ocze­ki­wań, nie my­śli­my o tym, co się wy­da­rzy póź­niej; je­ste­śmy bo­ga­ci już tu­taj i te­raz. To jest wspa­nia­łe. Je­że­li po­tra­fi­my włą­czyć to w me­dy­ta­cję, wszyst­ko cze­go bę­dzie­my do­świad­czać bę­dzie na­praw­dę nie­zwy­kłe.

Je­śli chce­my od­kryć na­sze bo­gac­two na ta­jem­nym po­zio­mie, przede wszyst­kim mu­si­my zro­zu­mieć umysł - to, że jest w swej praw­dzi­wej na­tu­rze do­sko­na­ły, otwar­ty jak prze­strzeń i dla­te­go nie­znisz­czal­ny. Po­nie­waż jest bo­ga­ty, pro­mien­nie przej­rzy­sty i świa­do­my, nie­ustan­nie do­świad­cza ra­do­ści, a po­nie­waż nie ma ogra­ni­czeń i kre­su, jest z na­tu­ry do­bry i dzia­ła dla po­żyt­ku innych. W rze­czy­wi­sto­ści po­przez medy­ta­cję i prak­ty­kę uczy­my się być prze­strze­nią - tą po­mię­dzy my­śla­mi, za my­śla­mi, tą, któ­ra zna my­śli. Uczy­my się spo­czy­wa­nia w świa­do­mo­ści, je­ste­śmy tym, co zna i ro­zu­mie jej pro­jek­cje, a przy tym nie ule­ga­my na­dzie­jom lub lę­kom. Ni­cze­go nie chwy­ta­my i ni­cze­go nie od­py­cha­my. To jest wiel­ka rzecz. Je­śli to po­tra­fi­my, wszyst­ko w na­szym ży­ciu bę­dzie po­da­run­kiem. Bę­dzie­my nie­ustra­sze­ni, po­nie­waż na­szej praw­dzi­wej na­tu­ry, prze­strze­ni po­mię­dzy my­śla­mi, nie moż­na zra­nić. Po­sia­da­jąc pew­ność, że umysł jest nie­znisz­czal­ny, pa­trzy­my na świat z po­zy­cji czło­wie­ka bo­ga­te­go, a nie bied­ne­go. Na­sze po­dej­ście zmie­nia się z „al­bo - al­bo” na „za­rów­no to, jak też tam­to”. To ozna­cza praw­dzi­wą moc. Gdy roz­po­zna­je­my, że umysł nie ma gra­nic, za­czy­na­my pro­mie­nio­wać mi­ło­ścią w jej naj­zdrow­szej po­sta­ci - tą ob­da­rza­ją­cą, o któ­rej mó­wi­łem wcze­śniej. Wów­czas spo­ty­ka­my się i wzbo­ga­ca­my się wza­jem­nie, a nie sta­je­my się za­leż­ni i co­raz bar­dziej ubo­dzy. Ta mi­łość jest praw­dzi­wym do­świad­cze­niem, ozna­cza dzie­le­nie się z in­ny­mi wszyst­kim, czym mo­że­my, tu­taj i te­raz. Jest ona współ­czu­ciem - po pro­stu da­je­my nie ocze­ku­jąc ni­cze­go w za­mian. Nie chce­my, że­by sta­wa­li się za­leż­ni, lecz że­by się roz­wi­ja­li. Cho­dzi tu o ra­dość współ­od­czu­wa­nia
W śre­dnio­wiecz­nych pie­śniach nie­miec­kich zna­leź­li­śmy pięk­ne sło­wo: „Min­nesänger” (piew­ca mi­ło­ści). We Fran­cji pie­śnia­rzy tych na­zy­wa­no tru­ba­du­ra­mi. Sło­wo to po­wią­za­ne by­ło z „Mit­freu­de” (współ­ra­dość), kie­dyś uży­wa­nym, ale za­po­mnia­nym. Od­ku­rzy­li­śmy je i te­raz przy­da­je się w książ­kach bud­dyj­skich. Bar­dzo do­brze wy­ra­ża to, że mo­że­my być szczę­śli­wi, tyl­ko dla­te­go, że dzie­je się coś do­bre­go - na­wet je­śli nie ma to z na­mi bez­po­śred­nio nic wspól­ne­go. Je­ste­śmy szczę­śli­wi po pro­stu z te­go po­wo­du, że wy­da­rza się coś do­bre­go. Mo­gę po­wie­dzieć wam ja­ko czło­wiek Za­cho­du, że gdy upadł u was ko­mu­nizm, by­li­śmy na­praw­dę szczę­śli­wi. I to nie dla­te­go, że spo­dzie­wa­li­śmy się, iż bę­dzie­my mo­gli mniej pła­cić na rzecz NA­TO. Cie­szy­li­śmy się, że te­raz lu­dzie za że­la­zną kur­ty­ną bę­dą mo­gli po­dró­żo­wać, jeść barszcz, w któ­rym nie ma mi­kro­fo­nów. Że bę­dzie­cie mo­gli cie­szyć się wol­no­ścią, do któ­rej my by­li­śmy przy­zwy­cza­je­ni. An­gli­cy okre­śla­ją to uczu­cie ja­ko „sym­pa­the­tic joy” (ra­dość współ­od­czu­wa­nia), świet­nie wy­ra­ża to tak­że daw­ne nie­miec­kie sło­wo „Mit­freu­de”.
I wresz­cie ma­my ostat­nią do­sko­na­łą wła­ści­wość, być mo­że nie­co trud­ną do zro­zu­mie­nia. Na­zy­wa się ona rów­no­ścią. Sły­szy­my cza­sa­mi o lu­dziach nie­praw­do­po­dob­ne rze­czy. Mao Tse Tung wy­mor­do­wał 65 mi­lio­nów Chiń­czy­ków, Sta­lin za­bił 30-50 mi­lio­nów lu­dzi, Hi­tler 25 mi­lio­nów (wli­cza­jąc po­le­głych na fron­tach), Be­ria, Ho­me­ini i in­ni mie­li po­dob­ne „osią­gnię­cia” - je­śli za­sta­no­wić się nad tym wszyst­kim, co zro­bi­li, po pro­stu nie mie­ści się to w gło­wie. Mi­mo to mu­si­my jed­nak zro­zu­mieć, że z bud­dyj­skie­go punk­tu wi­dze­nia na­wet oni ma­ją na­tu­rę bud­dy, że po­za ca­łym tym sza­leń­stwem w ich umy­słach znaj­du­je się przej­rzy­ste świa­tło i moż­li­wość roz­wo­ju. Gdy za pięć eonów sta­ną się więc ro­ba­ka­mi na uli­cy, nie po­win­ni­śmy ich roz­dep­ty­wać, lecz prze­ło­żyć na traw­nik. Ta czwar­ta cen­na wła­ści­wość umy­słu zwa­na rów­no­ścią to zro­zumie­nie, że świa­do­mość każ­dej isto­ty jest przej­rzy­stym świa­tłem i że moż­na je roz­po­znać.

Na naj­wyż­szym po­zio­mie iden­ty­fi­ka­cji z na­tu­rą bud­dy nie­któ­re me­dy­ta­cje pra­cu­ją z umy­słem po­przez je­go aspekt ener­gii. Na­le­ży do nich sto­so­wa­na przez nas me­dy­ta­cja przej­rzy­ste­go świa­tła i po­ła. Te dwie me­to­dy moż­na umie­ścić po­za hie­rar­chią na­uk i uży­wać ich w co­dzien­nym ży­ciu. Są też prak­ty­ki uspa­ka­ja­ją­ce i osa­dza­ją­ce umysł, któ­re bu­dzą praw­dzi­wą przej­rzy­stość i świa­do­mość. W koń­cu ma­my dro­gę iden­ty­fi­ka­cji, na któ­rej wciąż od no­wa bu­du­je­my wy­obra­że­nie bud­dów lub na­sze­go na­uczy­cie­la, stwa­rza­my po­most wi­bra­cji po­mię­dzy ni­mi a na­mi, roz­pusz­cza­my je w świa­tło, ono z ko­lei sta­pia się z na­mi aż roz­pusz­cza­ją się wszyst­kie for­my, wresz­cie po­zo­sta­je tyl­ko świa­do­mość - pro­mien­na i na­ga, nie po­trze­bu­ją­ca żad­ne­go opar­cia. Wszyst­kie te me­to­dy są nie­zwy­kle sku­tecz­ne.
Jak ten po­ziom za­bez­pie­czyć? Mu­si­my zro­zu­mieć, że na­sze zwy­kłe do­świad­cze­nia są znacz­nie bar­dziej su­biek­tyw­ne niż się nam wy­da­je i za­le­żą od na­sze­go za­ple­cza - wy­kształ­ce­nia, ro­dzi­ny, ra­sy, kra­ju, z ja­kie­go po­cho­dzi­my. Sa­mi „za­bar­wia­my” rze­czy, któ­re wi­dzi­my, coś do­da­je­my, coś uj­mu­je­my. Dwa la­ta te­mu Niem­cy prze­pro­wa­dzi­li wiel­ki eks­pe­ry­ment, o któ­rym pi­sa­no póź­niej w cza­so­pi­smach psy­cho­lo­gicz­nych, a na­wet w po­pu­lar­nych ga­ze­tach. Stwier­dzi­li, że lu­dzie do­świad­cza­ją oko­ło 20 proc. te­go, co się rze­czy­wi­ście wy­da­rza. Po­zo­sta­łe 80 proc. to do­da­tek, zwią­za­ny z ich kul­tu­rą, sta­nem umy­słu i uczu­cia­mi. Moż­na by więc po­my­śleć: „OK, mu­si­my żyć bez po­jęć ab­so­lut­nych. Nie ma ni­cze­go, cze­mu mogli­by­śmy osta­tecz­nie za­ufać. Cho­dzi tyl­ko o zna­le­zie­nie cze­goś, na co mo­gła­by się zgo­dzić więk­szość lu­dzi, nie ma nic po­za tym”.
W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak wszyst­ko ma na­tu­rę praw­dy. Prze­strzeń, w któ­rej ist­nie­je­my, obej­mu­je nas, a nie od­dzie­la. I je­śli rze­czy­wi­ście chce­my roz­po­znać praw­dę, któ­ra jest wszę­dzie, mu­si­my tyl­ko spoj­rzeć na zja­wi­ska we wła­ści­wy spo­sób. Je­śli my­śli­my, że ist­nie­je ja­kaś praw­da po­środ­ku, z ró­żo­wy­mi sna­mi na gó­rze i czar­ny­mi de­pre­sja­mi na do­le, wte­dy nie znaj­dzie­my ni­cze­go trwa­łe­go. Je­śli jed­nak spoj­rzy­my na świat ina­czej, wów­czas zo­ba­czy­my, że gdy w jed­nym miej­scu i cza­sie zej­dzie się naj­wyż­sza praw­da, ra­dość, mi­łość, współ­czu­cie, mą­drość i wgląd, do­świad­czy­my cze­goś cał­ko­wi­cie po­na­do­so­bi­ste­go, cze­goś cze­mu bę­dzie­my mo­gli za­ufać. Im le­piej się czu­je­my, tym bar­dziej zbli­ża­my się do te­go, co osta­tecz­nie praw­dzi­we. Po­win­ni­śmy o tym wie­dzieć, po­nie­waż wte­dy ła­twiej nam bę­dzie obu­dzić w so­bie współ­czu­cie i mą­drość - na­rzę­dzia przy­no­sze­nia po­żyt­ku in­nym. Uni­ka­nie ra­nie­nia in­nych i po­ma­ga­nie im, sta­nie się dla nas czymś zu­peł­nie na­tu­ral­nym. W ten spo­sób naj­wyż­szy po­gląd wy­zwa­la wszyst­ko.