DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 34 -> O medytacji

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

O medytacji

Lama Ole Nydahl
_________

Jesteśmy linią medytacyjną. Dzierżawcy linii Kagyu i nasi najlepsi nauczyciele spędzili wiele czasu medytując. Powinniśmy zatem wiedzieć, czym jest medytacja. Na początku warto na pewno wspomnieć o dwóch metodach kontrolowania myśli, z którymi buddyjska medytacja nie ma nic wspólnego. Pierwsza, chrześcijańska, polega na odrzucaniu tych „złych” i lgnięciu do tych „dobrych”. Druga natomiast, hinduistyczna, sprowadza się do nie myślenia w ogóle.


Buddyjska medytacja jest czymś zupełnie innym. Zdarzało się, że naprawdę bystrzy i inteligentni ludzie przychodzili do Milarepy i mówili: „Niepokoją mnie moje myśli, nie mogę się od nich uwolnić”. Ten zaś odpowiadał: „Jeśli widzisz górę, dlaczego martwisz się porastającymi ją krzakami? Jeśli jesteś świadomy głębi oceanu, dlaczego zajmujesz się kilkoma falami na jego powierzchni?”. To bardzo podstawowa i ważna nauka – oznacza ona po prostu, że myśli nie są tak ważne. Jeśli będziecie coraz więcej medytować, zaczniecie dostrzegać to, co istnieje pomiędzy myślami i za nimi; to, co jest świadome myślenia i co rozumie. Zobaczycie, że postrzegający – umysł sam w sobie – zupełnie wam wystarcza, że jest czymś wspaniałym. W medytacji poszukujemy właśnie umysłu – staramy się doświadczyć jego doskonałości, samej esencji, niezależnej od zmieniających się myśli, uczuć czy jakichkolwiek innych warunków. Myśli i uczucia są nietrwałe – przychodzą, rozgrywają się i znowu odchodzą. Gdy zaczniemy uzyskiwać kontrolę nad umysłem, nasza siła nie będzie się wyrażała jako większa ilość dobrych myśli, czy też mniejsza ilość złych – naprawdę znaczącym osiągnięciem będzie świadomość tego, iż myśli nie są tak istotne. Nie było ich wcześniej, nie będzie później i teraz także nieustannie się zmieniają. Dzięki medytacji coraz bardziej interesująca stanie się sama przestrzeń – jej otwartość umożliwiająca pojawianie się myśli, przejrzystość, która je postrzega i rozumie, wreszcie nieograniczoność, w której znowu znikają. Stopniowo sam fakt, że możemy mieć myśli, formułować je czy też doświadczać najróżniejszych uczuć – sama moc, bogactwo i potencjał umysłu staną się najważniejsze. Samo zwierciadło będzie bardziej istotne niż nieprzyjemne bądź przyjemne obrazy pojawiające się na jego powierzchni.

Chociaż często udzielam wam nauk absolutnych, nie wszystkie zawarte w nich idee pozostają aktualne na poziomie relatywnym. Przez długi czas jesteśmy przekonani, że projekcje naszego umysłu są rzeczywiste. Tak długo, jak nie doświadczamy jasności umysłu pomiędzy naszymi myślami i uczuciami, w nich i za nimi, łatwiej jest nam przebudzić się z dobrego snu niż ze złego. Znacznie prościej jest rozpoznać jego naturę, jeśli jest pełen psychologicznego nadmiaru i dobrych uczuć, niż wtedy, gdy wypełniają go głównie neurozy i lęki. Kiedy tylko zaczynamy być świadomi tego, kto wytwarza myśli i tego, kto je postrzega, stają się one czymś fantastycznym. Wyrażają potencjał umysłu. W takiej sytuacji nie jesteśmy już zwykłą osobą, która idzie do kina z nadzieją, że film będzie dobry. Jesteśmy właścicielem kina, dla którego nie jest tak ważne, co właśnie grają. Istotne jest, że w ekranie nie ma dziur, a projektor działa. Zatem z pewnego punktu widzenia najważniejsze jest to, że umysł pozostaje promienny, posiada moc i pozwala rzeczom się wydarzać. Wtedy wszystko, co się dzieje, jest wspaniałe. Istnieje stan, w którym starość, choroba i śmierć są równie interesujące, jak młodość, radość i miłość. Pierwsze ukazują wyłanianie się rzeczy z przestrzeni umysłu, drugie zaś ponowny ich powrót do niej. Jeśli na przykład zaczniecie podejmować działania, których nie powinniście, NATO zacznie was bombardować i bomby wylądują akurat tutaj, z jednej strony oczywiście będzie to tragedia – tylu inteligentnych, młodych ludzi... Z drugiej zaś, przemieszczanie się fragmentów metalu i części ciał, we wszystkich kierunkach, potwierdzi całkowicie prawa dynamiki i ruchu przedmiotów w przestrzeni. Jest to kwestia punktu odniesienia, z którego patrzy się na rzeczy – pewnej ilości przywiązania lub wolności od niego. Chciałem o tym krótko wspomnieć, ponieważ mogłoby nam to po drodze umknąć, a jest to istotny punkt.

Zadajmy sobie pytanie, dlaczego ludzie medytują? Jeśli dokonamy odkrycia, że sami tworzymy własne szczęście i cierpienie, że o tym, czy szklanka jest w połowie pusta czy w połowie pełna decyduje nasz umysł w oparciu o tkwiące w nim głęboko nawyki, wówczas możemy podjąć decyzję o rozpoczęciu z nim pracy. Jak się jednak do tego zabrać? Porównajmy przestrzeń umysłu do kogoś, kto nieustannie tańczy – jeżeli spróbujemy zrobić mu makijaż, wówczas usta namalujemy zapewne na policzku, a rzęsy na czole, ponieważ ten ktoś jest wciąż w ruchu. Jeśli natomiast uda nam się umysł „posadzić”, utrzymać go w jednym miejscu, wtedy będziemy mogli doświadczać takich wrażeń, jakich zechcemy, będziemy w stanie umalować go tak, jak nam się będzie podobało. Tak to wygląda na poziomie relatywnym.

Na poziomie absolutnym natomiast nie istnieje żadne oddzielenie pomiędzy przestrzenią i energią w nas, a przestrzenią i energią wszędzie. Okazuje się, że przestrzeń nie jest czarną dziurą lub oddzieleniem pomiędzy nami. To raczej pojemnik, w którym wszyscy się znajdujemy lub coś, co umożliwia nam komunikację. Oznacza to, że dzięki przestrzeni jesteśmy naprawdę zjednoczeni i złączeni ze wszystkim, a oświecenie jest rzeczywiście naszym naturalnym stanem. Z poziomu absolutnego zobaczymy również, że jeśli potrafimy potraktować umysł jak filiżankę kawy, którą przestało się potrząsać, czy pozwolimy przeszkadzającym uczuciom opaść w umyśle tak, jak ziarna pyłu opadają na dno w szklance mętnej wody, powierzchnia kawy zacznie sama z siebie odbijać rzeczy, a woda w szklance stanie się przejrzysta. Medytacja jest więc procesem, który nas uszczęśliwia. Dlatego tak cenny jest czas, który na niej spędzamy – kiedy spoczywamy w naszej prawdziwej esencji i czujemy się w niej jak w domu. Jednocześnie bardzo ważna jest motywacja, z jaką medytujemy. W latach siedemdziesiątych, gdy jeździliśmy bardzo wolnymi samochodami, w Niemczech, na tyłach ciężarówek z cementem zauważyłem napisy: „Liczy się konkret – to, co z tym zrobisz”. Teraz autobusy jeżdżą tak szybko, że nie można już przeczytać podobnych napisów – nie wiem nawet, czy jeszcze istnieją. Tak czy inaczej, to samo dotyczy medytacji – chodzi o to, co z niej zrobimy. Dlatego istotne jest, jaką mamy motywację.

Dzięki medytacji stajemy się na przykład cierpliwsi, bo uzyskujemy w umyśle więcej przestrzeni. Wcześniej potrafiliśmy dostrzec tylko jedną rzecz i byliśmy jak byk stojący przed oborą, który widzi, że jej wrota są zamknięte. Teraz pomyślimy: „Może są jeszcze jakieś drzwi z tyłu, a może pójdę zupełnie gdzie indziej lub też rozwalę tę głupią oborę”. Cierpliwość jednak cierpliwości nie równa. Jest jeden bardzo dobry jej rodzaj, który zawsze nam się podoba – kiedy przy każdej naszej przeprowadzce, nawet jeśli kolejne mieszkanie jest na piątym piętrze, kilku przyjaciół przychodzi, by pomóc nam wnieść na górę fortepian. Jest też cierpliwość innego rodzaju – przypomina ona wytrwałość kota, który siedzi nieporuszony i czeka, aż mysz wysunie swój nosek z dziury. Czekanie, aż ktoś popełni błąd, to niespecjalnie pozytywna postawa. Naprawdę ważne jest więc, co zrobimy z medytacją. Znam ludzi zajmujących się medytacją transcendentalną, którzy mówią: „Nie ważne, co myślisz – powinieneś tylko używać mantr”. Jako buddyści nie zgadzamy się z takim podejściem. Dla nas droga musi być bardzo jasna.

Na początku, co jest zgodne ze zdrowym rozsądkiem, potrzebujemy czegoś, co będzie podporą i zabezpieczeniem medytacji. Potrzebujemy poglądu. Musimy dokładnie zdać sobie sprawę z tego, dokąd chcemy dojść i co się naprawdę z nami dzieje na ścieżce. Jeżeli będziemy sprawdzać uzyskane informacje, nasz pogląd stopniowo się umocni. Następny krok to praktyka, która sprawia, że doświadczamy rzeczy, których się nauczyliśmy i które zrozumieliśmy. W końcu powinniśmy to wszystko scalić przy pomocy działania. Polega ono na ciągłej weryfikacji rezultatów, pojawiających się dzięki poglądowi i medytacji – na przyglądaniu się, jaki mają one wpływ na świat. Można to robić na wiele sposobów. Nas interesują głównie wartości psychologiczne. Ponieważ buddyzm jest zjawiskiem dość nowym w naszych krajach, dopiero odkrywamy, jak stosowanie metod pomaga lepiej żyć nam i tym, którzy nas otaczają. Istnieją jednak również takie kultury, jak na przykład chińska, które używają ich w sposób całkowicie chłodny, bez żadnych sentymentów. Ludzie ci mówią prosto z mostu: „Budda jest najlepszym bankiem” – wiedzą, że wszelkie pieniądze ofiarowane na ośrodek w krótkim czasie wrócą do nich zwielokrotnione, ponieważ sprawdzali to przez ponad piętnaście stuleci. Tak już tam jest. Oczywiście to miłe, że na Zachodzie poszukujemy szczególnie rezultatów w sferze psychologicznej, ale pożyteczne jest również to, że coraz bardziej otwieramy się na aspekt materialny. Stopniowo pojawiają się bardzo mili ludzie, którzy uważają za zupełnie naturalne pomaganie lokalnym ośrodkom, a także od czasu do czasu mnie. Nigdy nie prosiliśmy o pieniądze, nigdy nie naciskaliśmy i nigdy nikogo do niczego nie zmuszaliśmy. Dlatego pojawiającą się naturalnie otwartość, jeśli chodzi o sprawy materialne, uważam za oznakę zdrowo przebiegającego rozwoju. Ludzie odkrywają, że buddyzm działa i pragną go wspierać. Dla Duńczyków prośba o pieniądze jest kompletnie nie do pomyślenia – wprawia nas w zakłopotanie; naprawdę czulibyśmy się z tym źle. Dobrze więc, że odbywa się to spontanicznie.

Owe trzy rzeczy – informacja, medytacja i działanie czy też „utrzymywanie poziomu” – składają się na narzędzia pracy nad naszym wewnętrznym życiem. To one dają nam siłę, by lepiej żyć, lepiej umierać i lepiej się odradzać – zmieniają naszą egzystencję w coś naprawdę sensownego. Zapytajmy teraz, od czego zaczyna się rozwój? Odpowiedź brzmi: od zrozumienia przyczyny i skutku. Możliwe, że obecnie niezbyt nas to interesuje, że bardziej inspirują nas nauki o bogatym życiu wewnętrznym i najwyższym, wyzwalającym poglądzie. Aby jednak osiągnąć spokój, który jest punktem wyjścia dla naszego rozwoju, musimy zacząć od pomniejszenia naszego cierpienia. Jeśli nieustannie uciekamy przed nim, nie osiągamy spokoju potrzebnego do rozwijania życia wewnętrznego. W którymś z żywotów, aby uzyskać nadmiar pozwalający nam na wzrost, musieliśmy odkryć, że pewne myśli, słowa i działania przynoszą nieprzyjemne skutki. To właśnie jest zwrot, od którego wszyscy wcześniej czy później zaczynamy. Również w obecnym życiu, nawet jeśli nasz umysł osiągnął szczególnie wysoki wgląd, powinniśmy kontrolować się od czasu do czasu – musimy sprawdzać, czy naprawdę potrafimy unikać kłopotów i czy nasz rozwój jest zdrowy. Jest to zatem ważniejsza kwestia, niż nam się wydaje. Buddyzm zaczyna się od przyjęcia odpowiedzialności za siebie. Nieczęsto o tym słyszymy. Zwykle mówi się nam, że za nasze kłopoty odpowiada społeczeństwo, rodzice, kapitalizm, komunizm lub jakiś człowiek. Zwłaszcza dopóki jesteśmy dziećmi lub jesteśmy bardzo młodzi, a przy tym nie możemy sobie wyobrazić poprzednich żywotów, nie jesteśmy w stanie znaleźć żadnej przyczyny cierpienia. W sposób naturalny myślimy, że musi ono być błędem kogoś innego. Nigdy nie pozwalajmy sobie na takie poglądy, ponieważ staniemy się zupełnie niezdolni do jakiegokolwiek konstruktywnego działania i całkowicie zniewoleni.

Potencjalnych przyczyn cierpienia na świecie nie jest aż tak wiele. Niektórzy twierdzą, że nie ma przyczyny i skutku – nie jest to jednak przekonujące. Spróbujcie nalać wody do baku waszego samochodu i pojechać nim do domu. Inny uważają, że istnieje jakiś bóg o kiepskim poczuciu humoru, który jest odpowiedzialny za wszystkie cierpienia, które nas spotykają. To dość dramatyczny pogląd. Bez względu na to, czy lubicie bogów, czy też nie – sam raczej za nimi nie przepadam – trudno wyobrazić sobie, że naprawdę wyrządzają światu całe to zło, które widzimy – to raczej wykluczone. W rzeczywistości jedyną szansą, jaką mamy na rozwój, pracę nad naszym życiem i uzyskanie właściwych rezultatów, jest przeświadczenie, że wszystko, co nam się przytrafia, ma związek z nami, że jest połączone z tym, co zrobiliśmy, pomyśleliśmy i powiedzieliśmy – jeśli nie w tym życiu, to w jednym z poprzednich żywotów. Kiedy rozwiniemy taki pogląd, rzeczy będą przedstawiać się inaczej, a my będziemy w stanie coś z nimi zrobić, zmienić je. Zachodnie przekonania, religia oparta na wierze w stwarzającego, sądzącego i karzącego boga – wszystko to nie brzmi dla buddysty przekonująco. Przyjmując je, musielibyśmy uznać, że jesteśmy po prostu źli. Nie sądzę, by komuś naprawdę to odpowiadało. Buddyzm posiada zupełnie odmienne podejście do naszych błędów. Uważamy, że popełniamy je nie dlatego, że jesteśmy źli, ale z powodu nieznajomości prawdy o przyczynie i skutku. Pozwala to nam pracować z trudnymi sytuacjami. Niewiedzę można usunąć. Jeśli już przyjmiemy, że jesteśmy odpowiedzialni sami za siebie, że wszystko, co się nam przydarza, ma jakiś związek z działaniami które wykonujemy, naszym następnym krokiem będzie zidentyfikowanie tych słów, myśli i czynów, które sprawiają nam niechciane kłopoty. Budda daje w związku z tym rozmaite rady. Nie są niczym szczególnym, sprowadzają się do zwykłej psychologii. Odnajdziecie je w chrześcijaństwie, a także w innych religiach i światopoglądach. W przypadku buddyzmu szczególną cechą jest jednak to, że nauczyciele traktują tu uczniów jak ludzi dorosłych. Bez grożenia palcem i moralizowania stwierdzają po prostu: „Jeśli zrobisz to, oczekuj takiego rezultatu, jeśli tamto, innego. Wybór należy do ciebie”.

Wyjaśnienia dotyczące przyczyny i skutku – tego, jakie efekty mogą spowodować nasze myśli, słowa i działania – są rzeczywiście bardzo użyteczne. Gdy raz zrozumiemy, że zabijanie, kradzież i raniące zachowania seksualne przynoszą kłopoty, że kłamstwo, oszczerstwo, plotkarstwo i budzenie lęku, poprzez ostre słowa, również nie prowadzą do dobrych skutków, a nienawiść, gniew i pomieszanie są uczuciami powodującymi wiele problemów, nie będziemy chcieli mieć z nimi nic wspólnego. To właśnie robimy na pierwszym poziomie praktyki, zwanym medytacją uspokojenia. W sanskrycie znana jest ona jako siamatha, a po tybetańsku jako szine. Kiedy powstrzymujemy i uspokajamy nasz umysł, zaczynamy dostrzegać, jak uczucia pojawiają się w nim, rozgrywają, próbują sprowokować nas do działania, a potem z powrotem w tym samym umyśle znikają. Ten rodzaj medytacji powoduje, że nasza uwaga zostaje skierowana na aktywność naszego ciała, mowy i umysłu. Jej celem jest stworzenie odpowiedniego dystansu, byśmy mogli uzyskać takie rezultaty, których chcemy i uniknąć tych, które są niepożądane. Ten rodzaj praktyki może okazać się jednak niewystarczający, by niektórzy ludzie nauczyli się unikać skrajnego trybu życia i związanych z nim przyszłych kłopotów. Ci właśnie będą chcieli ograniczyć swą wolność w sposób bardziej drastyczny – zostaną mnichami lub mniszkami. Wiąże się z tym brak życia nocnego i wiele innych wyrzeczeń.

Jeśli jednak ludzie potrafią w taki, czy inny sposób, odnaleźć spokój, nie muszą posuwać się do równie ostatecznych kroków. Wystarczy unikać zabijania, szkodzącego innym kłamstwa lub kradzieży, a także łamania serc, jeśli nie jest to konieczne; można też nie upijać się, nie brać narkotyków, nie zachowywać się głupio, nie tracić nad sobą kontroli. Te pięć zasad, nawet jeśli stosujemy się tylko do niektórych z nich, to aż nadto dla większości ludzi. Tak czy owak, stanowią one podstawę rozwoju – jeśli w podłodze nie ma wielu dziur, nie wpadniemy do piwnicy. Dobrze pamiętać na przykład, że ludzie czynią i mówią większość głupstw pod wpływem środków odurzających. Jeśli się je odstawi lub używa się ich w stopniu, który umożliwia i kontrolę, i zabawę, to usuwa się wielkie źródło cierpienia. Na pewnym poziomie takie postępowanie jest po prostu inteligentne. Nadmiar, który powstaje, rozwój, który następuje, gdy nie przebywamy już razem w jednym wielkim przedszkolu, ciągnąc się nawzajem za włosy i wrzeszcząc, lecz zaczynamy zachowywać się jak dorośli, jest początkiem bogatego życia wewnętrznego. Weźmy na przykład grę w kasynie. Jeśli po prostu unikamy działań ryzykownych – raniących i szkodliwych – wykorzystujemy tylko cząstkę całego naszego potencjału. W swój rozwój wkładamy tylko niewielką ilość energii, jak ktoś, kto grając w ruletkę, stawia dziesięć lub piętnaście złotych. Wówczas wygrywamy kilkaset złotych – nie jest to nic oszałamiającego i wzbogacenie się w ten sposób zabierze nam sporo czasu. Z drugiej strony, jeśli postawimy całe nasze życie wewnętrzne, nasze współczucie, naszą mądrość, życzenia, wszystkie marzenia o szczęściu, wtedy gra wygląda inaczej. Koło się obraca, kulka się toczy, my mamy dużo pieniędzy i dużo możemy wygrać. Kiedy więcej inwestujemy, więcej też zyskujemy. Jeśli nas na to stać, możemy zacząć robić, myśleć i mówić rzeczy, które powinny przynieść pożytek innym. Możemy zacząć dostrzegać, iż świat jest jak wielki zbiorowy sen, zawierający wiele prywatnych snów. Widzimy, iż na ów świat, którego doświadczamy jako rzeczywistego, nie składa się ani jedna trwała cząstka, z której coś prawdziwego mogłoby powstać. Przypomina to włoską ekonomię. Jeżeli nie macie jednego lira, nie możecie też mieć miliona. Wszystko jest iluzją. W tym zbiorowym śnie wszelkie, wyłaniające się z naszego umysłu, zjawiska pozbawione są jakiegokolwiek trwałego istnienia. Istoty pragną oczywiście szczęścia i chcą uniknąć cierpienia, a my próbujemy im w tym pomagać. Wszystko, nad czym pracujemy, zmienia się nieustannie i przemija, jednak poprzez wystarczająco inteligentne działania mamy szansę przebudzić ludzi – sprawić, by stali się świadomi tego, kto śni, doświadcza i wie.

Tutaj pojawia się drugi poziom praktyki, na którym myślimy o wszystkich istotach, a nie tylko próbujemy unikać własnych problemów. Również medytacja działa tu inaczej. Nie staramy się już tylko wytworzyć dostatecznej ilości przestrzeni, by radzić sobie z rzeczami – staramy się raczej dobrze ukierunkować moc, którą uzyskaliśmy. Dlatego powinniśmy rozpoczynać medytację życzeniem osiągnięcia oświecenia po to, by przynosić pożytek wszystkim. Widzimy, że dopóki sami jesteśmy pomieszani i słabi, nie jesteśmy w stanie pomóc innym. Aby móc to robić, sami musimy najpierw się wzmocnić. Na tym poziomie także kończymy medytację przy pomocy silnych życzeń – dzielimy się z innymi całym dobrem, wszystkimi pozytywnymi wrażeniami, które właśnie powstały. W Wielkiej Drodze jest to bardzo ważne. Opakowanie jest więc tutaj ważniejsze od zawartości – zaczynamy praktykę od życzeń, byśmy byli w stanie przynosić pożytek innym i kończymy ją dzieląc się z nimi zasługą.

Jak utrzymywać ów poziom, niezależnie od tego, czy medytacja, którą wykonujemy jest konceptualna, czy bardziej emocjonalna? Na poziomie, na jakim usiłowaliśmy uniknąć kłopotów w wymiarze praktycznym, uważaliśmy na to, co myślimy, mówimy i robimy. Na drugim poziomie, na którym staramy się podtrzymać uczucie ciepła, współczucia, ważną rzeczą jest unikanie gniewu. Gniew to dla naszego wewnętrznego bogactwa coś najgorszego. Kiedy to mówię, niektórzy z was mogą pomyśleć: „Ole nie wygląda na wypłoszonego. Nie miałbym nic przeciwko temu, by stał w walce obok mnie”. Rozumiem to. Nawet w tym wypadku jednak nie byłbym gniewny. Ludzie, którzy atakują i ranią, są raczej pomieszani niż źli. Oczywiście trzeba ich powstrzymywać – dawanie komuś liny, by się powiesił, nie ma nic wspólnego ze współczuciem. Powinniśmy do nich także podchodzić bez nadmiernych emocji, ponieważ nie zdają sobie sprawy, w jakie kłopoty sami się pakują. Tutaj my, Duńczycy, znamy parę dobrych środków. Jeśli nawet niepokoiliśmy sporą część cywilizowanego świata tysiąc lat temu, od tamtej pory zdążyliśmy pewne sprawy przemyśleć. Jedno z naszych przysłów głosi: „Małe psy szczekają, duże nie muszą”. Każdy przecież wie, że są duże. Mamy też powiedzenie: „Mów łagodnie i trzymaj duży kij”. W naszej kulturze wyrażanie gniewu postrzegane jest jako oznaka słabości. Człowiek silny nie musi wpadać w gniew – po prostu robi to, co chce. Unikanie agresji – nie mocnych, zdecydowanych i przejrzystych działań, lecz destruktywnego, przeszkadzającego uczucia – to sposób na utrzymanie drugiego poziomu. Gniew nie jest naszym przyjacielem i trzymanie się od niego z daleka jest czymś bardzo pożytecznym. Możecie rozbijać ludziom nosy, jeżeli nie ma innego wyjścia, ale nie róbcie tego, dlatego że ich nie lubicie. Powinniście zachowywać się raczej jak doktor chcący uniknąć większych problemów w przyszłości. Jeżeli macie taką motywację, wasze zdecydowane postępowanie nie będzie złe.

Cały nasz potencjał angażujemy jednak w ruletce dopiero wtedy, gdy włączymy do gry poziom tajemny. Tylko wtedy, gdy zainwestujemy naszą fantazję, nasze marzenia, idealizm, głębokie życzenia, stawka będzie rzeczywiście wysoka. A wtedy, w przypadku wygranej, pięciu wielkich ludzi będzie taczkami wywozić za nami z kasyna złote dolary, aż w końcu na drzwiach umieszczony zostanie napis: „Bank rozbity”! Jeśli rzeczywiście nauczycie się dostrzegać coś sensownego, czystego i dobrego w każdej istocie i w każdej sytuacji, wówczas uzyskacie ogromną siłę, a wasze życie będzie coraz lepsze. Musicie tylko sprawić, żeby okres pomiędzy medytacjami był coraz bliższy samej medytacji. Na początku oczywiście, kiedy zaczynacie praktykować, czujecie się dość dobrze. Potem pojawia się efekt jojo – wzloty, upadki, miłość, nienawiść... Zmuszacie się do medytacji, ale po okresie spokoju znowu następują wzloty i upadki... Znów uzyskujecie trochę spokoju, lecz w pewnym momencie nagle przestajecie medytować i po raz kolejny tracicie grunt pod nogami. Stopniowo intensyfikują się stany wchłonięcia i błogości, ale nie jest to rzecz najważniejsza. Najważniejsze jest to, że czas pomiędzy medytacjami zaczyna coraz bardziej przypominać samą medytację. Doświadczenie przestrzeni umysłu przepływa pomiędzy jedną sesją a drugą, strumień przeżyć staje się coraz bardziej podobny do medytacji. Naprawdę lubię wyczytywać to z waszych listów. Najpierw jedziecie do Niemiec, pracujecie na czarno, próbujecie zarobić trochę pieniędzy ryzykując, że w każdej chwili mogą was złapać. Potem wracacie do domu, odnajdujecie swoje korzenie, zaczynacie się organizować. Nadal przeżywacie wzloty i upadki, ponieważ nadal jesteście zależni od tego, co zewnętrzne. Ale wreszcie stopniowo pojawia się w waszym umyśle coraz więcej spokoju i nadmiaru radości, ponieważ rozumiecie, że schronieniem jest wasz własny umysł, że na zewnątrz nie ma niczego, na czym można by się oprzeć. Przez całe lata możecie mieć dobrego partnera, doskonale wychowywać dzieci, lecz gdy odchodzicie, odchodzicie sami. Jedynym schronieniem jest ponadczasowy aspekt umysłu.

Kiedy przestajemy już być zależni od zewnętrznych zjawisk – młodości, pieniędzy, partnerów itd. – i zainteresujemy się tym, co świadome, wtedy przechodzimy ze stanu, w którym byliśmy rzeczywiście pokrzywdzeni, zależni i niezaspokojeni, do stanu, w którym jesteśmy bogaci i możemy zacząć dawać. Wówczas spotykając partnera, nie myślimy już: „Czy nadal będziesz mnie kochać, gdy będę miał 64 lata”, ale: „Czy nadal będę mógł sprawić, że będziesz szczęśliwa, gdy będę miał 64 lata” lub „jak będę mógł przyczynić się do tego, że będziesz szczęśliwa, kiedy będziemy mieli 64 lata”. Ze stanu, w którym jesteśmy zależni i próbujemy zawsze znaleźć dla siebie zewnętrzne gwarancje, w którym jesteśmy jak księżyc pozbawiony własnego światła, przechodzimy do takiego, w którym stajemy się jak słońce, dzięki własnej mocy promieniujące na wszystkich. Odnalezienie mocy, którą mamy wszyscy, odnalezienie esencji i przekazywanie jej – to jest właśnie ważne. Dzieje się tak, gdy w kasynie naszego umysłu wygrywamy każdą złotówkę, gdy zgarniamy po prostu wszystko. Tak powinna wyglądać nasza droga. Widzimy w sobie siłę, rozumiemy, że wszystkie te wspaniałe rzeczy możemy dostrzec w innych, ponieważ sami mamy je w swoim wnętrzu. W naszych związkach jesteśmy więc nastawieni coraz bardziej na dzielenie się, dawanie. Pragniemy sprawiać, byśmy dzięki sobie nawzajem stawali się coraz to wspanialsi, silniejsi i potężniejsi. Nie próbujemy natomiast się zabezpieczać, nie mamy oczekiwań, nie myślimy o tym, co się wydarzy później; jesteśmy bogaci już tutaj i teraz. To jest wspaniałe. Jeżeli potrafimy włączyć to w medytację, wszystko czego będziemy doświadczać będzie naprawdę niezwykłe.

Jeśli chcemy odkryć nasze bogactwo na tajemnym poziomie, przede wszystkim musimy zrozumieć umysł – to, że jest w swej prawdziwej naturze doskonały, otwarty jak przestrzeń i dlatego niezniszczalny. Ponieważ jest bogaty, promiennie przejrzysty i świadomy, nieustannie doświadcza radości, a ponieważ nie ma ograniczeń i kresu, jest z natury dobry i działa dla pożytku innych. W rzeczywistości poprzez medytację i praktykę uczymy się być przestrzenią – tą pomiędzy myślami, za myślami, tą, która zna myśli. Uczymy się spoczywania w świadomości, jesteśmy tym, co zna i rozumie jej projekcje, a przy tym nie ulegamy nadziejom lub lękom. Niczego nie chwytamy i niczego nie odpychamy. To jest wielka rzecz. Jeśli to potrafimy, wszystko w naszym życiu będzie podarunkiem. Będziemy nieustraszeni, ponieważ naszej prawdziwej natury, przestrzeni pomiędzy myślami, nie można zranić. Posiadając pewność, że umysł jest niezniszczalny, patrzymy na świat z pozycji człowieka bogatego, a nie biednego. Nasze podejście zmienia się z „albo – albo” na „zarówno to, jak też tamto”. To oznacza prawdziwą moc. Gdy rozpoznajemy, że umysł nie ma granic, zaczynamy promieniować miłością w jej najzdrowszej postaci – tą obdarzającą, o której mówiłem wcześniej. Wówczas spotykamy się i wzbogacamy się wzajemnie, a nie stajemy się zależni i coraz bardziej ubodzy. Ta miłość jest prawdziwym doświadczeniem, oznacza dzielenie się z innymi wszystkim, czym możemy, tutaj i teraz. Jest ona współczuciem – po prostu dajemy nie oczekując niczego w zamian. Nie chcemy, żeby stawali się zależni, lecz żeby się rozwijali. Chodzi tu o radość współodczuwania.
W średniowiecznych pieśniach niemieckich znaleźliśmy piękne słowo: „Minnesänger” (piewca miłości). We Francji pieśniarzy tych nazywano trubadurami. Słowo to powiązane było z „Mitfreude” (współradość), kiedyś używanym, ale zapomnianym. Odkurzyliśmy je i teraz przydaje się w książkach buddyjskich. Bardzo dobrze wyraża to, że możemy być szczęśliwi, tylko dlatego, że dzieje się coś dobrego – nawet jeśli nie ma to z nami bezpośrednio nic wspólnego. Jesteśmy szczęśliwi po prostu z tego powodu, że wydarza się coś dobrego. Mogę powiedzieć wam jako człowiek Zachodu, że gdy upadł u was komunizm, byliśmy naprawdę szczęśliwi. I to nie dlatego, że spodziewaliśmy się, iż będziemy mogli mniej płacić na rzecz NATO. Cieszyliśmy się, że teraz ludzie za żelazną kurtyną będą mogli podróżować, jeść barszcz, w którym nie ma mikrofonów. Że będziecie mogli cieszyć się wolnością, do której my byliśmy przyzwyczajeni. Anglicy określają to uczucie jako „sympathetic joy” (radość współodczuwania), świetnie wyraża to także dawne niemieckie słowo „Mitfreude”.

I wreszcie mamy ostatnią doskonałą właściwość, być może nieco trudną do zrozumienia. Nazywa się ona równością. Słyszymy czasami o ludziach nieprawdopodobne rzeczy. Mao Tse Tung wymordował 65 milionów Chińczyków, Stalin zabił 30-50 milionów ludzi, Hitler 25 milionów (wliczając poległych na frontach), Beria, Homeini i inni mieli podobne „osiągnięcia” – jeśli zastanowić się nad tym wszystkim, co zrobili, po prostu nie mieści się to w głowie. Mimo to musimy jednak zrozumieć, że z buddyjskiego punktu widzenia nawet oni mają naturę buddy, że poza całym tym szaleństwem w ich umysłach znajduje się przejrzyste światło i możliwość rozwoju. Gdy za pięć eonów staną się więc robakami na ulicy, nie powinniśmy ich rozdeptywać, lecz przełożyć na trawnik. Ta czwarta cenna właściwość umysłu zwana równością to zrozumienie, że świadomość każdej istoty jest przejrzystym światłem i że można je rozpoznać.

Na najwyższym poziomie identyfikacji z naturą buddy niektóre medytacje pracują z umysłem poprzez jego aspekt energii. Należy do nich stosowana przez nas medytacja przejrzystego światła i poła. Te dwie metody można umieścić poza hierarchią nauk i używać ich w codziennym życiu. Są też praktyki uspakajające i osadzające umysł, które budzą prawdziwą przejrzystość i świadomość. W końcu mamy drogę identyfikacji, na której wciąż od nowa budujemy wyobrażenie buddów lub naszego nauczyciela, stwarzamy pomost wibracji pomiędzy nimi a nami, rozpuszczamy je w światło, ono z kolei stapia się z nami aż rozpuszczają się wszystkie formy, wreszcie pozostaje tylko świadomość – promienna i naga, nie potrzebująca żadnego oparcia. Wszystkie te metody są niezwykle skuteczne. Jak ten poziom zabezpieczyć? Musimy zrozumieć, że nasze zwykłe doświadczenia są znacznie bardziej subiektywne niż się nam wydaje i zależą od naszego zaplecza – wykształcenia, rodziny, rasy, kraju, z jakiego pochodzimy. Sami „zabarwiamy” rzeczy, które widzimy, coś dodajemy, coś ujmujemy. Dwa lata temu Niemcy przeprowadzili wielki eksperyment, o którym pisano później w czasopismach psychologicznych, a nawet w popularnych gazetach. Stwierdzili, że ludzie doświadczają około 20 proc. tego, co się rzeczywiście wydarza. Pozostałe 80 proc. to dodatek, związany z ich kulturą, stanem umysłu i uczuciami. Można by więc pomyśleć: „OK, musimy żyć bez pojęć absolutnych. Nie ma niczego, czemu moglibyśmy ostatecznie zaufać. Chodzi tylko o znalezienie czegoś, na co mogłaby się zgodzić większość ludzi, nie ma nic poza tym”.

W rzeczywistości jednak wszystko ma naturę prawdy. Przestrzeń, w której istniejemy, obejmuje nas, a nie oddziela. I jeśli rzeczywiście chcemy rozpoznać prawdę, która jest wszędzie, musimy tylko spojrzeć na zjawiska we właściwy sposób. Jeśli myślimy, że istnieje jakaś prawda pośrodku, z różowymi snami na górze i czarnymi depresjami na dole, wtedy nie znajdziemy niczego trwałego. Jeśli jednak spojrzymy na świat inaczej, wówczas zobaczymy, że gdy w jednym miejscu i czasie zejdzie się najwyższa prawda, radość, miłość, współczucie, mądrość i wgląd, doświadczymy czegoś całkowicie ponadosobistego, czegoś czemu będziemy mogli zaufać. Im lepiej się czujemy, tym bardziej zbliżamy się do tego, co ostatecznie prawdziwe. Powinniśmy o tym wiedzieć, ponieważ wtedy łatwiej nam będzie obudzić w sobie współczucie i mądrość – narzędzia przynoszenia pożytku innym. Unikanie ranienia innych i pomaganie im, stanie się dla nas czymś zupełnie naturalnym. W ten sposób najwyższy pogląd wyzwala wszystko.

Opracowanie: Ar­tur Przy­by­sław­ski

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Budda w Silicon Valley - Lama Ole Nydahl | O medytacji - Lama Ole Nydahl | Guru joga - Dilgo Czientse Rinpocze | Pieśń oddania - Dziamgon Kongtrul Lodro Thaje | Bohater Marpa - Wywiad z Lamą Ole Nydahlem | Mar­pa | Siedem Rozkoszy - Gotzangpa | Sześć wyzwalających działań - Lama Ole Nydahl | Współczujące działanie - 16 Karmapa | Nie ma prywatnych stanów umysłu - Karol Ślęczek | Praca z emocjami - Gerd Boll | O Wojtku co tak pięknie pudże śpiewał co tak pieknie pudże spiewal - Z Wojtkiem Tracewskim rozmawia Rafał Żwirek | Benalmadena Story - impresje budowlańca, podróżnika - Żwirek - Rafael Horhe Mendoz | Gdańsk - Adam Jankiewicz | Ziemia w Malborku - Ka­sia Do­ma­lew­ska, Ja­rek Fal­kow­ski | W grodzie Kraka i Karola - Krakowska Sanga | Dharma w Beskidach - Wiadomości z dziedziny nieruchomości | The Stupa House Courier - Jaś Wój­cik | Cytat - Dziamgon Kongtrul Lodro Taje | Szine - Hannah Nydahl |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: