DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 33 -> Jeżeli jestem potrzebny

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Jeżeli jestem potrzebny

Wywiad z dr. Mitchenem Levy, buddystą i lekarzem XVI Karmapy Rangdziung Rigpe Dordże, przeprowadzony w dniu śmierci Karmapy 5 listopada 1981 roku.

Kiedy XVI Karmapa umierał, jeden z uczniów siedział smutny przy jego łóżku. Karmapa spojrzał na niego
ze współczuciem, pogłaskał go po głowie i powiedział: „Wiesz, kiedy umierasz,
nic się nie wydarza”


Po raz pierwszy spotkałem Jego Świątobliwość w maju 1980 roku. Miał raka i przyjechał do Ameryki, żeby się leczyć i sprawdzić, czy nie ma przerzutów. Rak był „dodatkiem” do cukrzycy, na którą cierpiał przez większość swojego życia. Byłem jego głównym lekarzem. Zbadaliśmy go dokładnie. Z punktu widzenia Karmapy pobyt w szpitalu był po prostu zwykłym zajęciem, kolejnym doświadczeniem, sprawdzeniem, czy choroba zabije go czy nie. W pewnym sensie nie stanowiło to dla niego żadnej różnicy. Równie dobrze moglibyśmy rozmawiać o rosole.
Od tego czasu, aż do momentu jego śmierci rok później, przez cały czas towarzyszyła nam niezwykła atmosfera jego wspaniałej i wszechogarniającej obecności. Nawet gdy doświadczał wielkiego bólu, jego ciepło i przejrzystość umysłu pozostawały niezmienne. To było bardzo proste. Ilekroć pytałem: „Czy czujesz ból w tym miejscu?”, Jego Świątobliwość tylko uśmiechał się i odpowiadał niezmiennie: „Nie, tu nic nie czuję”. „A tutaj?”, pytałem, a on mówił jedynie: „Nie, nie, tu nic nie czuję”. Ciągle od nowa zatapialiśmy się w nieograniczoności jego umysłu. Karmapa nigdy nie „zawężał” sytuacji i nie koncentrował się na samym sobie. Podobnie działo się, kiedy uczniowie pytali go o postępy w praktyce, bo mieli wrażenie, że nie zaszli w niej daleko. Wówczas Karmapa uśmiechał się tylko do nich. Dokładnie to samo wydarzało się, gdy pytaliśmy: „Boli?”. A Jego Świątobliwość tylko się uśmiechał i zatapialiśmy się w tej samej przestrzeni.
Myślę, że obcowanie z Karmapą było bardzo pouczające dla całego personelu medycznego, który się nim zajmował. Wszyscy, zarówno buddyści jak i nie-buddyści, wiedzieliśmy, że dla Jego Świątobliwości nie istniały żadne granice, nawet w medycynie czy sprawach dotyczących ciała. Nigdy nie usłyszeliśmy od Karmapy słów: „Tak, tu mnie boli”. Martwiliśmy się tym i jednocześnie byliśmy pełni podziwu. Proces jego umierania stał się po prostu kolejnym narzędziem pracy dla innych i pomagania im. Byliśmy oczarowani jego postawą i jednocześnie zdezorientowani, ponieważ to, co działo się z nim i wokół niego było sprzeczne z naszymi oczekiwaniami. Byliśmy pełni podziwu dla jego ciepła i nieustannej troski o innych, niezależnie od tego, czego doświadczał sam. Tak było aż do momentu jego śmierci. Przy okazji badań, zadawałem Karmapie różne pytania, a on tylko odpowiadał „tak” lub „nie”. Na koniec powiedział: „Jest jedna bardzo ważna sprawa, którą musicie zrozumieć. Jeżeli jestem potrzebny tutaj, by nauczać czujące istoty, jeżeli nadal mam pracę do wykonania, żadna choroba mnie nie pokona. A jeżeli już dłużej nie jestem tutaj tak naprawdę potrzebny, możecie mnie nawet przywiązać, i tak nie zostanę na tej ziemi”.

Hongkong
Drugi raz spotkałem Jego Świątobliwość w Honkongu, kilka miesięcy później. Zaskoczyło mnie, jak bardzo schudł, o ile był słabszy i bardziej chory. Jednocześnie wciąż emanowało od niego to samo ciepło. Leżał przed nami człowiek, który niewątpliwie umierał na raka, ale Karmapa zachowywał się tak, jakby był w szpitalu z powodu wycięcia migdałków. Za każdym razem, gdy wchodziłem do jego pokoju, uśmiechał się i promieniał. Wtedy mój umysł zatrzymywał się. Myślałem: „Chwileczkę, kto tu się kim opiekuje? To przecież on jest pacjentem, a nie ja”. Chciałem powiedzieć: „To i to przydarzyło mi się wczoraj”, zamiast tego spoglądałem na niego i pytałem: „Jak się czujesz?”. Karmapa uśmiechał się i odpowiadał: „OK”. Pytałem: „Boli cię?”, a on zaczynał się śmiać i mówił: „Nie, nie dzisiaj”. Stało się to codzinnym rytuałem, rodzajem żartu, jakby Karmapa myślał: „Musisz postrzegać mnie jak kogoś chorego, więc wykonuj swoją pracę. Będziemy obaj udawać, że to się dzieje naprawdę”. Zachowanie Jego Świątobliwości wpływało również na pozostały personel medyczny. Pracownicy szpitala mieli sztywne wyobrażenia na temat tego, jak umierający pacjent powinien się zachowywać i jak powinien wyglądać, a Karmapa zachowywał się zupełnie inaczej. Po prostu był tam i robił to, czego potrzebowali inni. W Honkongu doświadczyłem tego, że stan umysłu Karmapy pozostaje niezmienny, i że bez przerwy pomaga on tym, którzy go otaczają. Szczególnie troszczył się o czterech młodych tulku, którzy mu towarzyszyli, a którymi opiekował się od dzieciństwa w Sikkimie. Jego Świątobliwość pomagał im zrozumieć, co się wydarza.
Kiedy dotarłem do Hongkongu, zacząłem pytać samego siebie: „Dlaczego on umiera teraz?” Obserwowałem sposób, w jaki Karmapa traktował czterech głównych tulku Kagyu. Wychowywał ich i nauczał. Wszyscy byli w podobnym wieku, gotowi, by pójść w świat i przekazywać nauki. On był w pewnym sensie ich ojcem, troszczył się o ich rozwój aż do tego momentu. Teraz następował kolejny krok w ich edukacji. Karmapa umierał. Było to całkowicie naturalne, po prostu wypełnił pracę swojego życia. Młodzi tulku mówili do mnie: „On ma jeszcze tyle do zrobienia”. Pomyślałem wtedy, że nawet gdyby żył przez następne 15 lat i rozpoczął wiele innych projektów, to nadal na koniec zapytaliby: „Dlaczego umarł właśnie teraz?”. Nie można sobie wyobrazić Karmapy idącego na emeryturę. Karmapa doprowadził młodych Tulku do punktu, w którym mogli sami pójść w świat i nauczać. Teraz wystawiał ich na próbę własnej śmierci. Jeden z obecnych tam rinpocze powiedział mi później coś, co nadało sens całej sytuacji: „Jeżeli młodzi tulku wychowywaliby się w Tybecie, stykaliby się ze śmiercią bez przerwy. Ponieważ wychowali się w Rumteku, w Sikkimie, a teraz byli na Zachodzie, mieli mało do czynienia ze śmiercią”.
Karmapa umierał. Na początku nie mogli tego zrozumieć. Miałem silne wrażenie, że odwlekał swoją śmierć po to, żeby mogli się z nią pogodzić. Żeby obserwowali ten proces i odkrywali go, by móc później się z nim pogodzić.
W Zion (Illinois), gdzie Karmapa umarł, zrozumiałem, jak bardzo dbał o swoich tulku. Byli młodzi. Osiągnęli różne stopnie realizacji, ale nadal w tym życiu byli emocjonalnie młodzi. To była kolejna część ich rozwoju.

Zion
Trzeci raz spotkałem Karmapę w szpitalu onkologicznym w Zion, nieopodal Chicago. Zarówno personel medyczny, jak i ludzie odwiedzający szpital, byli nim całkowicie oczarowani. Żeby to docenić trzeba pamiętać, że personel na oddziale intensywnej terapii jest zwykle bardzo odporny. Ci ludzie widzą śmierć przez cały czas i widok umierających ludzi nie wywiera na nich tak silnego wrażenia. Jednak nawet oni byli głęboko poruszeni postawą Jego Świątobliwości. Większość z nich była chrześcijanami, którzy nie mieli zielonego pojęcia o buddyzmie, jednak wszyscy nazywali Karmapę „Jego Świątobliwością”. Ludzie ci nie mogli zrozumieć, dlaczego Karmapa nie odczuwa bólu i nie reaguje na to, co się z nim dzieje, tak jak inni ludzie będący w podobnej sytuacji. Bardzo się o niego martwili.
Jak wiecie, każdy Karmapa zostawia przed śmiercią list opisujący okoliczności następnego odrodzenia. Personel martwił się o ten list. To było ciekawe, troska wszystkich zmieniła się z: „Co dzisiaj robimy dla tego pacjenta?”, na: „Czy napisał już swój list?”. Jedna z pielęgniarek przyszła do mnie pewnego dnia i powiedziała: „Bardzo martwię się, że przekaz tej linii skończy się tutaj, w tym szpitalu”. Przypominam, że jesteśmy w Zion, w Illinois, bardzo chrześcijańskim mieście. Personel nie przestawał mówić o współczuciu Karmapy i o jego uprzejmości. Po kilku dniach chirurg Filipino Christian przyszedł do mnie i powiedział: „Wiesz, za każdym razem, gdy idę zobaczyć Jego Świątobliwość, czuję się zupełnie nagi. Czuję, że może mnie przejrzeć na wylot i myślę, że powinienem się czymś okryć”. Ciągle powtarzał: „Wiesz, Karmapa nie jest zwykłą osobą”. Wszyscy doświadczali tego samego. Siła jego obecności była tak wielka, że ludzie byli bardzo mocno poruszeni. To była kontynuacja tego, czego doświadczyłem wcześniej w Nowym Yorku. Niezależnie od tego, czy Karmapa był w szoku insulinowym czy jadł winogrona, jego umysł pozostawał w tym samym stanie. Nikt nie mógł tego zrozumieć. Ludzie przychodzili do mnie i mówili: „Wiesz, jestem chrześcijaninem i nie wierzę w buddyzm, ale muszę przyznać, że Jego Świątobliwość jest niezwykłą osobą”. Mówili to niemalże z poczuciem winy, nie wiedząc, jak pogodzić własną wiarę i doświadczenia, jakie mieli w kontakcie z Karmapą.
Dni mijały, a stan Jego Świątobliwości pogarszał się. Pewnego dnia wydarzyło się coś, co jak powiedzieli mi rinpocze, miało miejsce już kiedyś w przeszłości. Podobno, gdy Karmapa miał 13 lat ciężko zachorował. Lekarze dawali mu tylko kilka godziny życia, najwyżej dzień. Lekarze tybetańscy nigdy nie powiedzieliby czegoś takiego, jeśli istniałby choć cień szansy na wyzdrowienie chorego. Jego Świątobliwość nie zwracał jednak na nich uwagi i szybko wrócił do zdrowia. Lekarze nie mogli tego pojąć, chociaż w Tybecie było to prostsze do zaakceptowania, ponieważ wiedzieli, kim jest Karmapa.
To samo wydarzyło się w Zion. Pewnego dnia podczas obchodu zobaczyłem, że stan zdrowia Karmapy drastycznie się pogorszył. Oznajmiłem wtedy, że Jego Świątobliwość ma przed sobą dwie, najwyżej trzy godziny życia. Miał wszystkie objawy, które znałem. Całe jego ciało odmawiało posłuszeństwa. Miał problemy z oddychaniem, wymiotował krwią, kaszlał, spadło mu ciśnienie, mimo podanych środków.
Gdy ktoś długo pracuje z pacjentami w krytycznym stanie, ma wyraźne przeczucie chwili poprzedzającej śmierć. Widzi, pod jaką presją znajduje się ciało umierającego i wie, że nie będzie on już w stanie tego wytrzymać. Wie, że wkrótce pacjent się podda. To właśnie czułem w tamtej chwili. Powiedziałem, że musimy obudzić Karmapę, skoro list jest taki ważny. Zredukowałem śpiączkę przy pomocy środków medycznych. Tulku poprosili, byśmy zostawili ich sam na sam z Karmapą. Po 45 minutach wyszli i oznajmili, że nie zamierza on jeszcze umierać. Śmiał się tylko z nich. Powiedzieli, że Karmapa nie chce teraz żadnych kartek, bo nie będzie pisać listu.
Wszedłem do pokoju, a on po prostu siedział na łóżku z szeroko otwartymi oczami. Siła jego chęci do życia była niesamowita. Zwrócił się w moją stronę i powiedział po angielsku (a znał w tym języku tylko kilka słów): „Hello, how are you?”. W ciągu 30 minut wszystkie siły witalne Karmapy ustabilizowały się i przestał krwawić. Gdy wyszedłem z jego pokoju, podszedł do mnie jeden z lekarzy i powiedział: „Spójrz na moje ramię”. Cała jego ręka była pokryta gęsią skórką. Nigdy nie widział u siebie czegoś takiego. Jestem całkowicie przekonany, że Karmapa sam zmusił się do powrotu. Nigdy nie widziałem niczego, co w choćby w niewielkim stopniu przypominało to wydarzenie.
Reakcja tulku była ciekawa. Uważali oni, że panikuję mówiąc, że Karmapa umiera. Może było to po prostu związane z ich niezgodą na odejście Karmapy. Ja jednak wiedziałem wystarczająco dużo. Informowałem ich tylko o tym, co się wydarza. Jego Świątobliwość umierał. Wiedziałem to. Cały personel o tym wiedział. I właśnie wtedy Karmapa obudził się i usiadł. Otworzył oczy i dosłownie przywrócił się do zdrowia. Wypełnił swoje ciało chęcią do życia. Mogłem prawie zobaczyć to życzenie wychodzące z jego ciała. Nigdy nie doświadczyłem czegoś podobnego. Trungpa Rinpocze powiedział później do mnie: „Teraz widzisz, co jest możliwe!”. Wyglądało to tak, jakby ktoś wyłączył monitory, pobawił się nimi i włączył je znowu. Ciśnienie krwi Karmapy wróciło do normy i przestał krwawić, jednak nie dzięki środkom, które mu podaliśmy. Odwrócił po prostu cały proces i był zdrowy przez następne 10 dni.

Po tym wszystkim, ogólnie przyjętym żartem w szpitalu było stwierdzenie, że sam powinien pisać swoje diagnozy. Powinniśmy przynosić mu książkę zamówień rano i pytać: „Co możemy dzisiaj dla ciebie zrobić?”

Jednak po 10 dniach ciśnienie krwi Karmapy znowu gwałtownie spadło i nie mogliśmy go podnieść żadnymi środkami. Stwierdziłem, że jest bardzo źle. Przestałem mówić, że wkrótce umrze. Spojrzałem tylko na tulku i powiedziałem, że jest bardzo, bardzo źle. Pochylili się nad Karmapą i powtórzyli mu moje słowa. Jego Świątobliwość miał zespół rozsianego wykrzepiania śródnaczyniowego, tzw. DIC (disseminated intervascular coagulation). Oznacza to, że pod wpływem toksyn wydzielanych przez bakterie dochodzi do uruchomienia kaskady mechanizmów prowadzących do powstania licznych zakrzepów w najdrobniejszych naczyniach krwionośnych i zużycia wszystkich czynników krzepnięcia. W związku z brakiem tych czynników, dochodzi do licznych krwotoków, a z drugiej strony do martwicy tych tkanek i narządów, w których powstały zakrzepy. Dlatego znowu powiedziałem: „Jest bardzo źle”, tym razem zwracając się bezpośrednio do Karmapy. On spojrzał na mnie i spróbował się uśmiechnąć. W ciągu dwóch godzin zupełnie przestał krwawić. Ciśnienie wróciło do normy. Karmapa siedział w łóżku i rozmawiał.
Wtedy oddział intensywnej terapii miał już prawie całą „tablicę wyników” Karmapy. Każdy zaznaczał dla niego punkty. To naprawdę stało się zabawne. Pacjent chory na raka, cukrzycę, z rozległą infekcją płuc, po szoku insulinowym. Ktoś taki nigdy, przenigdy nie powraca, a on, proszę, oto był. Dzień później płuca Karmapy przestały pracować na skutek ciężkiego zapalenia. Wiedzieliśmy, że bez inkubacji przestanie oddychać. Podłączyliśmy więc inkubator na 36 godzin. Następnego dnia, wcześnie rano Karmapa właściwie umarł. Widzieliśmy to wyraźnie na monitorach. Impulsy słabły. Wiedzieliśmy, że to jest nieuniknione. Nic nie powiedzieliśmy rinpocze. Serce Karmapy zatrzymało się na ok. 10 sekund. Reanimowaliśmy go. Mimo problemów z ciśnieniem, przywróciliśmy pracę serca do normy i stan Karmapy ustabilizował się na 25-30 minut. Wyglądało to tak, jakby miał zawał serca. Potem ciśnienie spadło całkowicie. Nie mogliśmy nic zrobić. Mimo że dawaliśmy mu więcej leków, jego serce znowu się zatrzymało. Zaczęliśmy uciskać jego klatkę piersiową. Wiedziałem, że to już koniec. Widziałem jego umierające serce na monitorze. Czułem, że musimy dać z siebie wszystko. Kontynuowaliśmy reanimację przez ponad 45 minut. Dłużej niż robiłem to zwykle. Na koniec podałem mu zastrzyk z adrenaliny. Nie było reakcji. Wtedy zupełnie się poddaliśmy. Wyszedłem, żeby zadzwonić do rinpocze i powiadomić ich, że Karmapa zmarł.
Kiedy wróciłem do pokoju, ludzie zaczęli wychodzić. Jego Świątobliwość leżał tam może 15 minut nieżywy. Zaczęliśmy odłączać przyrządy podtrzymujące życie. Nagle spojrzałem na jeden z monitorów. Wskazywał ciśnienie 140/80! Moją pierwszą reakcją była myśl: „Kto się opiera o przyrząd do mierzenia ciśnienia?!”. Po prostu wiedziałem, że żeby ciśnienie tak podskoczyło, ktoś musiałby się oprzeć o przyrząd. Bez tego było to niemożliwe. W tym samym momencie pielęgniarka wrzasnęła: „On ma puls, on ma puls!”. Jeden ze starszych rinpocze poklepał mnie znacząco po ramieniu, jakby mówił: „To jest niemożliwe, ale się wydarza”. Serce Karmapy biło, miał ciśnienie 140/80. Myślałem, że zemdleję.
Nikt nie mógł wykrztusić z siebie słowa. To był moment, w którym mówi się: „To niemożliwe, to po prostu niemożliwe”. Wiele rzeczy wydarzało się w obecności Karmapy, ale to było najbardziej niesamowite. Nie był to po prostu niezwykły przypadek. To się wydarzyło po godzinie od momentu, w którym zatrzymało się serce Karmapy i 15 minut po tym, jak wstrzymaliśmy reanimację. Pobiegłem zadzwonić do Trungpy Rinpocze. Powiedziałem mu przez telefon: „Karmapa żyje! Nie mogę mówić. Do widzenia”. Pomyślałem, że Karmapa wrócił jeszcze raz, żeby sprawdzić, czy jego ciało faktycznie nie jest już w stanie dłużej wspierać świadomości. Był pod wpływem valium i morfiny, te środki odłączyły go od ciała. Wydawało mi się, że nagle zrozumiał, że jego ciało przestało pracować. Powrócił więc, żeby sprawdzić, czy jest jeszcze sprawne. Powracająca siła jego świadomości rozpoczęła cały proces od nowa. Jest to tylko wrażenie mojego prostego umysłu, ale to właśnie odczuwało się wtedy w pokoju.
Praca serca i ciśnienie krwi utrzymywały się jeszcze przez jakieś 5 minut. Potem Karmapa zobaczył, że jego ciało nie jest już sprawne, że nie może mu już więcej służyć i opuścił je. Umarł.
Trungpa Rinpocze przyjechał do szpitala nie wiedząc, czy Karmapa żyje czy nie. Musiałem mu powiedzieć, że umarł. To było tyle. Powroty Jego Świątobliwości były wspaniałe. Nawet umierając nie przestawał zaskakiwać zachodniego personelu medycznego. 48 godzin po śmierci jego klatka piersiowa na poziomie serca była wciąż gorąca , a skóra pozostawała elastyczna jak u żywego człowieka.
Tak to się wydarzyło.
Przez cały czas, gdy byłem blisko Jego Świątobliwości, miałem wrażenie, które zapamiętałem jako naukę: ważne jest, żeby nie reagować na własne impulsy, lecz mieć otwarte serce i umysł, ukierunkowane na potrzeby innych.

Opracowanie: Paulina Czaja

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

 | PODOBNE ARTYKUŁY: