DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 33 -> Buddyzm przyszłości

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Buddyzm przyszłości

Lama Ole Nydahl
_________

Nauki wygłoszone w podróży po Polsce wiosną 2003 roku


Na całym świecie osiągamy naprawdę wielkie sukcesy. Udało nam się uniknąć materializmu na Zachodzie i przełamać komunizm na Wschodzie. Pokazujemy innym, jak praktycznie postępować we współczesnym świecie, nauczamy wszędzie w taki sam sposób, wszędzie również przychodzą do nas ludzie nam podobni. W niektórych krajach jest to duży procent społeczeństwa, a w innych awangarda. Kiedyś spojrzymy wstecz i okaże się, że stworzyliśmy falę kulturową, która przyniosła pożytek całemu światu. Niesie to ze sobą wielką odpowiedzialność, dlatego ciągle musimy sprawdzać to, co robimy - naszą motywację, wiedzę, sposób postępowania.
Historia zna wiele przykładów grup, które powstały, a potem jak balony uleciały w powietrze i zniknęły, nie pozostawiając po sobie nic. Naszym zadaniem jest nauczanie innych, dlatego musimy upewnić się, że dajemy dobry przykład, tak żeby ludzie mogli nam ufać. Szczególnie dokładnie powinni sprawdzać samych siebie ci, którzy pełnią wobec innych funkcję zwierciadła i pokazują im ich właściwości.
Zaufanie, którym ludzie nas obdarzają, jest prawdopodobnie najsubtelniejszą, najbardziej ponadosobistą i idealistyczną rzeczą, jaką mają. Kiedy je stracą, minie wiele żywotów, zanim znów odzyskają tę otwartość. Nie powinniśmy przy tym zapominać, że tak naprawdę to nie w nas je pokładają. Widzą w nas odzwierciedlenie własnego umysłu, co daje im szansę rozwoju. Powinniśmy więc odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę dajemy ludziom możliwość rozwinięcia i utrzymania zaufania, które jest wyrazem ich własnego potencjału. Chodzi o to, żebyśmy byli w stanie podążać za duchem czasu i nie tracili ani chwili, bo z każdym dniem życie staje się coraz krótsze.
Jeśli nurtują nas wątpliwości, powinniśmy zadawać pytania, ponieważ niezwykle łatwo o niezrozumienie tego, co robią inni. Sam Budda prowokował ludzi do zadawania pytań - naprawdę zależało mu na ich dojrzałości. Powinniśmy też starać się pracować ciężko i intensywnie się uczyć, wprowadzając nowo zdobyte wglądy w życie. W ten sposób spotykają się pierścień i hak - to wtedy pojawia się prawdziwy wzrost.
W naszej części świata Diamentowa Droga naprawdę się rozwija. I choć najwyższy stopień drabiny jest najbardziej fascynujący, a z całego domu najbardziej interesujące są lwy na dachu, to jeżeli brakuje tu solidnej podstawy, nasza praktyka będzie przypominała budowanie na lodzie - kiedy przyjdzie wiosna, dom się zawali. Oznacza to, że nasz sposób bycia powinien być przyjemny dla innych i dla nas samych - inaczej potkniemy się i wszystko wypadnie nam z rąk, wszystko zmarnujemy. Musimy zadbać o to, by nie doprowadzić do sytuacji, w której stoimy na piedestale, wyjaśniając wszystko po kolei, ale spadamy z niego w momencie, w którym ktoś nas zapyta: „Fajnie, ale jak to się ma do tego, co wczoraj zrobiłeś?”. Znaczy to po prostu, że powinniśmy być uważni w odniesieniu do przyczyny i skutku. Każdy z nas w jakiś sposób reprezentuje Buddę - choćby przed rodziną czy przyjaciółmi - i dlatego powinniśmy upewnić się, że wszystko, co mówimy, robimy i myślimy, jest rozsądne i możliwie najlepsze. Ważne jest też, byśmy mówili i robili to samo, bo jeżeli nam się to nie uda, świat się na nas zemści. Plotki o fałszywości i nieuczciwości potrafią ciągnąć się za człowiekiem niewiarygodnie długo.
Inną ważną rzeczą jest to, byśmy robili coś dla innych, a nie tylko dla siebie. Jest taka ciekawa opowieść o Drukpie Kunleju, z czasów, kiedy nie było jeszcze chorób wenerycznych - przynajmniej tak wynika z książki. Miał on 5000 kobiet i wszystkie one nauczyły się świetnie medytować dzięki temu, że trafiły w jego objęcia. Kiedyś przybył on do Lhasy, stanął przed Dzioło, głównym posągiem Buddy i powiedział do niego prosto z mostu: „Siedzisz tu, bo myślałeś o innych, a ja stoję tu, bo myślałem o sobie”. I to jest prawda: świat dopiero wtedy staje się wspaniały, kiedy robimy coś dla innych - my jesteśmy tylko jednostką, a ilość innych jest nieograniczona. Prawdą jest jednak również to, że potrzebujemy mądrości, co oznacza, że nie powinniśmy brać rzeczy osobiście. Mniej więcej to samo przydarza się wszystkim - patrząc z „kosmicznego” punktu widzenia, po bardzo krótkim czasie umieramy, a póki tu jesteśmy, staramy się posiąść to, co nam się podoba, uciec przed tym, czego nie chcemy, utrzymać to, co już mamy i jakoś uporać się z tym, czego nie możemy uniknąć. Jeżeli zobaczymy, że dzieje się to z każdym z nas, będzie nam łatwiej - nie będziemy myśleć, że to inni są wszystkiemu winni; dostrzeżemy, że niektóre rzeczy są po prostu częścią ludzkiej kondycji. Dlatego też, jeśli naprawdę chcemy przynieść innym pożytek, musimy dobrze zrównoważyć współczucie i mądrość. Nie możemy sobie pozwolić ani na miękkość i sentymentalizm z jednej strony, ani na sztywność i biurokratyczność z drugiej.

Najważniejszy jest jednak pogląd. To on wyzwala wszystko. Piekło i niebo wydarza się pomiędzy naszymi uszami czy żebrami, w zależności od tego, gdzie doszukujemy się umysłu, wszystko zależy od tego, czy założymy różowe, czy czarne okulary.

Dopóty jednak, dopóki widzimy tylko przyjemne i nieprzyjemne doświadczenia - bogów i diabły - nie ma dla nas wyjścia. Powinniśmy zrozumieć, że wszystkie przychodzące i odchodzące obrazy przenika ich esencja - świadomość, która je postrzega. Jest ona obecna za nimi, pomiędzy nimi i w nich samych. Przyjemne bądź nieprzyjemne obiekty pojawiają się, rozgrywają w świadomości i odchodzą, ale przestrzeń, która sprawia, że mogą się wydarzyć, świadomość, która je widzi i rozumie oraz nieograniczoność, która niczego nie zatrzymuje i nie blokuje - wszystko to jest doskonałością i oświeceniem. Jeśli ten, który tutaj i teraz słyszy przez nasze uszy, patrzy przez nasze oczy i jest świadomy tego, co się dzieje, rozpozna sam siebie, doświadczymy stanu radości wykraczającej poza wszystko.
Można tu oczywiście mówić o rezultacie na dwóch poziomach. Na poziomie absolutnym umysł jest całkowicie świadomy samego siebie i nie potrzebuje żadnego wsparcia, jest całkowitym oświeceniem. Jest to stan, w którym będziemy potrafili manifestować się jednocześnie we wszystkich zakątkach wszechświata i przynosić pożytek niezliczonym istotom. Na poziomie uwarunkowanym natomiast stan ten jest jak grób dla niezliczonych neuroz - tony projekcji przeszkadzających nam w ciągu niezliczonych żywotów rozpuszczają się w przestrzeni umysłu. Zobrazować to można przykładem miejsca w oceanie, gdzie spotykają się płyty kontynentalne. Jego dno spychane jest w dół i na skutek tego w innych miejscach pojawiają się wulkany.
Na poziomie relatywnym wiele negatywności i przeszkód zostaje tym sposobem unicestwione, a na absolutnym stan ten pokazuje nam nasz umysł. Jeżeli zaczniecie doświadczać samego umysłu, będziecie dysponowali źródłem szczęścia, które nigdy się nie kończy. Na świecie istnieje wiele różnych rodzajów radości, ale radość rosnącej mocy, przestrzeni, zrozumienia i znaczenia jest największa ze wszystkich. Pewność, że nie tylko będziemy stawali się coraz starsi, ale także coraz mądrzejsi oraz że jesteśmy pożyteczni dla innych, jest źródłem prawdziwego, trwałego szczęścia.
Czym więc jest Diamentowa Droga? W czasach Buddy istnieli ludzie, którzy byli w stanie widzieć go nie jako osobę, lecz raczej jako zwierciadło, w którym mogli zobaczyć swoją własną twarz. Przekazywał im on nauki i metody, które sprawiały, że uzyskiwali zdolność do identyfikowania się z własną, prawdziwą naturą. Czasem emanował formy z energii i światła podobne do hologramów, które odpowiadały podświadomemu potencjałowi istot. Manifestował wibracje, które służyły za klucze do tych pól energii. Nauczył ludzi rozpuszczać te formy buddów w świetle, stapiać się z nimi i pozwalać wszystkiemu zniknąć i być świadomym, bez konieczności bycia świadomym czegoś. Jeżeli wybierzemy się na wystawę sztuki buddyjskiej, powinniśmy wiedzieć, że wszystkie te męskie, żeńskie, pojedyncze, zjednoczone, łagodne i pełne mocy formy nie są osobami, ani bogami, lecz że całkowicie wykraczają poza poziom osobistej ekspresji i ukazują nasz najgłębszy potencjał.
Jeśli umysł ludzi, którzy przychodzili do Buddy 2550 lat temu, pracował w oparciu o formę, to manifestował formy z energii i światła na czterech poziomach. Wyrażały one absolutną esencję uwarunkowanych uczuć owych praktykujących - poziom, na którym stawały się one różnymi mądrościami. Formy te sprawiały, że w obszarze różnych właściwości umysłu pojawiało się sprzężenie zwrotne. Umysł ma dwie cechy: potrafi rozpoznawać i działać. Jest świadomością i energią. Kiedy pojawia się jakieś uczucie, to ciało będzie się w określony sposób zachowywać. Dając wykonujemy rękoma określony gest, inny czynimy, aby chronić, jeszcze inny, aby zaradzić trudnościom, poprosić o coś itd. Na przykład gest proszenia wzmacnia koncentrację energii wokół serca. A zatem dzięki manifestacji tych form na zewnątrz, powstaje pewna zależność na poziomie wewnętrznym. Jeśli przez jakiś czas medytujemy na różne formy buddów, rozpuszczamy je w świetle i stapiamy się z nimi, po pewnym czasie zaczniemy przejmować ich właściwości. W ten sposób wzrośnie nasze zaufanie do własnej natury buddy i osiągniemy poziom zwany krija jogą. Jest wówczas tak, jakbyśmy byli mali, a wielki budda składa nam wizytę. Na tym poziomie jesteśmy bardzo przywiązani do wielkiej ilości rytuałów, zwracamy dużą uwagę na szczegóły i nie kontaktujemy się z buddą w sposób bezpośredni. Później stopniowo nasze zaufanie rośnie i przechodzimy na poziom czarja tantry. Tutaj nadal nie mamy jeszcze bezpośredniego kontaktu z oświeceniem, ale wiemy, że nie jest ono różne od naszej własnej esencji i jesteśmy bardziej rozluźnieni, a rytuały nie mają już dla nas takiego znaczenia. Prowadzi to do joga tantry. Na tym poziomie patrzymy buddzie albo nauczycielowi prosto w oczy, nadal jednak uważamy na jedną rzecz, którą ludziom najtrudniej zobaczyć na czystym poziomie, chociaż daje ona najwięcej radości i jest obszarem, w którym nie medytując możemy się najbardziej zbliżyć do naszej natury buddy. Mam na myśli seksualność. I dlatego na tych trzech poziomach - krija, czarja i joga tantry - medytujemy tylko na formy pojedyncze, męskie albo żeńskie.
Oczywiście sama męskość albo sama żeńskość to dopiero połowa. Dlatego istnieje również najwyższy poziom nauk, na którym widzimy wszystko jako całkowicie czyste. Nazywa się on mahaanuttarajoga tantrą. Medytujemy tu na męskich i żeńskich buddów w zjednoczeniu, i chociaż to ostatnie może się dokonywać na tak wiele przyjemnych sposobów, to jeżeli chodzi o oświecenie, buddowie jednoczą się zawsze w pozycji twarzą w twarz, na stojąco lub na siedząco. Wynika to z tego, że ważny jest tu przepływ energii pomiędzy partnerką a partnerem, co ma otworzyć nasze kręgi energetyczne. Dzieje się to wyłącznie na poziomie mahaanuttarajoga tantry. Nazwa ta oznacza „coś, ponad czym nie ma nic wyższego” i można tu medytować, że ma się partnera czy partnerkę lub rzeczywiście jego lub ją mieć. Oczywiście, jeżeli trzymamy w objęciach prawdziwą ludzką istotę, to wymiana energii jest pełniejsza i bardziej interesująca. W obrębie trzech niższych klas tantry Budda emanował przypominającą hologram formę w przestrzeni, a w mahaanuttarajoga tantrze sam się w tę formę przemieniał, ponieważ osiągnął całkowitą harmonię pomiędzy swoim aspektem męskim i żeńskim i mógł przyjmować postać formy zjednoczonej.
W medytacji możemy pozwolić, aby taka forma pojawiła się w jednym z naszych ośrodków energetycznych lub też sami się nią stajemy, co powoduje, że budzi się w nas jednocześnie pięć owych kręgów mocy. Daje to bardzo silne rezultaty, szczególnie niesamowita jest radość, która się wtedy pojawia.
To jest jeden sposób pracy z umysłem - poprzez formę i energię. Doświadczenia są tu pełne nieporównywalnej błogości. Istnieje również inny sposób urzeczywistnienia natury umysłu - prowadzi on przez świadomość. Oznacza to, że stajemy się zdolni do uspokajania i „utrzymywania” umysłu, aż upodobni się on do kubka kawy, którym przestajemy potrząsać lub do mętnej wody, która znowu robi się przejrzysta, kiedy osad opada na dno. Na skutek tego pojawia się najpierw stan wglądu zwany lhagtong albo wipassana. W naszym języku powiedzielibyśmy pewnie „intuicja”. Stan ten prowadzi do oświecenia, ponieważ ostatecznie ten, który widzi, sam akt widzenia i to, co jest widziane - przedmiot, podmiot i działanie - są częściami tej samej całości. Rozpoznanie tego jest bardzo ważne i ma głębokie znaczenie. Celem wszystkich tych praktyk jest to, by umysł stał się spontaniczny i pozbawiony wysiłku, by nauczył się spoczywać w tu i teraz, i był w stanie mówić, robić i myśleć to, co przynosi innym maksymalny pożytek, bez najmniejszej nawet koncepcji, że oto „ja robię coś dla ciebie”.

Jednakże najbardziej kompletna ścieżka pracy z umysłem, życia w czystej krainie i jednocześnie najlepszy sposób na rozwój w każdej sytuacji, to praktyka, którą nazywamy guru jogą lub po tybetańsku lami naldzior.

Jest to obszar dość niebezpieczny, ale jednocześnie bardzo twórczy. Otwieranie się na kogoś jest jak oddawanie komuś części własnej przestrzeni. Historia dowodzi, że może to być niebezpieczne, dlatego nie powinno się tego robić bez krytycznej analizy i bez poddania sprawdzianowi tego, komu zamierzamy zaufać. Z drugiej strony jednak, jeżeli potrafimy rozwinąć głębokie oddanie, będziemy mogli się uczyć naprawdę bardzo szybko. Identyfikacja z buddą, dopóki sami się nim nie staniemy, dotyka wszystkich aspektów naszej psychiki oraz pełna jest głębokiego znaczenia i bogactwa, ponieważ jest doświadczeniem całkowitym. Celem jej jest rozpoznanie wszystkiego, co się wydarza, jako w jakiś sposób istotnego i ciekawego. Nawet wtedy, gdy w oknie naszego samochodu pojawia się czerwona twarz policjanta, zamierzającego zainteresować nas faktem, że jechaliśmy za szybko - chociaż tak naprawdę jest to tylko jego problem - nawet wtedy powinniśmy umieć wynieść coś z tej sytuacji, zobaczyć ją jako pełną znaczenia.
Niektórzy osiągają taką zdolność poprzez medytację na różne formy energii buddów, co jest bardzo proste, ponieważ buddowie nie mają nosa o dziwnym kształcie, poglądów politycznych, z którymi być może się nie zgadzamy i nie musimy się obawiać, że nasza dziewczyna się w nich zakocha. Związek ten rozwija się zatem bez przeszkód, jednakże droga stąd do miejsca, gdzie wszystko jest interesujące - także wspomniany policjant - jest dość długa. Jeżeli jednak uda nam się zobaczyć ludzką formę na poziomie podstawowej czystości i otworzyć się na naszego nauczyciela, to krok od tego doświadczenia na poziom, na którym wszystko jest czyste, będzie bardzo krótki. Chociaż oczywiście owo otwarcie się może nam przyjść nieco trudniej, właśnie z powodu różnic w poglądach politycznych, kształtu nosa i faktu, że opuszczona przez niego toaleta nie przypomina swoim zapachem kwiaciarni. Dlatego też w naszej linii mówimy, że medytowanie na nauczyciela jest jak medytowanie na sto tysięcy buddów. Nie istnieje głębsza praktyka niż medytacja na mistrza. Najszybszy sposób na rozwój to zachowywanie się jak budda, póki się nim nie staniemy, a najbliższy przykład buddy, jaki mamy, to nasz nauczyciel. Jeżeli przyjrzymy się najbardziej przekonującym przypadkom rozwoju, to zobaczymy, że ludzie ci medytowali właśnie na swojego lamę i dzięki temu przejęli jego właściwości. Oczywiście wymaga to wielkiej odpowiedzialności, szczególnie ze strony nauczyciela. Powinien on robić i mówić to samo, co nie oznacza, że musi być szczególnie święty, spać zawsze sam i nigdy nie pić piwa. Nie powinien on po prostu opowiadać, że czegoś nie robi i jednocześnie to robić albo mówić, że coś robi, a potem jednak tego nie robić. Chodzi o to, by nauczyciel pokazywał siebie takim, jaki naprawdę jest i żeby uczeń mógł świadomie zdecydować, czy chce mieć takiego mistrza, czy też nie. Jeżeli uczeń utraci zaufanie i być może odzyska je dopiero po kilku żywotach - straci ten czas; możliwe że doświadczy wtedy również rozmaitych przeszkód i cierpień.

Na najwyższym poziomie powinniśmy więc zachowywać się jak buddowie, dopóki się nimi nie staniemy. Aby uniknąć utraty świeżości i radości każdej chwili, powinniśmy zrozumieć, że prawda i przestrzeń są nierozdzielne i gdziekolwiek pomyślimy o oświeceniu, ono się pojawia. Niezależnie od tego, czy idziemy ścieżką energii, świadomości, czy bezpośredniej identyfikacji z oświeceniem, otrzymamy rezultaty.
Kiedy ludzie słyszą coś takiego, mówią: „Ciekawe twierdzenie, ale gdzie dowód? Skąd wiadomo, że nie jest to coś subiektywnego?”. Otóż wykonano mnóstwo badań mózgu medytujących i zaobserwowano niezwykłe rezultaty. A ponieważ to właśnie ja siedzę akurat przed wami, może powinienem powiedzieć kilka słów o tym, co sam byłem w stanie wnieść do tych eksperymentów. Otóż mam kilku bardzo dobrych uczniów na uniwersytetach w Zurychu i w Chicago. Byłem ciekawy, co odkryją w związku z moim mózgiem, więc pozwoliłem im podłączyć całą masę elektrod. Już pierwszy wynik był bardzo niezwykły - okazało się, że mam mózg! Byłem bardzo szczęśliwy i poczułem ulgę. Moje życie staje się coraz prostsze i nie rozumiem już nawet, jak można mieć problemy, myślałem więc, że mój mózg zanikł. Ale naukowcy jednoznacznie stwierdzili, że go posiadam. Ci sami uczeni zbadali też wcześniej zwyczajne stany umysłu. Okazuje się, że mózg małych dzieci emituje bardzo harmonijne fale o nazwie theta, które powodują radosny stan świadomości. W wieku 1,5 roku wnikają one w głąb mózgu i skupiają się wokół rdzenia przedłużonego - środkowej części mózgu - i już się nie przemieszczają. Odkryto więc, że jestem ciągle jeszcze dość dziecinny, bo cały mój mózg wypełniony jest tymi falami, szczególnie wtedy, gdy medytuję, mogę uspokoić umysł i utrzymywać go w jednym miejscu.
Dwa lata temu w Chicago badano z kolei przebieg mojego snu. Naukowcy zastanawiali się, jak funkcjonuje ktoś, kto przez ostatnie 30 lat codziennie jest w innym mieście i przez cały czas pracuje. Okazało się, że mam sen jak z podręcznika - zapadam głęboko w drugą fazę snu, spędzam w niej od trzech do sześciu godzin i budzę się świeży. Oczywiście, podczas badań w łóżku byłem sam - zwykle kiedy mam w nim towarzystwo, moje zachowanie nieco się zmienia.
Ale najciekawsza rzecz wydarzyła się ostatnio, po kursie świadomego umierania. Uczeni okleili mnie trzydziestoma chyba elektrodami i przymocowali mi pod nosem analizator oddechu - naprawdę dość niezwykły sprzęt. Jeżeli przyjrzymy się różnym typom fal mózgowych (alfa, beta, theta itd.), to okaże się, że nie bardzo się one od siebie różnią - jedne będą łagodniejsze, a inne nieco wyraźniejsze. Tym, co naprawdę robi wrażenie, jest przebieg fal epileptycznych. Najpierw przez około dziesięć i pół sekundy ich obraz jest bardzo dramatyczny, później długo nic się nie dzieje, a potem następuje kolejny atak. Kiedy więc tam byłem, zrobiłem coś, czego może jednak nie powinienem był robić - wszedłem w stan naprawdę wielkiej błogości. Podniosłem energię z całego ciała do góry i tam ją rozprzestrzeniłem. Jest to stan, który jest tak silny, że wybucha się dosłownie radością i trzeba mocno trzymać razem ręce, żeby automatycznie nie rozpostarły się na obie strony. Wykracza to dalece poza intensywność radości, którą znamy z życia, np. poza orgazm, który przy tym przeżyciu może wydawać się czymś mizernym. Pamiętam, jak naukowcy zaczęli wtedy nerwowo biegać wokół swoich komputerów. Zafundowałem im trzy i pół minuty wykresu, który przypominał najcięższe napady padaczki, chociaż sam byłem całkowicie świadomy i wypełniony największą radością. Teraz badacze ci przesyłają ten wykres najlepszym profesorom, ci jednak nie mogą się na ten temat wypowiedzieć, bo nigdy czegoś takiego nie widzieli. Jeżeli o mnie chodzi, to nie uważam tego za wielkie osiągnięcie. Jestem pewien, że moi nauczyciele mogliby tutaj dokonać znacznie więcej. XVI Karmapa przebywał w tym stanie przez cały czas, a przynajmniej wtedy, kiedy chciał - w każdej chwili mógł odchylić się po prostu lekko do tyłu i spocząć w nim.
Samo istnienie tych stanów umysłu pokazuje, że to, o czym mówię, nie jest subiektywne. Nie są to po prostu czyjeś odczucia, ale coś, co można zmierzyć. Można dokonać pomiarów błogości pojawiającej się podczas kierowania energią i spokóju powstającego w medytacji na samą świadomość. Mówię wam o tym, bo w materialistycznym świecie ktoś może was o to zapytać. Będziecie wtedy mogli odpowiedzieć, że istnieją bardzo konkretne, wymierne zmiany fizjologiczne, które takim stanom towarzyszą. Są przyjemne i przynoszą rezultaty - nie są jedynie subiektywne, lecz obiektywne i mierzalne.
Jeżeli chodzi o medytację, to w dzisiejszych czasach nikt już nie musi przesiadywać trzydziestu lat w jaskini. Opieka społeczna też prawdopodobnie nie zgodziłaby się za to zapłacić. Nie jest to też potrzebne - dziś musimy działać za pomocą wszystkich tych środków, jakie mamy do dyspozycji. Najskuteczniejszą ze wszystkich metod, które posiadamy jako aktywni ludzie we współczesnym świecie i tym, co będzie Diamentową Drogę określać w przyszłości, jest pogląd. Nigdy wcześniej nie było tak dużej liczby wykształconych, krytycznych ludzi, którzy jednocześnie mieliby całą moc i mądrość świata pod czubkami swoich palców - stało się to możliwe dzięki komputerom. Nigdy też nie byliśmy tak blisko siebie - dał nam to internet. Poza tym nasze wykształcenie stało się głębsze i bardziej wszechstronne, potrafimy również zadawać bardziej produktywne pytania, niż miało to miejsce dawniej. Oznacza to, że po raz pierwszy mamy szansę dotrzeć do wszystkich. Nie znaczy to, iż myślę, że każdy powinien zostać buddystą. Jednak religie funkcjonują dziś tak, jak wszystko inne - na zasadach wolnego rynku. W krajach, w których ludzie dużo cierpią, chrześcijaństwo cieszy się wielkim powodzeniem, ponieważ nadaje sens cierpieniu, a tam, gdzie ludzie są zamożniejsi i bardziej niezależni, w naturalny sposób interesują się buddyzmem. Oczywiście dla tych, którzy nie lubią kobiet, zostaje jeszcze islam...
Mamy zatem szansę dać innym wiele mądrości. Prawdopodobnie po raz pierwszy w historii wielu ludzi na całym świecie będzie mogło odnieść pełen pożytek z nauk Buddy. Nie mogę przewidzieć wszystkich sposobów, w jakie się to będzie wydarzać, ponieważ spotkanie kultury Zachodu z buddyzmem trwa dopiero trzydzieści lat. W każdym razie, jeżeli mówimy o buddyzmie praktycznym, o ludziach, którzy medytują, a nie tylko czytają książki, nasz rozwój sięga naprawdę daleko. Myślę, że buddyzm przyszłości będzie tym, co Wojtek i ja jesteśmy w stanie wam wytłumaczyć - tym, co wy z kolei będziecie potrafili zapamiętać, zrozumieć i zastosować w życiu. Są też rzeczy, które już teraz można przewidzieć - buddyzm klasztorny nigdy bardzo się nie rozwinie. Przyczyną, dla której powstały klasztory buddyjskie, nie było to, że mamy problemy z seksualnością - sam Budda, zanim zaczął medytować, miał 500 przyjaciółek, a poza tym zawsze kochał i szanował kobiety. Tak naprawdę za każdym razem, kiedy udzielał im nauk, dając im jednocześnie więcej wolności, przybiegali mnisi i wszystko psuli - robili wszystko, żeby w końcu to oni okazali się lepsi niż mniszki. Nie mamy problemu z ciałem - postrzegamy je jako narzędzie dawania szczęścia innym i samemu sobie. Powodem powstania klasztorów było to, że technologie tamtych czasów nie były na tyle zaawansowane, żeby można było się kochać i nie mieć dzieci. Poza tym ludzie częściej wówczas chorowali, musieli ciężej pracować, aby wyżywić rodzinę, a ówczesne domy były mniejsze, hałasy były więc w nich bardziej dokuczliwe. Tak więc ci, którzy chcieli więcej medytować lub studiować nauki, postanowili nie zakładać rodziny i tak powstały klasztory. Dzisiaj możemy jednocześnie zjeść ciastko i je zachować, możemy być szczęśliwi zarówno w dzień, jak i w nocy i świadomie decydować, ile dzieci chcemy mieć. Dlatego czas wielkich klasztorów przeminął.
Mnichów obowiązuje 254, a mniszki 350 ślubowań. Są to różne reguły życia; cześć z nich to rzeczy ważne, takie jak powstrzymanie się od zabijania, kradzieży czy upijania się do nieprzytomności. Większość tych obietnic dotyczy jednak zasad funkcjonowania w grupie, np. chodzi o to, by nie nosić drewniaków, ponieważ hałas przeszkadzałby innym lub aby kłaść warzywa na ryż, a w żadnym wypadku odwrotnie, bo mogłoby to wywołać zazdrość u tych, którzy być może dostali więcej ryżu i mniej warzyw. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że to wszystko mogłoby mieć znaczenie we współczesnym świecie. Z drugiej jednak strony, cieszę się bardzo, że mamy miejsca takie jak Francja, gdzie przechowuje się nauki dla przyszłości - dla czasów, w których potrzebne staną się również te części przekazu nauk Buddy. Oczywiście, zawsze istnieli ludzie, którzy nie mają potrzeb seksualnych - zawsze będą oni żyli samotnie albo zostaną mniszkami czy mnichami. Jednak ogólnie rzecz biorąc, przyszłość buddyzmu będzie należała do ludzi świeckich i joginów - obie te ścieżki stopią się w jedną. Poza tym w przyszłości będziemy głównie pracować z umysłem na drodze identyfikacji. Oznacza to rozwijanie zaufania do natury budd; chodzi o to, by nie stwarzać dystansu do nauk, lecz nimi żyć.

Przetrwa to, co w moich słowach miało największe znaczenie - tego właśnie będziecie używali i to przekażecie innym. Mówię wam o tym wszystkim, ponieważ to wy jesteście producentami buddyzmu na Zachodzie. Ja nadaję temu tylko pewne ramy, ale to właśnie to, nad czym wy pracujecie, co jesteście w stanie zrozumieć i co przekażecie innym, stanie się buddyzmem przyszłości.

Opracowanie: Maria Przyjemska

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

 | PODOBNE ARTYKUŁY: