DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 31 -> "Sporo piwa się piło ... i czerwonego wina"

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

"Sporo piwa się piło ... i czerwonego wina"

Wywiad z Leszkiem Miśkiem Nadolskim
_________

O historii buddyzmu w Polsce i innych ważnych sprawach, przeprowadzony przez Rafała Żwirka.


Kiedy i gdzie po raz pierwszy spotkałeś Lamę Ole i jakie było to pierwsze wrażenie?

Misiek: Zwykle niewiele pamiętam z przeszłości, ale akurat to wydarzenie pamiętam doskonale. W 1982 roku, w Gdańsku – był to chyba pierwszy publiczny wykład Olego w Polsce. Został zaproszony przez Dorotę Krzyżanowską, która prowadziła wtedy gdański ośrodek zen. Dorota zorganizowała w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych spotkanie publiczne, na które przyszło kilkaset osób. No i następnego dnia głęboko zainspirowani pojechaliśmy z kumplami na kolejne spotkanie do ośrodka zen w Gdyni. Tam Ole już w bardziej kameralnej atmosferze udzielił Schronienia i opowiadał fantastyczne dla nas rzeczy o świecie, o tym, co się dzieje za żelazną kurtyną. Było to niezwykle inspirujące, na wszystkich działało.

Jacy byliście?

Misiek: Obowiązywała inna stylistyka: nie mundury wojskowe, lecz raczej owcze swetry dziergane na drutach, długie pióra, obowiązkowo brody, sporo piwa się piło i czerwonego wina, chodziliśmy tu i tam, wszędzie gdzie było ciekawie. Byłem studentem, a w tych czasach bycie studentem oznaczało życie w oazie wolności. Do tego wszystkiego doszło jeszcze spotkanie z Lamą, który okazał się nieprawdopodobnie inspirującym gościem i był bardzo podobny do nas z tamtych czasów. Miał pióra a la Mick Jagger. Ilość strażników, jaką dźwigał na piersi dorównywała dobremu swetrowi góralskiemu i zawsze miał dwa noże pod ręką. Podczas wykładów skręcał kadzidła z papierków i plótł je w piękne warkoczyki. Karty Schronienia, których używał wyglądały zupełnie inaczej – wycinał je osobiście potężnym nożem ze świstków papieru. Moja miała kolor pomarańczowy – był to taki wąziuteńki paseczek papieru, na którym napisana była tylko data i imię tybetańskie. Całe to spotkanie z Ole było niesamowite pod każdym względem. Z jednej strony był to człowiek z Zachodu, a więc pachniało wokół niego wolnością, nawet na czysto ludzkim poziomie, a z drugiej strony mówił o rzeczach, którymi się już wcześniej interesowaliśmy. Już wtedy kursowała wśród nas książka „Trzy filary zen” Philipa Kapleau. W jakiś tam sposób byliśmy przygotowani na przyjęcie idei buddyjskich, czytało się również Stachurę – wszystko to do siebie pasowało. Ta osobista wolność Olego, sposób, w jaki przekazywał nauki buddyjskie – to natychmiast do nas dotarło. Grupa w Gdańsku powstała od razu po wykładzie i liczyła kilkadziesiąt osób. Przez jakiś czas próbowaliśmy się spotykać w ośrodku zen w Gdyni, ale na dłuższą metę współpraca była niemożliwa, ponieważ nasz sposób praktykowania i totalny brak szacunku do obiektów ołtarzowo – świątynnych wyprowadzał gospodarzy z równowagi. Porozpieprzane buty w szatni, nie umyte szklanki – popełnialiśmy systematycznie wszystkie możliwe błędy, jakie dzicz może popełnić. I w pewnym momencie usłyszeliśmy: „Basta. Kochajmy się na poziomie ogólnej idei, ale musicie znaleźć sobie jakiś własny lokal”. No i przenieśliśmy się do prywatnego mieszkania, koło Stoczni Gdańskiej. Z okien widoczne był pomnik trzech krzyży, więc ogólny klimat był bardzo dobry. I zaczęło się praktykowanie w stylu w starym stylu Karma Kagyu. Mówiąc stary styl mam na myśli oczywiście to, jak były prowadzone praktyki, jak wyglądały gompy – między tamtym podejściem i dzisiejszym istnieje totalna różnica.

No właśnie, jak wyglądała ewolucja buddyzmu w Polsce? Jak się to wszystko rozwijało – od śpiewania pudż, wielkich, czerwonych ołtarzy, tanek. Jak to się zmieniało?

Misiek: To fakt, rzeczywiście dużo się zmieniło. Jeżeli popatrzymy na nasze ośrodki dzisiaj, widać wyraźnie, że cała ta ewolucja była konieczna i miała sens. Prawdopodobnie jeszcze się nie zakończyła i myślę, że to bardzo ciekawe zjawisko, ponieważ ta zmiana zachodziła również w umyśle Olego. Jak mówiłem wcześniej, Ole był sam na początku obwieszony gadżetami tybetańskimi, mówił tylko i wyłącznie piękne i fantastyczne rzeczy o Tybecie i o wszystkich nauczycielach tybetańskich. . Nie docierały do nas informacje o żadnych podejrzanych faktach, o których wiedzieli być może niektórzy ludzie na Zachodzie. Dawniej Ole sam był zafascynowany „oprawą” dharmy. Oddzielenie tradycji tybetańskiej od samej esencji buddyzmu wzięło się z obserwacji, z doświadczenia – Ole trzeźwo przyglądał się temu, co się rzeczywiście dookoła niego działo, w jaki sposób funkcjonowali lamowie tybetańscy. Zauważył że oni także popełniają błędy i nie są przygotowani do tego, by współpracować na większą skalę z ludźmi, którzy mają zupełnie inne wykształcenie, inne doświadczenie życiowe, którzy wyrośli w innej kulturze. Przyodziewając „szaty” tybetańskie próbowaliśmy chyba samych siebie oszukać. Na dłuższą metę takiego typu fascynacje nie mają wiele wspólnego z prawdziwym rozwojem, który jest po prostu zwyczajną pracą z umysłem. I jeśli nie ma tego bezpośredniego przełożenia, to w pewnym momencie wszyscy czują się jak banda głupców, którzy dali się nabrać. Więc po pewnym czasie Ole doszedł do wniosku, że musimy wziąć całą odpowiedzialność za nasze ośrodki w swoje ręce i wypracować metody, które będą pasowały bezpośrednio do nas – do naszych potrzeb i charakterów. Cel, o jakim mówił dwadzieścia lat temu Ole i cel o jakim mówi dzisiaj, jest dokładnie taki sam. Natomiast na poziomie praktycznym otrzymujemy po prostu inne narzędzia, ciągle się zmieniamy. Pamiętam wykłady, na których Ole razem z nowymi buddystami wykonywał publicznie trzy pokłony – robił to na uniwersytetach, w każdym dużym mieście a my robiliśmy to razem z nim. Teraz jest to zupełnie nie do pomyślenia. Nawet w jakimś muzeum, kiedy Ole zobaczył posążek buddy, pierwszą rzeczą którą zrobił, był przepisowy, rasowy tybetański pokłon. Teraz to wszystko się pozmieniało. Dbamy o to, by wypadać dobrze w opinii krytycznych ludzi, których uważamy za potencjalnych buddystów. Jeśli stworzymy im odpowiednie warunki, będzie pięknie, będą mogli skorzystać z metod, które posiadamy.

Kto przychodził wtedy na wykłady Olego?

Misiek: Ci, którzy mieli trochę przestrzeni w umyśle, wolności – przede wszystkim uczniowie i studenci. Myślę, że na robotników nie można było wtedy liczyć. No i oczywiście ci zawieszeni w próżni, zatrzymani w kadrze. Ci zhipisiali, – ci, którzy traktowali życie jako potencjalne źródło radości, którą można z niego wycisnąć. Ekstra radości, której nie widzieli u swoich rodziców. Po jakimś czasie okazało się, że z tej pierwszej fali buddystów zostało zaledwie kilka osób. Kiedy pojawiły się możliwości wyjazdu na Zachód i zarabiania normalnych pieniędzy, funkcjonowania w normalnych warunkach, prawdopodobnie większość z nas uznała, że życie samo w sobie jest na tyle ciekawe, że nie trzeba niczego specjalnego do niego dodawać, że nie potrzeba żadnych medytacji, żeby czuć wiatr w żaglach i osiągać zwykłą życiową satysfakcję. Prawdopodobnie część z tych, którzy odeszli wtedy od dharmy, wraca teraz do ośrodków. Mam wrażenie, że jeśli ktoś uczciwie poczuł buddyjskiego bluesa, to już od niego nie ucieknie.

Następny etap w Twoim życiu – Kuchary. Jak to się stało, że zdecydowałeś się tutaj zostać, tutaj pracować?

Misiek: Ta historia zaczęła się w 1983 roku. Odbywał się wtedy wykład publiczny w Płocku. Po godzinie dziesiątej wieczorem przyszedł jakiś koleś i oświadczył, żebyśmy wszyscy wypadali na twarz – to były takie czasy. Oczywiście temperatura spotkania była bardzo gorąca. Absolutnie nie chcieliśmy się z Ole rozstać. W końcu trafiliśmy do amfiteatru gdzieś nad Wisłą, który nie był przygotowany do podobnego spotkania – było totalnie ciemno, nie było nagłośnienia. Ciasnym kręgiem obsiedliśmy Olego, który oczywiście opowiadał, opowiadał i opowiadał. No i w pewnym momencie rzucił hasło, że potrzebujemy własnego miejsca, które byłoby zlokalizowane w centralnej Polsce i w którym moglibyśmy się spotykać, może stary dom z konkretnym kawałku ziemi. Na tym spotkaniu był Janusz Brzost, który pracował w administracji w Płocku – potraktował słowa Olego bardzo poważnie. Wkrótce rozpoczął podróże po okolicznych, upadłych majątkach dworskich i w końcu znalazł dwie opcje – Kuchary, które zostały ostatecznie wybrane były jedną z nich. W rezultacie w 1985 roku Ole przyjechał tutaj po raz pierwszy i od razu zakochał się w tym miejscu. Powiedział, że to jest dokładnie to, czego potrzebujemy, że właśnie tutaj będziemy pracować i to właśnie tutaj Wschód i Zachód będą się spotykały. Widać to dziś wyraźnie na kursach – notujemy dużo randek z udziałem Rosjanek i Niemców. Zdarzają się też Austriacy, Szwajcarzy, Amerykanie. Samo miejsce wyglądało oczywiście zupełnie inaczej niż teraz. Było tak dzikie, że po prostu w czasie pierwszej wizji lokalnej wszyscy byliśmy w szoku. To była totalna ruina – gęsto porośnięta pokrzywami i krzakami. . Wchodziło się tutaj, jak do prawdziwej dżungli, nawet z dachu dworku wyrastały brzozy. Sam budynek na pierwszy rzut oka nie wyglądał może najgorzej, ale co bardziej wnikliwi obserwatorzy czuli, że włazimy na minę. Jednak te głosy się nie liczyły, ponieważ Ole chciał żebyśmy to miejsce kupili i rozpoczęli pracę. I tak się stało. Pierwszym zesłańcem został Janek Gęgało ze Szczecina, który wcześniej był księgowym. Ole zaproponował mu funkcję prowadzącego cały projekt. Janek zrezygnował więc z pracy, wynajął swoje mieszkanie i przyjechał do Kuchar. Tak się zaczęło grzebanie w tych ruinach. Z każdym tygodniem okazywało się, że to, co solidne jest jednak bardzo miękkie lub spróchniałe, przez niektóre ściany można było przejść bez szczególnych „siddhi”. Janek nie mógł nawet rozpocząć rozbiórki, bo Kuchary są zabytkiem i wszystkie działania budowlane były i nadal muszą być uzgadniane z konserwatorem zabytków. Mogliśmy wtedy jedynie zabezpieczyć większe dziury. Oczywiście po jakimś czasie okazało się, że jednak musimy rozebrać część budynku, który był w tak fatalnym stanie, że jakikolwiek jego remont nie miałby sensu. Biedny Janek męczył się tutaj, jeżeli dobrze pamiętam, przez lat pięć, przechodząc przez najtrudniejszy czas – okres który był rzeczywiście mało inspirujący. Było to tak trudne po pierwsze dlatego, że był głównie sam, a po drugie dlatego, że musiał przebrnąć przez wszystkie nudne, socjalistycznie nieskończone procedury papierkowe. Lista dokumentów, podań i próśb, które musiał wypisywać była niewiarygodnie długa – nie będę tego nawet próbował wymieniać. To nie było tak jak teraz, że jak ktoś ma kasę, to może sobie zbudować dom. W tym czasie świat funkcjonował inaczej i oto przykład: Janek przygotował ogólnopolskie spotkanie w Kucharach i spróbował wygospodarować z tej ruiny pomieszczenie, które by nie przeciekało i które byłoby odpowiednio duże, aby pomieścić większą grupę osób. Miała to być obecna gompa, która wtedy była podzielona na dwa pokoje. Był jednak kłopot – w obu pomieszczeniach zawalał się strop. Janek postanowił zaryzykować swój autorytet, udał się do gminy i złożył podanie o wypożyczenie (!) dwuteownika stalowego o długości 6 m – nie miał oczywiście śmiałości występować o przydział na stal. Kupowanie cementu to też była cała historia. Janosik, nasz ówczesny kierowca, jeździł żółtym mercedesem na Śląsk po cement i była to wyprawa, która trwała tydzień. Najpierw musiał tam dotrzeć, a później stać w długiej kolejce. . Cegły, cement, gwoździe, stal i drewno – wszystko to musiało być, wystane, wypłakane i załatwiane od kuchni.

Kto wtedy mieszkał w Kucharach, gdzie i jak ludzie tu żyli?

Misiek: Podobnie jak na początku w Stupa House. Powstały w tej ruinie enklawy, powycinane z większych pomieszczeń przy pomocy przegródek z płyty pilśniowej. Janek załatwiał sianko od rolników, ludzie sobie wyściełali nim podłogę, w oknach pojawiała się folia, no i jakoś tak sobie koczowali przez całe lata. Jednocześnie na poziomie budowlanym niewiele się zdarzało – może z wyjątkiem ostatniego roku. To był chyba rok 1989, albo już 1990. Zaczął się remont budynku od strony starej stupy i to Janek doprowadził akcję do takiego etapu, że najpierw została zdjęta więźba dachowa i strop i odbudowane całe skrzydło.

Czy wcześniej nie można było tego zrobić z powodu braku kasy i ogólnego komunistycznego marazmu?

Misiek: Można tak powiedzieć. Mieliśmy dużo czasu, mało pieniędzy i bardzo mało możliwości, dlatego też cierpieliśmy na ubóstwo jakby innego rodzaju. Było bardzo dużo ludzi, którzy mogli pomagać za friko. Były takie okresy, że przyjeżdżało po piętnaście, dwadzieścia osób. Wszyscy siedzieli w kupie ciesząc się tą nadzwyczajną sytuacją, ale tak naprawdę niewiele mogli tutaj zdziałać. Można było zajmować się sprzątaniem, czyszczeniem, przekładaniem brzydkich rzeczy z jednego ciemnego kąta w drugi.

Jak były organizowane kursy w tamtych czasach? Jacy lamowie się tutaj pojawiali?

Misiek: tak jak dzisiaj – w parku. Na pierwszy letni, duży kurs zbudowaliśmy stodółkę, której część jeszcze stoi. Obecna kawiarnia jest częścią konstrukcji, którą zbudowaliśmy wiele lat temu z żerdek sosnowych. Dwa tygodnie przed kursem padło hasło „budujemy namiot” i polecieliśmy do lasu z siekierami. Wybraliśmy drzewka, ścięliśmy je, okorowaliśmy, wkopaliśmy słupeczki itd. Konstrukcyjka była genialna, wszystko tak „siadło”, jak trzeba. Oczywiście największy kłopot był z dachem, ponieważ nie mieliśmy właściwych materiałów i chyba użyliśmy zwykłej folijki. I oczywiście ten dach nie wytrzymał podczas kursu, trzeba było biegać podczas ulewy i biedną folijkę łatać. Kursy letnie były organizowane, chociaż oczywiście nie na taką dużą skalę, jak dzisiaj. Nie z takim pięknym wypasem, bo inne było zaplecze socjalne. Nie mieliśmy wystarczającej ilości wody, prądu, jedzenie przygotowywały kobiety ze wsi, w dodatku w bardzo złych warunkach, też pod jakimś namiocikiem skleconym z byle czego. Tragicznie wyglądały kible. Pamiętam jedną konstrukcję, klasyczną sławojkę, a właściwie cały „zestaw pięciokabinowy”! Umowa społeczna mówiła, że z kabin można korzystać w przypadku poważniejszych rzeczy, natomiast sikanie odbywało się za budą. Podczas tego procesu można było obserwować bogatą zawartość głębokiego dołu kloacznego. Po kilku dniach jego treść niebezpiecznie bulgocąc sięgała brzegów. To było nieprawdopodobne doświadczenie, bolesny korzeń samsary. Ale oczywiście bez nuty idealizmu i bezinteresownej pomocy wielu ludzi, to co wtedy robiliśmy nie miało prawa się udać. Zadziwiające jest to, że nie było wtedy żadnej wsypy, np. zatrucia żywnością zakończonego zbiorowym zejściem itd. Ludzie mieli taką ilość przestrzeni i byli tak nahajowani samą możliwością bycia z Ole, że tak naprawdę nikomu nic nie przeszkadzało. Chociaż w końcu dorobiliśmy się złej sławy – przynajmniej za granicą. W 1988 roku była poła w Kucharach i wówczas zeszły się razem wszystkie możliwe trudności: zła pogoda, kiepska baza techniczna. W dodatku o zgrozo przyjechało chyba ze trzystu Niemców! !! Na domiar złego w kuchni coś się nie udało i już pierwszego dnia wszyscy mieli problemy żołądkowe. Padał straszny deszcz, było zimno. Niemcy wyjechali z tak głębokim doznaniem z Kuchar, że do dziś o tym mówią i tak naprawdę od tamtej pory niewielu z nich przyjeżdża. Caty twierdzi, że ciągle pamiętają ów kurs z 1988 roku – nie wiedzą, że Kuchary tak bardzo zmieniły się od tego czasu. Z jednej strony faktem jest, że letnie kursy organizowane były w dosyć dramatycznym klimacie, z drugiej zaś ludzie działali wtedy rzeczywiście z poziomu przyjaźni i prawdziwego idealizmu. Oprócz dużych imprez w parku, odbywały się też mniejsze kursy w budynku. Był Szamar Rinpocze, Gyaltsab Rinpocze, Kongtrul Rinpocze, był też Tenga Rinpocze, oczywiście Tseczu Rinpocze, w końcu również jakiś lama z Francji, którego Janek poprosił, by został w Kucharach. To było jego marzenie – zainstalować tutaj tybetańskiego lamę, który miał odprawiać wszystkie modlitwy tybetańskie. Do tego jednak nigdy nie szczęście nie doszło. Ole zapytany o całą sprawę powiedział, że jeśli już chcemy mieć na stałe lamę w Kucharach, to powinien to być jakiś wielki rinpocze. Jednocześnie wiadomo było, że wysokiej rangi Rinpocze nie zechce zamieszkać w Polsce jakiejś zapyziałej.

Chciałbym cię zapytać o rolę tych osób w szatach, które przez pewien czas mieszkały w Kucharach. Kim byli i jak funkcjonowali ci ludzie?

Misiek: Mówisz o polskich mnichach?

Tak.

Misiek: Od samego początku Ole tego nie chciał. Oczywiście w tamtych czasach do Polski przyjeżdżało wielu rinpocze, więc opinia Olego była jedną z wielu na temat tego, jak powinniśmy praktykować Dharmę. Nigdy z ust tybetańskiego rinpocze na pytanie, czy powinieneś zostać mnichem nie usłyszysz, że nie ma to sensu. Myślę, że tak samo było z naszymi polskimi mnichami, których liderem był Rinczien. Ponieważ wcześniej pełnił funkcję podróżującego nauczyciela, to w sposób automatyczny dał przykład swoim najbliższym kolegom – pokazał im, że też mogą przyjąć ślubowania i pójść tą drogą. Jasne było, że te osoby zamieszkają w Kucharach, no, bo gdzie mnisi mieliby lepsze warunki? Tutaj mogli sobie spokojnie medytować, śpiewać pudże, odpalać kadzidła, składać wszystkie ofiary na ołtarzu itd, czyli robić to, co pojawiło się wraz z całym owym mnisim klimatem. W pewnym momencie w ośrodku wszędzie wisiały różne święte karteczki, takie ściągawki do modlitw tybetańskich. Przed każdym posiłkiem na przykład śpiewaliśmy specjalne modlitwy. Solidnie pachniało kościołem, ale jakoś to w tym czasie łykaliśmy. Trwało to do czasu, kiedy okazało się, że konflikt pomiędzy różnymi sposobami praktykowania dharmy tak naprawdę sięga głębiej. W 1992 roku okazało się, że nie wszyscy rinpocze mówią jednym głosem o XVII Karmapie. Przy okazji okazało się również, że tak naprawdę od lat były pewne kłopoty. Nie wszyscy rinpocze popierali wizję Olego – nie wszystkim podobały się jego poglądy na rozwój buddyzmu na Zachodzie. W pewnym momencie nasi polscy mnisi stanęli przed wyborem, czy podążać za Ole, czy za rinpocze. Oczywiście wybrali tę drugą opcję. Już wcześniej nie łapali klimatu Olego, jego braku szacunku dla dodatkowych, egzotycznych gadżetów. Jednocześnie coś udało im się na pewno zdziałać. Na przykład Rinczien będąc mnichem skończył trzyletnie, klasyczne odosobnienie, kilku jego kolegów też spędziło wiele miesięcy w domkach odosobnieniowych, które sobie postawili w najdalszym kącie parku. I skoro już o tym mówimy – kiedy Rinczien odwiedził Kuchary w zeszłym roku, zagadnąłem go, jak się sprawy mają z jego stanem mnisim? Odpowiedział, że już od kilku lat jest żonaty itd. Zapytałem go też o jego kolegów, powiedział, że żaden z nich nie jest już mnichem. Oczywiście natychmiast wymknęła mi się złośliwa uwaga „Trzeba było od samego początku słuchać Olego, he, he”. Wygląda na to, że zjawisko totalnej tybetańskości mamy już w Polsce za sobą. W całym tym procesie wietrzenia polskiego buddyzmu Kuchary zadziałały jak soczewka – skupiły i pokazały wyraźnie wszystkie trendy, które pojawiały się w różnych ośrodkach. W sumie to było bardzo naturalne, naprawdę nie mieliśmy wtedy żadnych wzorców. Zwykle miały miejsce tylko krótkie wizyty Olego, który zostawiał za każdym razem nową wersję medytacji Trzech Świateł. Medytowaliśmy też na Kochające Oczy – wtedy Czenrezig – i za każdym razem prowadząc medytację Ole prowadził ją z pamięci, podobnie jak dzisiaj. Spisywane przez nas następnie teksty okazywały się za każdym razem zupełnie innymi tekstami, dochodziło na tym tle do wielu problemów i przydługich dyskusji doktrynalnych. Władysław Czapnik, który miał wydrukowany czarno na białym pierwszy tekst Guru Jogi – wówczas ta medytacja nazywała się „Deszcz Nektaru” – tylko w oparciu o ten tekst prowadził wszystkie medytacje i uważał, że każdy, kto postępuje inaczej, błądzi. W miejskich ośrodkach te sytuacje rozgrywały się na mniejszą skalę, ale w Kucharach wszystkie owe tendencje ciągle ścierały się ze sobą. Ponieważ mnisi z racji swoich szat byli traktowani szczególnie, często mieli tzw. „rację”, ale jak się później okazywało, zwykle nie na długo.

Z mnichami wiąże się kolejna ważna historia – rozłam, do którego doszło tu w Kucharach. Byłeś obecny w trakcie niespodziewanej wizyty Olego, gdy odwołano stary zarząd. Według Tomka i Wojtka była to wręcz militarna operacja. Jak to było?

Misiek: Dla mnie osobiście było to ciężkie doświadczenie, dlatego, że większość moich bliskich kumpli miała poważny problem, jak tę sytuację rozegrać, w którą stronę pójść. Większość z nich zmieniła opcję, albo przestała się zupełnie zajmować buddyzmem – ta cała historia to był naprawdę ciężki kaliber. Nie byliśmy wcześniej przygotowywani do takiej poważnej konfrontacji i jak już wcześniej mówiłem, do tego momentu Ole pokazywał nam wszystkich rinpocze, jako świetliste postaci dokładnie kontrolujące samsarę. I tak naprawdę nikomu nie przychodziło do głowy, że wokół takich idealnych postaci może powstać poważny konflikt, zakończony rozłamem. Co gorsza w pewnym momencie Ole wystąpił nagle ze swoim pierwszym listem, który tylko częściowo tłumaczył problem. Ten list zawierał prośbę o podpisanie pewnej deklaracji politycznej wyrażającej poglądy Olego. Więc my, wychowani w komunie, walczący na ulicach, nie mogliśmy tego strawić. Jak mogliśmy opowiadać się za czymś, o czym nie mieliśmy pojęcia, jak mogliśmy podpisywać listy i petycje, skoro wiadomo było, że każda polityka i organizacja to jest jeden wielki syf. Do dzisiaj sporo osób w Polsce głosi takie poglądy i dlatego tak trudno było przez lata zbudować zręby organizacji związku buddyjskiego w naszym pięknym kraju. Do organizacji i polityki czuliśmy tylko i wyłącznie niechęć – w naszych oczach zajmowali się tym ludzie, którzy się w jakiś sposób sprzedali, żeby odnieść jakieś korzyści, nie wypaść z gry itd. Tak to funkcjonowało w naszych umysłach. Podpisywanie czegokolwiek to było coś, czego nie można było zrobić. Walczyliśmy przecież o wolność, a nie o jakieś dziwne historie i przepychanki polityczne. Wielu ludzi myślało „To nie nasza sprawa, my chcemy czystej Dharmy”. Takie poglądy wygłaszał Krzysiek Litwiński, który był wtedy przewodniczącym związku. Chciał być OK wobec wszystkich członków związku, bo ich interesy reprezentował. Nie będę go teraz tłumaczył – nigdy nie byliśmy blisko zżyci ze sobą i ta znajomość zakończyła się wraz z tym, jak Krzysiek pożegnał się z Ole, tym nie mniej pamiętam swoje odczucia. Naprawdę wtedy działanie było bardzo ostre, na zupełnie nie przygotowanym terenie, było okupione dużymi stratami, nie mieliśmy czasu, żeby przeprowadzić to inaczej. Dla mnie całe to zjawisko było dosyć bolesne. Ole był dla nas oczywiście przez cały czas wielką inspiracją, jednak na początku konfliktu wokół inkarnacji Karmapy pokazał nam się w zupełnie innym świetle. Niektórzy z nas brali od dawna udział w organizowaniu życia sangowego i dlatego w sposób naturalny byli blisko Olego – być może oni kumali bazę lepiej niż ja. Natomiast ze mną było tak, że byłem w totalnym szoku – jakby w tym momencie ważyły się moje losy. Tak naprawdę nie byłem do końca pewien, w którą stronę powinienem pójść. Gdybym poszedł za głosem tylko i wyłącznie swojego wewnętrznego odruchu, to prawdopodobnie zniknąłbym – byłem hiperalergiczny na jakąkolwiek pracę społeczną. Każdy tego typu klimat kojarzył mi się tylko z niepotrzebnym zamieszaniem, z czymś, czego kompletnie nie chciałem. Natomiast z drugiej strony działała w moim umyśle pewna potężna siła. Nie wiem jak można by ją krótko określić, być może najlepsze byłoby słowo „związek”. Byłem bardzo zapatrzony w Olego, wszystko co mówił mocno pracowało w mojej głowie. Te dwie siły ścierały się we mnie. Jeżeli chodzi o spotkanie, o które pytasz to rzeczywiście miało ono przebieg wręcz militarny. Ole przyjechał z zaskoczenia, wszystko zostało dokładnie zaplanowane i obliczone – chodziło o to, by udało nam się ostatecznie podziękować za współpracę ówczesnemu zarządowi. Jedną z przyczyn było to, że Ole poprosił Krzyśka Litwińskiego o poinformowanie sangi o szczegółach całej politycznej afery. On tego nie zrobił, ponieważ nie był do tego przekonany wewnętrznie, wszystkie materiały trzymał schowane głęboko w biurku. Mało tego, chyba w pierwszym numerze ówczesnej Diamentowej Drogi ukazało się zdjęcie, tzw. „chińskiego” kandydata z informacją, że jest to XVII Karmapa. Kiedy Ole zobaczył te rewelacje, zrozumiał że musi podziękować tym gościom za współpracę. Było to niemiłe, ale konieczne. Jak widać dzisiaj, dobrze, że tak się stało.

Wracając do chronologii: Janek Gęgało.

Misiek: Przeszedł wszystkie etapy: od fascynacji pracą tutaj do pełnego zmęczenia materiału. Dziś wiem, że ciągłe życie w miejscu publicznym, gdzie trzeba być dyspozycyjnym przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, jest samo w sobie mocną praktyką. Poza tym Janek nie zgadzał się ze Zbyszkiem Andruszkiewiczem, który chciał zmienić sposób pracy w ośrodku i przejąć ster. Oczywiście, że Janek wykonał wielką pracę, ale tak naprawdę należał do innego pokolenia, miał też silne inklinacje do bardzo tradycyjnej praktyki. Myślę, że cierpiał z tego powodu, że nowe pokolenie buddyjskie nie odnosi się już z takim szacunkiem do wszelkich obrzędów i ceremonii. Ciągle chciał tu zainstalować jakiegoś tybetańskiego lamę. Myślę, że w pewnym momencie to wszystko zwyczajnie przestało funkcjonować. Wreszcie Ole zapytał mnie, czy nie miałbym ochoty wbić się w Kuchary, a ja starym zwyczajem odpowiedziałem mu „nie”. Jeździłem wtedy dość regularnie do Norwegii i miałem zupełnie inne plany, bardziej kręciło mnie raczej luźne podejście.

Ale bywałeś w Kucharach, coś tutaj robiłeś.

Misiek: Tak, tak. Odbywało się to jednak z doskoku – przyjeżdżałem, kiedy było coś konkretnego do zrobienia. W pewnym momencie, kiedy Janek był jeszcze przewodnikiem stada, zamieszkałem nawet w Kucharach z Bertą – przywieźliśmy wszystkie swoje meble i spędziliśmy tutaj rok. Po tym roku jednak stwierdziliśmy, że jest trochę za ciasno na wsi polskiej. Wróciliśmy więc do Gdańska, zaczęliśmy znowu jeździć do Norwegii. Spotykaliśmy Olego wtedy, kiedy chcieliśmy, jeździliśmy też do Niemiec. W tym czasie bardzo pomagał Polsce Manfred Maier – nie dość, że wspierał Kuchary, to jeszcze wyciągał co bardziej aktywnych buddystów za ucho na Zachód, co wówczas nie było takie proste jak teraz. Po pierwsze byliśmy bardzo biedni, a po drugie trudno było załatwić paszport, wizę etc. Takie swobodne podejście do Dharmy, do ośrodków, do rozwoju bardzo mi odpowiadało. Nie chciałem się pakować w sytuację pionierską, która określałaby moją aktywność od rana do nocy. Zwyczajnie się przed tym broniłem, poza tym po roku spędzonym w Kucharach zauważyłem, że moja aktywność słabnie. Popadłem w lekką rutynę i straciłem przyjemność z tego, że robię coś dla Dharmy. Wypracowałem więc sobie inny system – „akcyjny”. W wolnych miesiącach przyjeżdżałem do Kuchar i pomagałem w ośrodku tak bardzo jak mogłem.

Dla buddystów Twojego pokolenia Norwegia była.

Misiek: Piękne czasy.

No właśnie opowiedz trochę o tym – myślę, że to też jest ciekawe.

Misiek: W Norwegii wszystko było cudowne. Cudowne były pieniądze, cudowne były samochody i fiordy, cudowne było smażenie się na skałach w letnie popołudnia, cudowna była możliwość pracy w grupie przyjaciół, którzy wbrew temu, co się mówiło zwykle o gastarbeiterach, nie myśleli o tym jak się nawzajem wybzykać lecz jak sobie nawzajem pomóc. Mieszkaliśmy we wspólnych chatach, magazynach, skłotach i hotelach. W naturalny sposób powstawał rynek informacji, dzięki któremu można było bardzo szybko nawet bez znajomości języka załatwić sobie dobrze płatną robotę. Po prostu cała ta sytuacja była niezwykle wyjątkowa i trwała ładnych parę lat. Doszliśmy też do tego, że aby uniezależnić się od nieludzkich cen alkoholu w Oslo, zaczęliśmy przyrządzać go samodzielnie. To chyba Jacek Bierzyński z pomocą Wojtka Tracewskiego przywiózł z Polski aparaturę do pędzenia bimbru, przez którą długo przepuszczaliśmy potem różne pożyteczne i bezpłatne surowce.

Pięknie.

Misiek: Tak, było naprawdę cudownie. W końcu udało nam się zajechać również norweski ośrodek, ponieważ Polacy są bezlitośni, a Norwegowie – wbrew temu co się zwykle myśli o wikingach – są raczej spokojnymi ludźmi. Co ważniejsze stanowiska piastują w Norwegii kobiety. Zszokowało mnie tam na przykład to, że policja konna zatrudniała kobiety, premierem też była kobieta. Funkcje między kobietami a mężczyznami się wymieniły. Więc faceci, którzy prowadzili ten ośrodek, byli. delikatni w obejściu, a my byliśmy okrutnymi dzikusami. Kiedy się okazało, że można dość tanio mieszkać w ośrodku z łatwym dostępem do telefonu, telewizora, kuchni i dobrze wyposażonej lodówki, bardzo szybko norweski ośrodek stał się ośrodkiem polskim – na poddaszu koczowało kilkanaście, a w porywach kilkadziesiąt osób i wreszcie w budynku najzwyczajniej zabrakło miejsca dla Norwegów. W pewnym momencie gospodarze stwierdzili, że mają już dość. Ponieważ nasza aktywność była wielka zdążyliśmy w międzyczasie zaprzyjaźnić się z Norweżkami, pojawiły się osobiste międzynarodowe przyjaźnie, a wraz z nimi nowe możliwości. Poza tym dolar był w Polsce wtedy niezwykle cenny. Pamiętam moment, kiedy po trzymiesięcznym pobycie w Norwegii wróciłem do Polski i położyłem wszystkie zarobione banknoty studolarowe na łóżku. Uświadomiłem sobie, że już do końca życia nie muszę pracować. Potem to się zmieniło, ale wtedy Norwegia była cudownym patentem na funkcjonowanie na poziomie praktycznym.

Zbyszek Andruszkiewicz – kolejna postać Kuchar.

Misiek: O ile dobrze pamiętam, pojawił się tam w 1990 roku, po Janku.

Mówiłeś, że po Janku Ole tobie to zaproponował. Nie bardzo chciałeś i wtedy pojawił się Zbigniew.

Misiek: Tak, pojawił się Zbigniew, który był świetnym gościem, bardzo aktywnym, z wielką ilością pomysłów. Udało mu się w tym początkowym okresie zaprosić do współpracy wielu wspaniałych ludzi. Mieszkało tutaj w pierwszym roku jego pracy chyba z piętnaście osób, o ile dobrze pamiętam. Zapowiadało się bardzo dobrze. Janek zrobił skrzydło lewe, Zbyszek zaczął od części środkowej udało mu się również rozebrać najbardziej zniszczone, podpiwniczone skrzydło dworu.

Słyszałem, że to właśnie Zbyszkowi udało się wy. prowadzić mnichów z Kuchar. Jak do tego doszło?

Misiek: Jak wspomniałem wcześniej, mnisi odbywali tu odosobnienia w swoich drewnianych domkach – to był 1992 rok. Troszeczkę wcześniej wydarzyły się te wszystkie historie, po których nastąpił rozłam. W rzeczywistości Zbyszek był w złej sytuacji – w budynku głównym był panem i władcą, natomiast w „odosobnieniówkach” siedziała cała opozycja – mnisi, którzy mieli zupełnie inny pomysł na rozwój Dharmy w Polsce i którzy wyraźnie mówili, że nie chcą współpracować z Ole. W końcu. Zbyszek powiedział: „OK, skoro oni nie chcą współpracować z Ole, to my nie będziemy im pomagali”. Ponoć dodał też, że „Od dzisiaj będą głodni…”. Oczywiście ta sytuacja długo trwać nie mogła no i w pewnym momencie Rinczen wraz z kolegami opuścił domki odosobnieniowe, . Trzeba było jednak uregulować tą sytuację od strony finansowej, ponieważ domki odosobnieniowe wybudowały prywatne osoby za własne środki. Oczywiście nie było żadnego problemu, zwróciliśmy pieniądze. Oddaliśmy również posągi, które wcześniej zostały kupione w Nepalu przez prywatne osoby z myślą o ośrodku w Kucharach. W sposób fizyczny udało nam się więc rozejść bez większych dramatów. Ów rozwód trochę jednak trwał i myślę, że Zbyszek żył wtedy w bardzo silnym stresie, starając się to wszystko jako tako załatwić.

Czasy Miśka?

Misiek: To był rok 1995, kiedy pojawiły się w Kucharach większe pieniądze – dzięki szczodrości Elisabeth z Niemiec mieliśmy znowu poważne środki na kontynuowanie remontu dworku. Mówiąc o czasach Zbyszka trzeba też powiedzieć, że to właśnie on nawiązał bliską współpracę z fundacją niemiecką, która dość regularnie przekazywała środki na remont Kuchar. W oparciu o kiepską infrastrukturę – telefon na korbkę i mizerny, szczątkowy komputerek – Zbyszek był w stanie poprowadzić wszystkie papiery, potrafił porozumieć się po angielsku z ludźmi, którzy koordynowali pomoc dla Kuchar w Niemczech itd. Na tym polu osiągnął rzeczywiście bardzo dużo. Kiedy w 1995 roku na koncie fundacji pojawiły się duże pieniądze, oczywiście z naszej strony pojawił się natychmiast plan, jak je dobrze wydać. Projekt był przygotowany – należało odbudować rozebrane wcześniej skrzydło dworku – jednak Zbyszek nie chciał już tego robić. W rzeczywistości sam zwrócił się do mnie z pytaniem, czy mógłbym poprowadzić dalej tą budowę. To było na początku 1995 roku. Niewiele myśląc zgodziłem się i wiosną zaczęliśmy nowy etap prac, kładąc pierwsze taczki betonu pod fundamenty lewej części budynku. Późną jesienią, w listopadzie tego samego roku to skrzydło było już zadaszone. Samo tempo prac było genialne – w dodatku wszystko to rozgrywało się w szczególnej, przejściowej sytuacji, ponieważ Zbyszek myślał już poważnie o tym, żeby opuścić Kuchary. Nie wiem, czy wszyscy wiedzą o tym, że pracując tutaj miał dwójkę dzieci i żonę, której nie do końca odpowiadała cała ta partyzancka sytuacja. Myślała raczej o normalnym życiu rodzinnym, wspólnym mieszkaniu. Zbyszek musiał więc pracować pod poważnym ciśnieniem również ze strony rodziny. Kiedy więc pod koniec 1995 roku Ole ponownie zapytał mnie, czy chciałbym wprowadzić się do Kuchar, tym razem powiedziałem „tak”. I trwa to do dzisiaj.

Co się wydarzyło potem, po 1995 roku? Po kolei albo w ogólnym zarysie. Większość z nas już te czasy pamięta.

Misiek: Dla mnie to była budowa, budowa, kupowanie materiałów, znowu budowa, jeżdżenie. Jeden kurs, drugi kurs, załatwienie tych wszystkich kolejnych pozwoleń – na doprowadzenie prądu, wody. Generalnie te lata to był cały szereg nie kończących się akcji. Na początku mojej pracy w Kucharach przechodziliśmy przez wstępną fazę projektu, którego częścią była budowa dworu. Potem zaczęła się bardziej subtelna robota, związana z wykańczaniem wnętrz, dokręcaniem rureczek, kafli, drzwi, okien. Ta cała sprawa trwa do dzisiaj. Nie wiem czy ma sens wymienianie tych wszystkich szczegółów. Dzisiaj w dworku możemy przyjąć nawet 100 osób – dla wszystkich wystarczy miejsca do spania, przestrzeni w toaletach i łazienkach itd, więc generalnie od strony infrastruktury obiekt już funkcjonuje. Oczywiście są jeszcze słabsze miejsca, – na przykład kuchnia, jadalnia. Całe to zaplecze socjalne musi odpowiadać normom sanepidowskim. Bardzo na to uważamy, ponieważ kiedyś będziemy musieli doprowadzić do formalnego odbioru tego budynku i wówczas niezbędne będą konkretne uzgodnienia. Na dzień dzisiejszy jeszcze nie wszystko jest w tej kwestii zrobione. Na początku oprócz tego, że organizowałem wszystko w sensie zaopatrzenia w materiały i projekty, pracowałem również dużo fizycznie, angażując się we wszystkie działania, na których się znałem. Wiedziałem, że jak ja tego nie zrobię, to nikt tego nie zrobi. Miałem takie dziwne przeświadczenie (śmiech) , złe. Mniej więcej dwa lata temu okazało się, że nie mogę się tak bardzo angażować w pracę fizyczną, ponieważ cierpią na tym inne dziedziny funkcjonowania ośrodka. W międzyczasie powstało w Kucharach duże biuro. Ilość informacji przychodzących do ośrodka i wychodzących z niego jest tak duża, że muszę brać w tym udział, przynajmniej w pewnym stopniu. Dlatego oprócz spraw budowlanych musiałem zająć się bardziej ogólną organizacją – samym funkcjonowaniem ośrodka, organizowaniem kursów itd.

Nie pytam czyja to zasługa, bo to oczywiste, ale jak to się stało, że jeśli chodzi o przygotowanie kursów, Kuchary są zorganizowane lepiej od Niemców. Jak to się stało, że na początku siedzieliście tam na trawie pod przeciekającą folią, a w tej chwili mamy wszystko, co jest potrzebne – możemy w ośrodku po prostu siedzieć, medytować i wszystko jest w porządku?

Misiek: Myślę, że jest to możliwe dlatego, że robimy to od dwudziestu lat w jednym miejscu. Równie ważny był również przekaz – zawsze z zespołu, który odchodził, pozostawał ktoś, kto jakby niósł go dalej. Poza tym jeśli się coś robi długo i wydarzy się wystarczająco duża ilość powtórzeń, wtedy ilość błędów maleje i pojawiają się w ich miejsce coraz bardziej sensowne rozwiązania. Widać dzisiaj również, że kursy w Kucharach są zorganizowane przynajmniej równie dobrze – a może nawet lepiej niż w innych krajach. Na pewno nie mamy się czego wstydzić. Ważne jest również to, że tak naprawdę pracą w Kucharach zajmowała się dawniej zwykle grupa szaleńców – przygotowania do kursu zaczynały się najczęściej na dwa tygodnie przed jego rozpoczęciem. W tej chwili wygląda to zupełnie inaczej. Zasadnicze zmiany w naszym podejściu zaszły przy okazji wizyty Karmapy. Udało nam się wówczas spotkać odpowiednio wcześniej w dużej grupie ludzi z całej Polski, wydobyliśmy na światło dzienne wszystkie potencjalne problemy, z którymi mogliśmy się zetknąć podczas przygotowywania wizyty itd. Pojawiły się osoby odpowiedzialne za poszczególne cząstkowe projekty, ludzie ci znaleźli sobie pomocników i w rezultacie wszystko zatrybiło w tak piękny sposób. Dzisiaj w oparciu o to samo podejście robimy projekt „Stupa” i efekty są naprawdę doskonałe. Poza tym obecnie ośrodki miejskie też funkcjonują teraz zupełnie inaczej. Ponieważ wcześniej tylko Kuchary były poligonem, gdzie budowało się ośrodek i organizowało kursy, a ośrodki miejskie służyły często do tego, żeby przechować się od jednej letniej imprezy do drugiej, ludzie w Polsce tak naprawdę nie mieli zupełnie świadomości, co trzeba zrobić, żeby w tym samym czasie i miejscu zafunkcjonowało jakieś większe wydarzenie. Myślę, że to co się działo na przestrzeni lat w Kucharach miało swój wpływ na powstawanie takich projektów jak ośrodek w Krakowie, w Gdańsku w Warszawie. Teraz wszystko staje się coraz prostsze – również dzięki internetowi, telefonom komórkowym, samochodom. Wszystkie te udogodnienia powodują, że przepływ informacji jest nieprawdopodobnie szybki. Żyjemy wszyscy tym samym rytmem, tym samym pulsem. Mamy Diamentową Drogę – gazetę, która przenosi informacje w całą Polskę. Myślę, że to wszystko doskonale pracuje.

Misiek, kiedyś tam po drodze skończył się okres, kiedy znałeś wszystkich ludzi na kursach z imienia. Jak oceniasz tą publiczność, która przybywa na nie dzisiaj? Czym ci ludzie różnią się od gości Kuchar sprzed kilku czy kilkunastu lat?

Misiek: Teraz jest w ludziach konkret. Myślę, że dawniej byliśmy bardziej pomieszani – wynikało to również z naszej sytuacji życiowej, z sytuacji w jakiej była Polska. W zasadzie nikt nie planował sobie życia w jakiejś dalszej perspektywie, bo to kompletnie nie miało sensu. Dawniej również cieszyliśmy się zjawiskami, ale tej radości często towarzyszyło pomieszanie. Teraz jest równie dużo radości, ale towarzyszy jej więcej przejrzystości, więcej konkretnych, twórczych działań. Kiedyś w przerwach między sesjami towarzycho pętało się po terenie to tu to tam, żeby jakoś spędzić czas od jednego wieczornego wykładu do drugiego, bo wiadomo było, że wtedy będzie wielki show. Teraz nowoczesny buddysta, zwykle bogatszy, siada w przerwie między medytacjami z laptopem przed nosem i wykonuje jakąś pracę – tłumaczy teksty, odpowiada na listy, robi coś pożytecznego. . Wcześniej takiego zjawiska nie obserwowałem, raczej musieliśmy walczyć z degrengoladą. Istniał problem alkoholu, dragów. Przyjeżdżali do Kuchar ludzie, którzy usłyszeli od kogoś, że jest jakiś tam kurs, nie wiadomo jaki, ale będzie fajne towarzystwo, więc warto pojechać i się zabawić. Na letnie kursy przyjeżdżali bębniarze, którzy – jak to bębniarze – przez całą noc bębnili. Były gitary, były wszelkie używki, które rozmiękczają mózg na dłuższy lub krótszy czas. Walczyliśmy więc z tego typu tendencjami, co było często niezwykle trudne. Nie mogliśmy reagować zbyt twardo, ponieważ sami tę sytuację czuliśmy podobnie, nie byliśmy również wtedy w stanie technicznie nad wszystkim zapanować, co jest już możliwe dzisiaj. Nie dbaliśmy szczególnie o szczelność bramek, bo wiadomo było, że ludzie nie mieli pieniędzy itd. Generalnie zmieniło się bardzo dużo – również dlatego, że czasy są inne, inni są też ludzie. Planują sobie jasno przyszłość, chcą robić kariery, pracować, zarabiać i podróżować. Jeżeli chcą również medytować, jeśli potrafią nadać swojej energii naprawdę wartościowy kierunek, wówczas daje to pełną siłę – wtedy można mówić o zdrowym, rasowym funkcjonowaniu. Takich ludzi jest coraz więcej.

Dwa ostatnie pytania. Jak uważasz, co Ole, co buddyzm Diamentowej Drogi zmienił na przełomie tych dwudziestu pięciu lat w Polsce?

Misiek: Myślę, że o zjawisku społecznym jeszcze mówić nie możemy, dlatego że skala którą ogarniamy jest jednak niewielka. Możemy mówić o tysiącu czy dwóch tysiącach buddystów, którzy pracują w ośrodkach Karma Kagyu. Myślę, że jest to za mało, aby mówić o zmianach, które miałyby być widoczne na zewnątrz. Natomiast dorobek jaki mamy na gruncie public relations jest duży To że istnieją adresy naszych ośrodków w trzydziestu miastach, że mamy książki, które są dostępne w księgarniach, że mamy strony www i informatory ułatwiające kontakt z nami wszystkim tym, którzy sobie takiego kontaktu życzą – wszystko to jest bardzo ważne. To jest naprawdę wielka oferta, bardzo istotna w całej wizji Olego. To nam się udało. Sądzę że wśród wszelkich dziwnych rzeczy, które się dzieją w nowoczesnym świecie, rozwój Diamentowej Drogi i rozprzestrzenianie się informacji o niej ma szczególne znaczenie – jest to zjawisko w pewien sposób wyjątkowe. Z jednej strony tysiąc osób to niewiele, ale z drugiej to bardzo dużo, gdyż wystarczy jedna dobrze funkcjonująca osoba w mieście, by coraz więcej ludzi chciało się uczyć z jej doświadczeń. Myślę, że po tych dwudziestu pięciu latach możemy mówić o poważnym dorobku.

Na zakończenie pytanie prywatne. Jak myślisz, co Ci dało w życiu spotkanie Olego?

Misiek: Prawdopodobnie to, że przeżyłem. Podejrzewam, że bez dharmy i Olego, życie mogłoby mnie pchnąć w zupełnie inna stronę, ponieważ miałem zawsze skłonność do miłych sytuacji, a miłe sytuacje najłatwiej stwarzał alkohol. Jeżeli taka tendencja utrzymuje się przez dłuższy czas, zwykle prowadzi to w końcu do kłopotów. Poza tym Ole otworzył mi konkretne pole do aktywności – prawdopodobnie nie potrafiłbym bez tego skoncentrować swojego działania w życiu na taka skalę. Ole potrafi zmusić leniwe istoty, w tym mnie, do tzw. rozwoju. Pokazuje, jak łączyć medytacje ze skutecznym funkcjonowaniem w codzienności. Ludzie, którzy dużo medytują (ja do takich w tej chwili nie należę) , mogą popaść w pewną skrajność – oczywiście otworzy im się oko mądrości, natomiast w przyszłości życie może pokazać, że nie funkcjonują zręcznie i sprawnie na praktycznym poziomie. Może to być dla nich smutnym zaskoczeniem. Także za to jestem Olemu wdzięczny. Byłem bardzo oporny i nie chciałem dać się wciągnąć w tą pracę – to głównie talent Olego i jego zręczne metody sprawiły, że znalazłem się w oku cyklonu i musiałem zacząć zwalczać w sobie różne dziwne historie, które siedzą gdzieś tam w zakamarkach umysłu każdego z nas. W sumie nie ma nic piękniejszego w życiu niż przekraczanie coraz to nowych granic w sobie. Ukazują się zupełnie nowe horyzonty. W zasadzie powstaje nowy człowiek – tak chyba można powiedzieć. Na początku swojej współpracy z Ole miałem dużo czasu na medytację, na czytanie książek i wykładów – myślę, że korzystałem z tego dobrze. Potem kiedy zostałem wbity w Kuchary – w tę sytuację pracy dla tak zwanego dobra publicznego – musiałem zweryfikować sposób funkcjonowania swojego umysłu, dostosować się do ciągłej akcji. Podejrzewam, że gdyby nie znajomość z Ole, to do tego etapu nie doszłoby nigdy. Prawdopodobnie pozostałbym na poziomie zakochiwania się w tej czy innej medytacji, być może poznałbym więcej języków. Natomiast chyba nie udałoby mi się przekroczyć niektórych granic, określających osobowość – zamykających ją pomiędzy punktem A i punktem B. Ole mówi, że takich granic w rzeczywistości nie ma, działają one jednak na mocy nawyku i zwykle w naszym życiu musi wydarzyć się coś na prawdę silnego, żeby chciało się nam przejść na tę drugą stronę. To się nie zdarza często, więc także z tego powodu mogę powiedzieć, ze jestem szczęśliwy. Istnieje też ciemna strona takich działań, ponieważ rozpoznawanie swoich własnych ograniczeń nie jest miłym procesem. Dlatego tak potrzebna jest inspiracja – energia, która jednak popycha nas w tę dobrą stronę. W moim umyśle ten proces trwa. Nie mogę powiedzieć, że na gruncie rozwoju osobistego coś wielkiego osiągnąłem, natomiast czuję, że niektóre rzeczy się pozmieniały i to dosyć poważnie. Myślę, że było to warte pewnego wysiłku.

Misiek, czy jak byłeś pierwszy raz w Kucharach chociaż przez moment podejrzewałeś, jak wielką rzeczą się staną?

Misiek: Myślę, że na tym początkowym etapie tylko Ole miał wizję – oprócz niego tak naprawdę nikt tego nie chciał brać. Pamiętam, że ówczesny zarząd robił wszystko, żeby Kuchar nie kupić – prosił nawet różnych rinpocze, żeby tę niechęć pobłogosławili. I w końcu Ole powiedział tak: „Proszę, kupcie Kuchary. Jeżeli wy tego nie zrobicie, ja to zrobię. ” I tak się stało. Ja zacząłem pojmować jak wielkie będą Kuchary dopiero pracując tutaj – kiedy zacząłem ogarniać wszystkie te ciemne kąty i miejsca, wyobrażać sobie kiedy i jaką rzecz należy zrobić, żeby nie pojawiły się problemy z przyrodą, czy z funkcjonowaniem tego, czy innego elementu infrastruktury. Czym będzie ten ośrodek zrozumiałem tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy wszedłem w tę sytuację na sto procent.

Dzięki za rozmowę.

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Cytat - Lama Ole | Cieszcie się zjawiskami, ale nie pozwalajcie im się schwytać - Lama Ole Nydahl | Cytat - Albert Einstein | O medytacji w tradycjach mahajany i therawady - Szamar Rinpocze | Brama do czystej krainy - Gendyn Rinpocze | Cytat - Saraha | Nauczyciel i uczeń w buddyzmie - Lama Ole Nydahl | Symboliczne nauki, których Tilopa udzielił Naropie - Tilopa | "Sporo piwa się piło ... i czerwonego wina" - Wywiad z Leszkiem Miśkiem Nadolskim | Nowy Jork - Marcin Muszaj Muchalski | Katowice - Jarek Orzeł | The Stupa House Courier - Żwirek | List Kunziga Szamara Rinpocze - Szamar Rinpocze | A może samo powstanie Stupy Cudów było cudem? - Żwir i Trac | Z życia szofera - Marcin Mędrzecki |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: