DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 28 -> La Viáje Magica

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

La Viáje Magica

Rafał Olech
_________

W „Stu latach samotności” Marqueza szczególnie pociągające jest widzenie świata na granicy snu – magiczność przeplata się z rzeczywistością, wszystko jest fascynujące, a nawet najbardziej zaskakujące sploty wydarzeń nie dziwią, bo przecież nic nie jest niemożliwe.


Pod koniec maja i mnie zaskoczył obrót spraw, gdy okazało się, że oto siedzę obok Miry w samolocie, który przemierza właśnie Atlantyk, by wylądować w dwudziestomilionowej metropolii, położonej na wysokości 2500 m. Mało tego, nie tylko Meksyk miał otworzyć przed nami skarbiec swoich możliwości, ale również Salwador i Republika Gwatemali. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że wszystkie te miejsca mieliśmy odwiedzić z Lamą Ole – w jego obecności nie można się nudzić, rzeczy wydarzają się z niezwykłą intensywnością. Krótko: było tak wspaniale, że gdyby nie liczne e-maile, które dostaję po powrocie, zastanawiałbym się, czy ten sen wydarzył się naprawdę.
Ale zacznijmy od początku. W czasie przesiadki na lotnisku we Frankfurcie spotkaliśmy się z Wojtkiem Kossowskim, naczelnym architektem stup powstających jak grzyby po deszczu na Zachodzie, pomysłodawcą projektu adaptacji Stupa House w Warszawie i naszym wielkim przyjacielem. Wojtek dwa tygodnie wcześniej wrócił z Meksyku, gdzie według wskazówek Tseczu Rinpocze przygotowywał miejsce pod budowę nowej stupy. Dowiedzieliśmy się od niego o kilku ciekawych warunkach, które muszą być spełnione przy ścinaniu „drzewa życia” (rdzenia stupy) , o sytuacji Dharmy w Ameryce Centralnej i zauroczeniu Wojtka sztuką Indian. Dostaliśmy też kompakt z tekstami, które miały być umieszczone w stupie. Tak oto dwoje Polaków stało się posłańcami przewożącymi mantry z Europy do Ameryki, by mogły spocząć w budowli symbolizującej stan buddy, budowanej przez wielkiego mistrza Wschodu. W ten sposób zaczęła się nasza podróż magiczna. ..

Lot nad Atlantykiem był imponujący. Z samolotu o zwykłych wymiarach przesiedliśmy się do latającego kolosa, w którym na dwóch poziomach 400 pasażerów siedziało w rzędach po 10 osób. Po 15 godzinach lotu łagodnie wylądowaliśmy w największej metropolii świata. Lama Ole miał przylecieć za kilka dni, więc głodni wrażeń zatopiliśmy się w rytmie miasta. ..
Uzbrojeni po zęby policjanci na motocyklach Harley Davidson z lat sześćdziesiątych, wciąż produkowane Volkswageny – Garbusy jako biało-zielone taksówki, zatłoczone metro z wydzielonymi i chronionymi wagonami dla kobiet, starców i dzieci, pełna rozmachu nowoczesna architektura, wszechobecne handel i gastronomia uliczna, widoczne gołym okiem skrajna bieda i wielkie bogactwo w dzielnicy ambasad, szaleni kierowcy małych autobusików, poobijane amerykańskie krążowniki szos i wielkie transamerykańskie ciężarówki przeciskające się przez zatłoczone ulice, wspaniałe Museo Antropologico prezentujące bogactwo kultury Majów, Azteków, Olmeków, Tolteków i innych ludów tego regionu świata oraz to, co się z nimi stało po przybyciu Corteza, indiańscy prekursorzy skoków bungee wirujący dostojnie na linach w parku przed muzeum, dom Fridy Kahlo pełen jej wstrząsającego malarstwa, małe i tanie hoteliki, które musieliśmy ciągle zmieniać, mariachi, czyli uliczni grajkowie wynajmowani do śpiewania serenad pod oknami ukochanej, tequila, która ratowała nasze brzuchy przed niepożądanymi „składnikami” potraw ze straganów, opancerzony dom Trockiego, gdzie miał nadzieję ukryć się przed NKWD i wyczuwalny w powietrzu romans z komunizmem obiecującym całkowitą wolność, plac Zocalo w centrum miasta z olbrzymią flagą, której łopot przy dużym wietrze słychać było w hotelu kilka przecznic dalej, kataryniarze w galowych mundurach, zapachy wiatru i deszczu na rozgrzanych ulicach, Teotihuacan – urbanistyczne założenie Majów na 25000 mieszkańców, z piramidami słońca i księżyca, przestronnymi alejami, oddalone o 60 km od miasta Meksyk. .. Słowa, obrazy, wrażenia, kalejdoskop zjawisk.

Na oddzielny akapit zasługuje opis kuchni meksykańskiej. Chitos, buritos, tacos, nachos, wszechobecne pasty z zielonych i czerwonych pomidorów, małe papryczki, kakao, fasola przyrządzana na nieskończoną ilość sposobów, ale przede wszystkim owoce – wszystkie te smaki i możliwości wręcz powaliły nas na kolana! Weszliśmy raz do warzywniaka w supermarkecie i byliśmy w stanie nazwać jakieś 15% leżących dookoła smakołyków. Kilka rodzajów liści kaktusowych obranych z kolców, papaje, maracuje, melony, te małe dziwne kuleczki, te średnie, podłużne „jakbykabaczki”, ananasy, karczochy, banany duże, banany małe, banany zielone, banany żółte, banany czarne. .. W końcu kupiliśmy arbuza, melona i jabłka. Wreszcie przyjechali Lama Ole i Hannah! Wykład na politechnice przyciągnął około 200 osób. Mistrz był tak zmęczony, a my tak uradowani jego widokiem, że z wykładu zapamiętałem tylko uczucie wdzięczności.
Następnego dnia, po nocy spędzonej u przemiłych Daniela i Marii Aimée, pojechaliśmy razem z nimi do Tonali – oddalonego o ok. 100 km od Meksyku miasteczka, gdzie miał odbyć się kurs poła. Zdziwił nas trochę podział domków, w których mieliśmy zamieszkać, na męskie i żeńskie oraz parę innych pomysłów organizacyjnych. Członkowie meksykańskiej sangi, przyzwyczajeni do buddyzmu w stylu Gelugpy, który dominuje w głównym ośrodku kraju – w Casa Tibet – z prawdziwą radością poznawali spontaniczne sposoby działania joginów Diamentowej Drogi. Carmen, Marielena, Ana, Rosa, Tere, Adolfo, Alejandro, Pablo, Tony i wszyscy inni, z którymi razem odkrywaliśmy moc medytacji, z nieznanych osób przemienili się w pełnych znaczenia przyjaciół. Pojawiło się mnóstwo otwartości – razem z Pablo kupiliśmy w miasteczku koniak Don Pedro, którym wieczorami delektowaliśmy się wszyscy w towarzystwie Mistrza.
Pewnego niedzielnego wieczoru, w czasie przerwy między sesjami, wspięliśmy się z Marieleną i Aną na najwyższe wzgórze w okolicy. Na chwilę oniemiałem – nagrzana w ciągu dnia ziemia oddawała ciepło i lekko zamglone powietrze falowało, na horyzoncie dolinę zamykały zarysy wulkanicznych gór, w dole, z pueblo słychać było bossanowę, cykady grały jak szalone, słońce chowało się za chmurami i powoli zapadał zmrok. W takich momentach można zrozumieć, że życzenie wszystkim istotom, żeby mogły przeżyć coś takiego, żeby mogły być całkowicie szczęśliwe, jest czymś całkowicie spontanicznym i naturalnym, poza jakimikolwiek koncepcjami. Na zakończenie poła, w czasie ślubowania bodhisattwy, przynajmniej połowa osób w namiocie miała w oczach łzy wzruszenia.

Po poła Lama Ole pojechał z wykładem na północ do Torreone, ja zaś, ze względu na koszty, wróciłem do Ciudad Mexico, skąd po dwóch dniach mieliśmy udać się dalej na południe. Z perspektywy domu przyjaciół miasto wyglądało zupełnie inaczej, niż z okna taniego hoteliku. Po krótkim locie do Tapachuli, położonego na południowym zachodzie kraju, na lotnisku powitał nas Walter z Salwadoru. Wraz z Hannah, Ole oraz trójką Niemców wsiedliśmy do małego busika, którym pojechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Przejścia graniczne pomiędzy Mek-sykiem, a Gwatemalą i pomiędzy Gwatemalą, a Salwadorem dostarczyły nam kilku refleksji. Pierwsze z nich przypominało mur pomiędzy wschodnim i zachodnim Berlinem w najlepszych latach zimnej wojny. Granica ta stanowi pierwszą barierę dla uciekających do USA emigrantów z Ameryki Południowej i Centralnej i jest kpiną z poczucia wolności i godności ludzkiej. Przejście po horyzont otoczone jest slumsami zaludnionymi przez tych, którym nie udało się przedostać na „lepszą” stronę – ludzie ci nie mają ani dokąd ani po co wracać. Jeśli ktoś myśli, że cierpi w życiu na brak możliwości, powinien zobaczyć to miejsce.
Druga granica przypominała scenę wyciętą z filmu z lat pięćdziesiątych – upał, jakieś 40°C, śmigło pod sufitem leniwie mielące gęste powietrze, w kącie żałośnie zakurzona flaga niewiadomego koloru, od lat nieporuszona najlżejszym powiewem wiatru, jeden facet w przepoconej podkoszulce tępym wzrokiem wpatrujący się w telewizor i drugi, stukający jednym palcem w przedpotopową maszynę do pisania, w przeciwległym kącie pomieszczenia. ..

Mężczyzna przy okienku bez cienia zainteresowania kartkował nasze paszporty. Za chwilę przejście miało kończyć godziny urzędowania – udało nam się je pokonać tylko dzięki interwencji Waltera. Po drugiej stronie granicy czekał na nas Ricardo ze swoją dziewczyną, którzy mieli pilotować nas dalej. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, nagle płynnie przeszedł na piękną polszczyznę. W opisanych powyżej okolicznościach byliśmy tym tak zaskoczeni, że minęła długa chwila zanim ten fakt do nas dotarł – już nawet zacząłem się zastanawiać, co to za język. Okazało się, że Rysiek urodzony w Argentynie miał polskich rodziców, którzy trafili tam po wojnie. Jest adwokatem, zapalonym motocyklistą i mieszka w Gwatemali.
Jadąc za nim trafiliśmy do pięknego domku z basenem, do ogrodzenia którego przylegała plaża Pacyfiku! Mimo tego, że była już druga w nocy, pobiegliśmy się wykąpać. Kiedy wskoczyliśmy pomiędzy 2,5 metrowe fale, od razu zacząłem marzyć o tym, by móc jeszcze choć jeden raz w życiu nabrać powietrza w płuca. Masa wody cisnęła mną o wulkaniczny piasek, w dotyku kojarzący się z papierem ściernym nr 10 – i zafundowała mi piling na całym ciele, łącznie z wnętrzem ust. Szybciutko przenieśliśmy się do basenu. .. Pojawiła się kolejna magiczna sytuacja – było za ciemno i za gorąco żeby pracować, więc wszyscy dołączyli do nas. Pławiąc się leniwie w chłodnej wodzie, lama Ole sam z siebie zaczął snuć opowieści o największych bitwach w historii. Następnego dnia kontynuowaliśmy podróż urwistym wybrzeżem oceanu z zapierającymi dech widokami. Cały Salwador robi niezwykłe wrażenie. Kończy się tam uskok tektoniczny, który zaczyna się w okolicach Los Angeles i w związku z tym trzęsienia ziemi są w tym kraju na porządku dziennym. Ostatnie, bardzo silne, dokonało w styczniu ogromnych zniszczeń – wciąż omijaliśmy zwalone mosty i rumowiska pełne ludzi mieszkających pod rozpiętymi prowizorycznie plandekami. Sytuacja ekonomiczna Salwadoru doprowadziła do tego, że państwo zrezygnowało z własnej waluty i wszędzie można było płacić dolarami. Zaczęło docierać do mnie, co znaczy karma miejsca.

Po południu dojechaliśmy do ośrodka misyjnego, prowadzonego przez zakonnice, gdzie miała odbyć się kolejna poła. Na wewnętrznym zboczu olbrzymiego krateru wypełnionego jeziorem, wśród bujnej tropikalnej roślinności stał zespół budynków, które przetrwały niejedno trzęsienie ziemi. Tylko Kościół stać na nowoczesne technologie budowlane w takim miejscu. Przyznam, że scenografia tego kursu daleko odbiegała od naszych europejskich standardów. Na ścianie za Lamą Ole zamiast portretu Karmapy widać było twarz Chrystusa – Jezus jako przystojny trzydziestolatek namiętnym wzrokiem wpatrywał się w salę. Surrealizm sięgnął szczytu, gdy w czasie jednej z sesji na dziedzińcu rozpoczęła się msza polowa – odgłosy poła mieszały się ze śpiewem Indian wtórujących księdzu.
I znowu intensywna praktyka w polu mocy Mistrza wyniosła nas na niezwykły poziom – wieczorem radość i moc przyjęły formę mistrzowskiego pokazu opowiadania kawałów, tłumaczenia ich na kilka języków, śmiechu do bólu brzucha nad ranem. Mara, Maria Jose, Sonia, Olga i Haime, Cynthia i Nathan, Hector i Ricardo – buddowie są wokół nas. Pewnego wieczoru w naszym pokoju świat magiczny znowu zmieszał się z rzeczywistością. Lama Ole zaczął opowiadać o Białej Parasolce, tysiącrękiej strażniczce naszej linii – o tym, jak z Caty na motocyklu w czasie deszczu i na ostrym zakręcie wpadł w poślizg, mając z lewej strony strome zbocze góry, a z prawej przepaść. Zaczęli sunąć na skraj urwiska i nagle poczuli, jakby tysiąc rąk postawiło motocykl znowu w pionie. Za chwilę byli już na prostej. Kilkanaście lat wcześniej w Afryce Południowej lama Ole zaczął wspinać się na niepozornie wyglądającą górę. Po jakimś czasie doszedł do miejsca, w którym skończyły się wszelkie chwyty – nie mógł już pójść wyżej. Co gorsza, zaczęło zmierzchać. Droga była tak trudna, że pokonanie jej w dół i to po ciemku, nie wchodziło w grę. W końcu Ole zdecydował się na skok w górę na oślep i próbę złapania się za jakiś niewidoczny występ skalny. I wtedy znowu poczuł jak tysiące rąk unoszą go w górę. Po chwili znalazł pewne oparcie dla palców i szybko udało mu się wejść na szczyt. Za oknem właśnie zapadała noc, a ciszę przecinał od czasu do czasu donośny rechot wielkich, wszędobylskich żab.

Ostatnia sesja kursu zakończyła się lungami i błogosławieństwami. Potem wszyscy wstaliśmy i. .. ziemia zaczęła się trząść. Wrażenie było niesamowite. Nagle wszystko zaczęło tańczyć czaczę – podłoga, ściany, sufit i żyrandol. Odwieczne siły natury dały o sobie znać, zupełnie jakby obudziła je siła medytacji. Nasi przyjaciele cierpliwie czekali, aż trzy kolejne fale wstrząsów przeminą, więc i my nie daliśmy się ponieść impulsowi, skłaniającemu do ucieczki na zewnątrz budynku. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że w niedalekim epicentrum trzęsienie miało 6° w skali Richtera. W końcu Ole odleciał do San Francisco, a nam pozostały jeszcze trzy dni w Gwatemali. Na szczęście pojechaliśmy tam kursowym, międzynarodowym autobusem z naszymi przyjaciółmi, ponieważ na granicy okazało się, że klimat na przejściu z Gwatemali do Salwadoru, był na tyle leniwy, że nikt nie wbił nam stempla potwierdzającego wjazd do kraju. Teraz, przy wyjeździe, urzędnik oznajmił nam, że przebywaliśmy w Salwadorze nielegalnie. Zaproponował nam powrót do stolicy i zameldowanie się na głównym posterunku policji, a na nasze próby sprzeciwu zareagował ofertą 48 godzin w areszcie. Wyraz jego twarzy, wysokość czoła i ogólna wibracja sugerowały, że nie chodzi o łapówkę tylko o manifestacje władzy nad „gringos”. Natura buddy bywa czasem ukryta dość głęboko. Po chwili na miejsce przybył również szef posterunku i zrobiło się zbiegowisko. Maria Jose i stewardesa z autobusu musiały użyć swojego niezaprzeczalnego uroku i głębokiej sztuki negocjacji, aby rozładować sytuację. Skończyło się na mandatach.
Odetchnęliśmy z ulgą i ruszyliśmy dalej do stolicy Gwatemali. Następnego dnia postanowiliśmy pojechać do Antiqua – zabytkowego miasteczka w stylu kolonialnym, do którego zaprosili nas Cynthia i Nathan. Całkowicie lekceważąc ostrzeżenia z przewodników, wybraliśmy na środek transportu miejscowe „PKS–y”. Dworzec wyglądał jak wielkie targowisko – autobusy ginęły w natłoku straganów, budek, obnośnych sprzedawców, tragarzy, worków, toreb, paczek, zwierząt domowych itd. Wsiedliśmy do starego amerykańskiego autobusu wymalowanego jak wszystkie inne w kwiaty, płomienie, kolorowe wzory, Chrystusy i matki boskie z Gwadelupy. Co chwila wewnątrz pojawiał się ktoś sprzedający owoce, cukierki, lody, napoje i wszelkie inne dobra mogące się przydać w podróży. Wszystkich przebił jednak elegancki mężczyzna, który półgodzinną, nieprzerwaną oracją namawiał do kupienia cudownego lekarstwa na oczy. Prezentował przy tym segregator pełen przerażających zdjęć powycinanych z podręczników okulistycznych. Groźne miny, słodkie uśmiechy, głos to cichy i łagodny, to znowu donośny i szorstki – niejeden aktor mógłby pozazdrościć takiego warsztatu.
W końcu autobus ruszył i przekonaliśmy się po raz kolejny, że przepisy ruchu drogowego są tylko nietrwałym i iluzorycznym zbiorem umów międzyludzkich. Kolega kierowcy stojący we wciąż otwartych drzwiach, oprócz oceniania odległości od mijanych z prawej strony obiektów służył za żywą tubę informującą zewnętrzny świat o tym, dokąd jedziemy. Zatrzymywaliśmy się co chwila w najmniej oczekiwanych momentach i miejscach, z których zabieraliśmy, wydawałoby się zwykłych przechodniów, którzy akurat kichnęli, mrugnęli lub nieznacznie kiwnęli ręką. Mniej więcej po godzinie trafiliśmy do kolorowego miasteczka w hiszpańskim stylu. Potem był pyszny obiad u Cynthii i Nathana z winem donoszonym z własnej piwniczki. Wycieczka po mieście i znowu wino doprowadziły nas do długich wieczornych rozmów o buddyzmie, Lamie Ole, Karmapie, szczegółów dotyczących ostatniego listu Szamarpy i politycznej roli Dalaj lamy. Po raz kolejny dotarło do mnie, jak odpowiedzialne zadanie wzięli na siebie lama Ole i Hannah, jak po śmierci XVI Karmapy musiało być im trudno spełniać jego życzenie gdy mieli przeciw sobie walczących o wpływy lamów i w jak ogromnym stopniu zawdzięczamy im przejrzysty i świeży przekaz nauk.

Do stolicy wróciliśmy następnego dnia z Marią Jose i po całym dniu poszukiwania cienia i ochłody spędziliśmy nieco szalony pożegnalny wieczór w restauracji z karaoke, gdzie niespodziewanie odkryłem u siebie talent do wydzierania się po hiszpańsku w takt całkowicie nieznanych przebojów. Lot do Europy był również pełen intensywnych wrażeń – za oknem gęste, białe chmury układały się w niesamowite krajobrazy. Kiedy wysiadałem z samolotu przemknęło mi przez głowę, że oto poznałem nową część globu, gdzie wszystko wygląda trochę inaczej, ludzie jednak są tak samo wspaniali i piękni, jak gdzie indziej. Łączą w sobie godność i poczucie wolności indiańskich wojowników z odwagą i ciekawością świata europejskich odkrywców. Znowu przekonałem się też, że nauki Lamy Ole przekraczają wszystkie granice i inspirują do rozwoju naprawdę niezwykłych ludzi.