DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 28 -> Dawaj, dawaj, dawaj

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Dawaj, dawaj, dawaj

Biełaja Łoszadź, Rosły i Psi Synek
_________

Archangielsk. Gdzie to właściwie jest? Rosja, Morze Białe, koło podbiegunowe, 28 godzin jazdy pociągiem od najbliższego większego miasta, mróz ścinający rogówki. .. Wymarzone miejsce na urodzinowe party. Ekscentrycznie, choć nie na Riwierze i nie na Mauritiusie. Bez siatek na motyle, za to w kalesonach. Idealne wakacje dla tych, których bardziej kręcą ludzie niż miejsca i dla których szczęście nie jest ściśle związane z temperaturą ani ilością palm.


Grupa chętnych na wyjazd do Rosji rosła z dnia na dzień. Na tydzień przed wyjazdem do 15-osobowej ekipy z Warszawy dołączyli przyjaciele z Gdańska. W ostatniej chwili okazało się, że również z Opola zmierza do Moskwy bliżej nieokreślona grupa buddystów. Pojawiła się plotka, że w dniu urodzin lamy Ole w pociągu z Moskwy do Archangielska ma jechać 1000 „turystów”! Bez przeszkód dotarliśmy pociągiem do Moskwy, odwiedziliśmy wyremontowaną gompę i udaliśmy się na wykład. Gdy siedzieliśmy już na sali, na scenę wyskoczył niezapowiedziany rosyjski showman – rozczochrany, w czapce i z gitarą, taki lokalny Hołdys. Zapytał szybko: „Można zaśpiewać? ” I nie czekając na odpowiedź rozpoczął swój interesujący występ. Chwilę potem dołączył do niego drugi artysta z równie wielką potrzebą zaistnienia. Śpiewali oazowe ballady o jasnym świetle, czystych krainach i pozytywnych wibracjach. Na szczęście Lena Leontiewa z Moskwy szybko i skutecznie zakończyła ich występ, mimo stawianego oporu. Ponieważ nie wszyscy mogli jechać do Archangielska, oficjalne urodziny lamy Ole miały odbyć się po wykładzie. Tak też się stało. Atmosfera była szczególna - obchodziliśmy sześćdziesięciolecie Lamy, który od ponad trzydziestu lat pracuje dla nas wszystkich. Niełatwo to opisać. Podobne trudności ma wielu z nas prawdopodobnie po powrocie z kursu w Kucharach - kiedy znajomi Mugole pytają nas, jak było na wakacjach, chociaż chcielibyśmy im o wszystkim opowiedzieć, w końcu mówimy tylko, że. .. było świetnie. Więc bez popadania w sentymentalny ton (religia nam tego zakazuje) powiedzmy, że powietrze było tak gęste od unoszącej się wszędzie wdzięczności obecnych, że można je było kroić w plastry.

Niemcy podróżujący z lamą Ole przez całą Rosję zaśpiewali napisaną specjalnie na tę okazję piosenkę, a wyraźnie wzruszony Sasza Koibagarow przekazał mu album o historii Dharmy w Rosji. Był też prezent od Ukrainy, my natomiast musieliśmy zaczekać z naszym do następnego dnia, więc ograniczyliśmy się do tradycyjnego polskiego „Sto lat”. Potem była impreza z olbrzymim tortem, szampanem, rosyjskim ska na żywo, performance’ami i tańcami do samego rana. Kilka godzin snu udało nam się złapać w komunie Denisa – klasycznej, choć lekko zdewastowanej letniej podmoskiewskiej daczy, którą gospodarz dostał w prezencie od znajomego. Poranna toaleta ostatecznie wytrąciła nas ze snu – lokalnym zwyczajem wylaliśmy na siebie po kilka kubłów zimnej wody stojąc nago na śniegu. Tę dobę mieliśmy spędzić w pociągu do Archangielska. Był to „właściwy” dzień urodzin lamy Ole. Byliśmy na to przygotowani - prezentem, którego nie mogliśmy wręczyć poprzedniego dnia, było wylanie specjalnie z tej okazji 65-tonowego stropu z betonu w Stupa House. Niestety nie udało nam się dodzwonić tego wieczoru do Żwirka, aby usłyszeć relację na gorąco i z pierwszej ręki. Udało nam się natomiast uwieść prowadnicę i schłodzić butelkę szampana Moet Chandon specjalnie przywiezionego na tę okazję. Jedynym nadającym się do tego celu miejscem w typowo przegrzanym rosyjskim pociągu okazał się pojemnik na węgiel – klimat trochę jak z „From Russia with love” z Jamesem Bondem. Cały wieczór spędziliśmy sącząc wino z lamą Ole i Hannah, opowiadając kawały i rozmawiając o życiu i polityce. Nie przypuszczaliśmy, że tyle osób jest w stanie się zmieścić w jednym przedziale. Pociągi rosyjskie to rzeczywistość sama w sobie. Zachowały wiele smaczków dawnego Imperium. Przez część trasy jechaliśmy w „płackarcie”, czyli wagonie bez przedziałów. Z rozkładanymi leżankami i owszem, ale takimi nie za miękkimi i ciut za krótkimi. Być może ze względów ideologicznych zostały tak przemyślnie skonstruowane, żeby półdupkiem–ukradkiem można się było na nich zwinąć w kłębek i przebidować do rana, ale bez zbędnych kapitalistycznych luksusów. .. Żeby człowiek się nie rozbestwił zanadto i nie wyobrażał sobie bóg wie czego. Prawdopodobnie podobną wychowawczą rolę pełni w każdym rosyjskim wagonie wszechmogąca prowadnica wagi najczęściej superciężkiej, obdarzona władzą absolutną – istny „ósmy cud świata”. Kontroluje ona samowar, decyduje o tym na jak długo przed przyjazdem pociągu na stację i na jak długo po jego odjeździe jest zamknięta toaleta (mówimy tu o czasie liczonym w godzinach, nie minutach) . Pali również energicznie węglem w piecu, a ponieważ okna w rosyjskich pociągach są zabite na głucho, cała nasza podróż przypominała nie kończącą się wizytę w saunie.
Jedną z naszych ulubionych rozrywek był spacer do wagonu restauracyjnego, przypominającego carską salonkę, jakby żywcem przeniesioną z Orient Expressu, pełną draperii i firan. Wizyta w „riestauranie” dawała pełen przegląd społeczeństwa i wytwarzanych przez nie woni – nasz socjologiczny wgląd wzbogacały spocone grubasy w majtkach i podkoszulkach zajadające rybę z gazety, spoceni maładcy–rekruci, grający w karty i spoceni intelektualiści o zapadniętych klatkach piersiowych, znęcający się nad swoimi gitarami. Na każdej stacji pociąg oblegały babuszki usiłujące sprzedać najrozmaitsze produkty. Królowała oczywiście kartoszka, choć były też kiszonki i „pirożki”. Gdzieniegdzie można było trafić kotlet schabowy lub rybę, choć były też babcie, które sprzedawały samą cebulę. Nie wszystkim wiedzie się w Rosji dostatnio. Archangielsk przywitał nas pięknym białym śniegiem i rozczarowująco wysoką temperaturą. Po przyjeździe wybraliśmy się na spacer po zamarzniętej rzece. Zauważyliśmy przy okazji, że najpopularniejszym lokalnym środkiem transportu – prawdopodobnie będącym ekwiwalentem rowerów – były narty biegowe. Po południu razem z lamą Ole oglądaliśmy nowy ośrodek.

W drodze powrotnej (kolejna doba w pociągu) Adaś – jak zwykle w Rosji – zaczął przepracowywać swoją karmę z pól bitewnych Azji, nagromadzoną w poprzednich wcieleniach i efektownie zachorował. Był to początek zarazy. Od tego momentu powoli, choć nieuchronnie, nasza grupa zaczęła podupadać na zdrowiu zamieniając się stopniowo w smętny pokasłujący lazaret. Handel zamienny rozmaitymi saszetkami, pigułkami, syropami, tabletkami i kropelkami kwitł, choć rosyjski wirus okazał się wyjątkowo odporny. Skończyło się na kilku przypadkach zapaleń oskrzeli, jednej karetce i paru kontrolnych rentgenach po powrocie. Okazało się, że prawdziwy mróz czeka na nas w St. Petersburgu. Było rzeczywiście zimno. .. W Piterze jak to w Piterze – Ermitaż, obiad w „Litieraturnoj”, (ulubionej knajpce Puszkina, gdzie zjadł ostatni obiad przed pojedynkiem, w którym zginął) , a wieczorem wykład. Chętnych okazało się być więcej niż miejsc na sali. Część przyjaciół została na zewnątrz w przyjacielskim, choć potężnym ścisku tamowanym przez uczniów lamy Ole, weteranów wojen w Czeczenii i Afganistanie. Problem się rozwiązał, gdy lama poprosił „starych” przyjaciół o wyjście i wypicie paru piw w pobliskich knajpach, aby umożliwić tym, którzy przyszli po raz pierwszy, dostanie się do środka.
Następnego dnia odbyła się konferencja prasowa. Lama Ole tak mówił o Rosji: „To jest magiczny kraj. Można w nim dostać kulkę w plecy za dziesięć dolarów, a jednocześnie ludzie potrafią tu dla idei poświęcić całe życie. Rosja jest jak śpiący olbrzym. Ma wszelkie bogactwa naturalne i doskonałych naukowców, którzy potrafią wysyłać rakiety w kosmos, choć nie potrafią przekazać swoich instrukcji do fabryk. W fabrykach zaś pracują w pocie czoła robotnicy, którzy nie wiedzą jednak czego potrzebują konsumenci. Naprawdę nie rozumiem dlaczego to wszystko nie funkcjonuje jak należy [śmiech]. Kiedyś się to zmieni. ” Następnego dnia dotarliśmy do Rygi. Miał się nami zająć niejaki Piotyr, który okazał się być po prostu Piotrkiem - bratem Aniki, mieszkającym tam od roku na stypendium. Po wykładzie odbyła się impreza w klubie techno – zaczynaliśmy już być zmęczeni nie kończącym się świętowaniem urodzin Lamy. Ciekawym doświadczeniem było spojrzenie na tę sytuację przez moment z Jego perspektywy - codziennie w innym mieście, gdzie wszyscy chcą go ugościć, wybawić i pogadać. Świeżość z jaką to przyjmuje jest naprawdę imponująca. Na fali tej inspiracji, usłyszawszy pierwsze takty lokalnego przeboju o wdzięcznym refrenie „Dawaj, dawaj, dawaj! ” zerwaliśmy się do tańca.

W Siauliai na Litwie po wykładzie zostaliśmy wszyscy zaproszeni na buddyjski ślub do domu pod miastem. Musieliśmy przełamać w sobie psychologiczną blokadę związaną z byciem wywożonym po nocy gdzieś do lasu na terenie byłego ZSRR. Było to klasyczne wesele z odświętnie ubranymi nie-buddyjskimi rodzicami państwa młodych, którzy zachowali zimną krew, mimo że dotarliśmy tam dopiero około północy w jakieś pięćdziesiąt osób. Lama Ole dość długo opowiadał najpierw o partnerstwie a potem udzielił młodej parze ślubu, przepowiadając jej dobry związek, czego pomyślnym znakiem było uczestnictwo tak wielu przyjaciół. Ktoś później zażartował przy stole, czy nie warto byłoby wprowadzić ślubów na czas określony - na przykład na miesiąc albo rok, co powinno wystarczyć. Lama Ole, który akurat przechodził obok, odpowiedział na to całkiem serio: „Jestem romantykiem. Chciałbym, żeby ludzie byli ze sobą jak najdłużej. ” Lama uczcił ślub tańcami do rana, jak zwykle pokonując najwytrwalszych. Próbowaliśmy zakończyć bal w saunie, ale chyba niestety za późno się zdecydowaliśmy - ktoś już najwyraźniej zdążył wyłączyć piec i temperatura ani rusz nie chciała się podnieść, mimo naszych duchowych mocy. Nie przejęliśmy się tym - w doskonałych nastrojach i dobrym jogicznym stylu przesiedzieliśmy nago w środku dobre pół godziny. W końcu zawsze sami decydujemy, czy przysłowiowa szklanka jest w połowie pełna, czy w połowie pusta, czyż nie? W drodze do Wilna obejrzeliśmy ziemię kupioną niedawno przez Lamę Ole na ośrodek odosobnieniowy - w pamięci pozostał nam piękny widok na pagórki i jeziorka, bardzo dużo otwartej przestrzeni i wiatr, który. .. wiał strasznie. W Wilnie wszyscy byli już na tyle chorzy i wyczerpani próbami nadążenia za tempem Lamy, że dziś nikt już niczego z tego dnia nie pamięta. Prosto po wykładzie wskoczyliśmy do autokaru jadącego do domu.
Rosja to magiczny kraj. Dawaj, dawaj, dawaj...