DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 27 -> Moskwa

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Moskwa

Lena Leontiewa
_________

Lama Ole odwiedził Moskwę już w 1989 roku. Świadkowie tego pierwszego wykładu mówią, że odbył się on w pewnej pracowni architektonicznej na terenie prawosławnego klasztoru, położonego zresztą w odległości kilkuset metrów od naszego dzisiejszego ośrodka. Większość publiczności podobno niezbyt dokładnie zdawała sobie sprawę z tego, w czym biorą właśnie udział. Widząc że na spontaniczną otwartość i głębokie zrozumienie nie można jednak liczyć, Ole w pewnym momencie wyciągnął butelkę dobrego koniaku, którą przedtem dostał w prezencie, otworzył ją i poczęstował wszystkich obecnych. W ten sposób spotkanie upłynęło w przyjaznej i życzliwej atmosferze.


Pierwsza prawdziwa grupa Kagyu powstała dopiero w 1991 roku. Medytacje odbywały wówczas u Larysy - w jedynym pokoju mieszkała gospodyni z dwojgiem dzieci, a czasami również koczowali co bardziej egzotyczni buddyści. Niezbyt długie medytacje szybko ustępowały miejsca bardzo długim rozmowom przy stole kuchennym. Pojawienie się w ośrodku kilku młodych i sceptycznych fizyków sprawiło, że medytacje stały się wyraźnie dłuższe, a rozmowy krótsze i mniej ezoteryczne. Z czasem pojawiła się dobra tradycja niedzielnych „odosobnień" - zbieraliśmy się w przedszkolu na Białoruskiej, robiliśmy pokłony, w przerwie piliśmy herbatę i dużo się śmialiśmy. Wówczas jeszcze popularna była nieskomplikowana buddyjska dyscyplina - zaczynać jednocześnie. Nikt się nie spóźniał, ponieważ wszyscy rzeczywiście lubili wspólne śpiewanie.
Po kilku latach Larysa poczuła się zmęczona głośnym buddyjskim towarzystwem, które odwiedzało ją prawie codziennie i czasem nie chciało wieczorem wracać do domu. Musieliśmy poszukać innego miejsca do medytacji. Przez parę miesięcy spotykaliśmy się w pokoju „ Paradoksa", we wspólnym mieszkaniu z sąsiadami, gdzie za ścianą na przemian burzliwie kłóciła się i wzruszająco godziła para alkoholików. Następnie, wdzięczni gospodarzowi za gościnność (ciekawa jestem, gdzie jest teraz), przenieśliśmy się do mieszkania naszej niemieckiej Tani. Dzięki jej szczodrości oraz cierpliwości mieszkańców ośrodka - Iry i Andrieja - przez pięć lat korzystaliśmy z gompy i dwóch czyściutkich, przytulnych pokoi. Ten ośrodek odwiedzili Lama Ole i Hannah, Tseczu Rinpocze, Szamarpa i Topga Rinpocze - wszyscy zostawili w nim dużo błogosławieństwa!

W owych czasach nie byliśmy wcale zorganizowani. Wkrótce okazało się, że w Moskwie istnieje jeszcze druga grupa uczniów Olego - tak zwana „Taganka". Jej przedstawiciele pojawiali się od czasu do czasu na wykładach Olego i podróżujących nauczycieli - kolorowy tłum o bardzo artystycznym wyglądzie kojarzył się z techno, plażą i „trawą". Trzymali się razem, nie szukali specjalnie kontaktu z resztą sangi...Po pewnym czasie jednak nasze grupy, tak niepodobne do siebie, zaczęły się do siebie zbliżać i ostatecznie połączyły się w jedną szczęśliwą całość, kiedy...
...dostaliśmy w prezencie mieszkanie. Nikt z nas nie wyobrażał sobie, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Szukaliśmy większego pomieszczenia przez jakiś czas (nawet Ole w pewnym momencie powiedział, że już wypadamy z okien w naszym starym ośrodku), ale finansowo mogliśmy sobie pozwolić najwyżej na wynajęcie jakiejś piwnicy - moskiewskie ceny każdego chyba potrafią przyprawić o zawrót głowy...
I nagle Witalik zadzwonił do naszego ówczesnego prezydenta, Andrieja, i po prostu zaprosił go do siebie do biura. Andriej przyszedł. Zaczęła się nic nie znacząca rozmowa. Po jakimś czasie wyszli z biura i poszli przed siebie jedną z ulic. Skręcili za jakiś róg, weszli przez bramę na klatkę schodową, potem na piętro i zatrzymali się przed drzwiami - pomalowanymi na brązowo zgodnie z kanonem socjalistycznej estetyki. Witalik zaczął je otwierać i kiedy klucz nie chciał się obracać, powiedział coś dziwnego: „Przede wszystkim będziecie musieli wymienić zamek". Andriej nie zrozumiał. Za drzwiami mieściło się olbrzymie, puste mieszkanie, zupełnie zrujnowane i pogrążone w ciemności. „Wejdź i obejrzyj" - powiedział Witalik. Andriej znowu nie zrozumiał, ale bez sprzeciwu obszedł parę pokoi (godzinę później, kiedy jeszcze w szoku dzwonił do mnie z tą niewiarygodna wiadomością, nie pamiętał nic: ani na którym piętrze mieszkanie się znajduje, ani ile ma pokoi, pomylił nawet ulicę). Witalik tymczasem cierpliwie czekał około drzwi. Na widok wracającego Andrieja zapytał: „ No i jak?"„ Super" - odparł Andriej, nadal nic nie rozumiejąc. „ Z remontem dacie sobie chyba radę sami?" W tym momencie prezesa olśniło. „ Ile kosztuje?" - zapytał, czując się tak, jakby wisiał w powietrzu. „ 200 tysięcy" - spokojnie odpowiedział Witalik, patrząc nieco dziwnie. Oczywiście, chodziło o dolary. „ No" - Andriej podrapał się w głowę - „ teraz zostało nam tylko znaleźć pieniądze". „ Zapłacę" - powiedział Witalik...

I tak się stało. Remont rzeczywiście zrobiliśmy sami, za własne pieniądze. Na początku wydawało się, że będzie to trwało kilka żywotów: zgniłe ściany, 150 metrów kwadratowych dziurawej podłogi z wypaczonego parkietu, wszędzie kurz i stary tynk, wesołe kolory z epoki wczesnego Breżniewa itd. Gazety, które znajdowaliśmy na ścianach między kolejnymi warstwami tapet, opowiadały całą szaloną historię komunistycznej Rosji. Najstarsze z nich (naklejone bezpośrednio na ścianę) pochodziły z 1917 roku. Wymieniliśmy wszystko - okna, drzwi, podłogę, ściany, sufit, wszystkie rury i przewody elektryczne. Jednocześnie mieszkaliśmy tam - cztery osoby, które bardzo lubiły się nawzajem... Postanowiliśmy, że będziemy płacić za swoje pokoje sumę półtora raza przewyższającą ogólnie przyjętą cenę - w ten sposób pojawiły się pieniądze na remont. Inne osoby również dawały coś od siebie, nie zapomniał o nas także Witalik, kontynuując swoją aktywność bodhisattwy.
Ten wspólny wysiłek przyniósł bardzo dużo rozwoju. Wreszcie poznaliśmy się nawzajem, nauczyliśmy się współpracować, nabraliśmy do siebie prawdziwego zaufania. Nigdy w trakcie całej budowy nie mieliśmy problemów finansowych - ludzie po prostu przychodzili i dawali pieniądze, bez żadnych „ oficjalnych" akcji i apeli. Prawdopodobnie pomogła w tym bardzo rada Lamy Ole, żebyśmy od razu przenieśli medytacje do nowej, wówczas naprawdę brzydko wyglądającej gompy. Trzy razy w tygodniu wszyscy widzieli, na co są wydawane ich dolary i ruble - ten widok był dla nich źródłem nowej inspiracji. Wszystko wzrastało... Kiedyś chcieliśmy policzyć wszystkie osoby, które uczestniczyły w naszym remoncie, chociażby przez jeden dzień. Nie udało się. Mamy jedynie listę miast, których zainwestowali swoją energię w nasz ośrodek - widnieją na niej 32 miasta z 10 krajów świata!

Dzisiaj moskiewski ośrodek jest całkowicie odnowiony - jasny i nowoczesny. Medytujemy codziennie, na medytacje przychodzi od 50 do 100 osób. Kilka razy zmieniła się już załoga mieszkańców ośrodka. Jako jedyna mieszkam tu od początku. Trochę „ starszy" ode mnie był tylko czajnik elektryczny, ale zepsuł się tydzień temu po 3 latach ciężkiej i oddanej pracy. Ponieważ ciągle przychodzi dużo nowych osób, zamierzamy wywiesić na jednej ze ścian historię ośrodka, ze zdjęciami i imionami przyjaciół, żeby wszyscy wiedzieli, skąd się wzięły równe, białe ściany, jasne drewniane podłogi, nowe prysznice... I żeby odbył się przekaz.